wtorek, 30 lipca 2019

Filipiny - podsumowanie

Filipiny to chyba najmilszy kierunek, jaki obraliśmy do tej pory. Według Stuarta to jego ulubione miejsce na Ziemi, ze wszystkich krajów, które odwiedził, wracałby ciągle na Filipiny. Szczerze mówiąc trochę mnie to zdziwiło, ale przyznaję, że kraj to niewątpliwie piękny i na pewno jeszcze tam wrócimy. Chociażby na wyspę Palawan, gdzie wciąż chciałabym nauczyć się nurkować.

Teraz trochę o tym, co nas zaskoczyło.
1. Małżeństwa mieszane
Nie wiem, czy słyszeliście o fenomenie tajskich panien młodych (Thai brides), które swego czasu można było „zamówić z dostawą” do Europy czy innych miejsc na świecie. Nadal się da, ale teraz istnieją internetowe agencje matrymonialne oraz mężczyzn stać na podróżowanie, więc przyjeżdżają do Azji, aby znaleźć wybrankę na miejscu. Filipiny są obecnie na topie w tej materii. Widziałam na YouTube dokument (dość smutny) o mężczyznach szukających w ten sposób żon w krajach, gdzie jest więcej kobiet, np. na Ukrainie. Z jakichś powodów kobiety Wschodu są uznawane za lepsze żony. Nie będę się nad tym rozwodzić, w każdym razie wiele Filipinek ma zagranicznych mężów, głównie Amerykanów, Australijczyków i Brytyjczyków. Zdecydowanie o wiele starszych, niejednokrotnie o więcej niż 30 lat. Czy są to małżeństwa z miłości, można by dywagować, ale nie moja to sprawa. W każdym razie jest ich ogromna ilość, bardzo nas to zaskoczyło.
2. Kulejąca matematyka
Filipińczycy są tragiczni w liczeniu. Wiele razy zbierałam szczękę z podłogi. Raz, kiedy próbowałam się dowiedzieć o cenę prania i pani nie wyrażała się jasno, czy 70 pesos za jeden kilogram, czy za trzy, więc poprosiłam o wycenę dla pięciu kilo. Pani wyjęła kalkulator i pomnożyła 5x70 = 350. Jeśli to był dla mnie szok, to nie wiem jak nazwać to, co przeżyłam w sklepie, gdzie pani na kalkulatorze liczyła cenę napojów: 30+20=50. Może nie jestem jakimś orłem, ale to są naprawdę podstawowe działania matematyczne... Efekty nieobowiązkowej edukacji (chyba dopiero 10 lat temu to zmienili, ale i tak nikogo nie da się zmusić do nauki). Co za tym idzie, wielokrotnie wydawano nam źle resztę, zazwyczaj na naszą korzyść, ponieważ nikomu nie chciało się dokładnie liczyć, o czym w następnym punkcie.
3. Lenistwo
Ludziom się zwyczajnie nic nie chce. W wielu knajpach sami musieliśmy się fatygować po menu, potem podejść do kelnera, żeby zamówić. Stuart się kilka razy wkurzył i mruczał pod nosem, że może mamy sobie też sami iść i ugotować ;-) Obsługa często ma wyraz cierpienia na twarzy, kiedy ktoś wchodzi do pustego lokalu; trzeba się ruszyć, no i po cooooo to komu. Zdarzało nam się wyjść z restauracji, bo nie było szans na jakąkolwiek obsługę. Czasami zostawialiśmy sobie duży zapas czasu np. na śniadanie przed wyjazdem, bo na każdy ruch kelnera trzeba było liczyć po 20 minut. Nie ma znaczenia czy lokal jest pusty, czy pełen ludzi; tempo jest tak samo ślamazarne, mina zbolała, a rachunek źle wystawiony, bo nawet menu się nie chce otworzyć, żeby sprawdzić ceny. Wiele razy też nie dostaliśmy wszystkiego, co zamówiliśmy, bo nie zapisali całego zamówienia i zapomnieli. Raz, po tym jak na obiad czekaliśmy gdzieś godzinę, poszłam anulować zamówioną jeszcze jedną rzecz (chyba sałatkę), w razie, gdyby trzeba było kolejną godzinę na nią czekać. Pani mnie natomiast poinformowała, że nic takiego nie zamawiałam. No i problem z głowy. To nie ona się pomyliła, to ja mam urojenia ;-) Ludzie generalnie mają wszystko w dupie i nie zależy im na klientach. Tylko raz czy dwa ktoś próbował się ze mną targować. Jak mi się nie podoba cena, to mam się bujać i nie zawracać głowy, o.
4. Brak ustalonych przystanków autobusowych
W miastach brak jest transportu publicznego, więc korzysta się z jeepneyów, przerobionych amerykańskich jeepów z dwiema ławkami w środku, które zatrzymują się, gdziekolwiek pasażer sobie zażyczy (na ustalonej trasie). Wystarczy krzyknąć lub zapukać w dach. Tak samo można jeepneya zatrzymać gdzie bądź, wystarczy zamachać. Dalekobieżne autobusy działają na tej samej zasadzie. Jedyna rzecz, której nie mogę zrozumieć, to to, że w obrębie jednej wioski ludzie nie gromadzą się w jednym miejscu. Autobus zatrzymuje się dosłownie co kilkanaście metrów, bo nikomu się nie chce zrobić kilku kroków. Przez to wszystko czas podróży się wydłuża, ale nikomu nie wydaje się to dziwne. Pięć przystanków w jednej wiosce? Czemu nie.
5. Jedzenie
Moda na fast food, o której już wspominałam. Hamburgery to jakieś zwykłe bułki z podłym, cieniutkim kotlecikiem w środku, o sosach lub warzywach można zapomnieć. Wśród sieci fastfoodowych króluje lokalny Jollibee, notabene całkiem przyjemne miejsce. Serwują spaghetti, jakieś kiełbasy i hamburgery na modłę amerykańską. Tanio.
6. Brak sprzątania/housekeeping
Tylko w dużych, sieciowych hotelach można się spodziewać codziennego sprzątania i wymiany ręczników. W większości miejsc, w których nocowaliśmy, sprząta się tylko po wymeldowaniu gości.
7. Bezpańskie psy
O tym też już wspominałam. Jest to niestety duży problem, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Rządowe plakaty trąbią o wściekliźnie, więc trzeba uważać.
8. Dziwne toalety
Toalety w Azji bywają dzielone na „wschodnie” (kucane) i „zachodnie” (siadane). Na Filipinach poszli o krok dalej i zrobili miks ;-) Nie wiadomo jak z tego korzystać. Są to mianowicie toalety w stylu zachodnim, ale ... bez deski sedesowej. Spłuczki też często brak i trzeba polewać z wiadra, które zawsze jest w toalecie wraz z mniejszym jakby „rondelkiem” do polewania i kranem. Zdarzało się to nawet w pensjonatach.
9. Transwestyci
O tajskich ladyboyach wszędzie głośno, ale po Filipinach nie spodziewałam się tak wysokiej liczby transwestytów. Jest to wszak kraj katolicki, tzn. świecki w takim samym stopniu jak Polska, czyli wiadomo. Na początku nie wiedziałam, gdzie podziać oczy, człowiek z Europy Wschodniej i nieprzyzwyczajony. Zawsze gdzieś się kołatał we mnie lęk, że zaraz wyskoczy jakiś kark i będzie zadyma. Otóż nie, transseksualiści i szeroko pojęte środowisko LGBT jest jak najbardziej powszechnie akceptowane. Ponoć nigdy nie było to problemem i nawet nadejście chrześcijaństwa tego nie zmieniło. Podstarzali panowie na „wakacjach” często się ostrzegają, żeby uważać na „chłopców w przebraniu”, ale chyba trzeba być ślepym, żeby tego nie zauważyć (chociaż w ich wieku już wzrok nie ten). Większość się stara za bardzo i próbują chodzić w szpilkach na niemożliwym obcasie, mają obciachowy makijaż, no i głos ciężko zmienić... Niektórzy faceci nawet nie zapuszczają włosów, jeden pan (pani?) paradował z makijażem i kobiecym ubraniem w połączeniu z typowo męską łysiną a la placek na środku głowy ;-) Nie wiem, jak do końca wygląda sytuacja LGBT prawnie, ale wydaje się, że jest to jeden z najbardziej tolerancyjnych krajów na świecie w tej kwestii.
10. Pralnie
Wygląda na to, że nikt nie ma pralki w domu. W miastach na każdym kroku można znaleźć pralnie samoobsługowe w amerykańskim stylu, tj. pralki i suszarki bębnowe. Można wszystko zrobić samemu, albo zostawić pranie obsłudze i za drobną opłatą dostarczą je do hotelu, kiedy będzie gotowe. Tylko raz robiliśmy pranie ręczne, bo przyjechaliśmy do miasta późno i pralnie już się zamykały, a w kolejnym miejscu (małe miasteczko) nie było pralni. Oferowano nam usługi siedem razy droższe niż normalnie i podejrzewamy, że było to pranie ręczne, które możemy sobie zrobić sami. I tak też uczyniliśmy. W niektórych miejscach pranie jest ważone, w niektórych płaci się za cały załadunek. Zazwyczaj maksimum 7 lub 10 kg, większość pralni wygląda tak samo i są to pralki na 7kg.

Ile to wszystko kosztuje?
Przez 29 dni wydaliśmy około 3750 zł, wyłączając jeden lot wewnętrzny w cenie 330 zł. Daje to razem kwotę około 140 zł na dzień i jest to póki co najtańsze miejsce na naszej liście. Na pewno da się taniej, na pewno można o wiele drożej. Spaliśmy w miejscach raczej tanich. Nie szlajamy się po Hiltonach, bo bylibyśmy w podróży przez siedem dni, a nie miesięcy; jedynym naszym wymogiem jest czystość, cisza i prywatność. Żadnych hosteli, imprez i tego typu rzeczy. Ceny za dobę zaczynały się już od 30 zł - tyle zapłaciliśmy za nocleg w pokoju dwuosobowym z prywatną łazienką oczywiście, w hotelu o słabym standardzie. Było czysto i nic poza tym. Najlepszy nocleg, w domku na plaży, kosztował nas ok. 90 zł. Najdroższy zaś kosztował 100 zł za dobę, również bungalow, ale nie na samej plaży. Najmniej wydaliśmy na zwiedzanie. Filipiny nie są najbogatsze, jednak ceny są dla wszystkich takie same, podczas gdy wiele krajów w regionie ma osobne ceny dla rodaków i obcokrajowców. Wiele wstępów jest w ogóle za darmo, albo za jakąś symboliczną opłatą typu 75 groszy - 1 zł.
Pozostałe przykładowe ceny:
wynajęcie skutera - ok. 25 zł/ dzień
parking skutera - średnio 50 gr, jeśli w ogóle pobierano opłaty
benzyna- ok. 4 zł/ litr
butelka wody - 1,5 zł
kawa- 4-5 zł
pranie i suszenie, ładunek max 7kg -  10-12 zł
obiad -  5- 25 zł
piwo - 3-4 zł 
bilet na prom, ok. 2h drogi - 35 zł
autobus międzymiastowy - 15-30 zł, w zależności od odległości

Dla kogo Filipiny?
Tak naprawdę dla każdego. Jest w czym wybierać, w zależności od upodobań. Wypoczynek na plaży, aktywny, sporty - dla każdego coś miłego. Dla rodzin z dziećmi również. Ceny lotów z Polski wypadają najtaniej chyba ok. 1600 zł, koszty na miejscu są znikome. Egzotyczne wakacje marzeń, polecam.

Czy nie znudziło nam się podróżowanie? Ani trochę. Muszę przyznać, że ani przez minutę nie zatęskniliśmy za jakąkolwiek pracą, domem, zakupami, sprzątaniem, garami... Chyba jesteśmy stworzeni do wiecznych wakacji, szkoda tylko, że kasa się kiedyś skończy ;-) Póki co postanowiliśmy przedłużyć sielankę i wydłużyliśmy trasę o Birmę. Prawdopodobnie będziemy w podróży do końca roku. Co dalej? Nie wiem. Mamy kilka pomysłów, a propozycje (dla Stu) spływają z różnych miejsc, w tym dość kuszące z Chin (z dwukrotnie wyższym wynagrodzeniem niż wcześniej) oraz z bardziej „egzotycznych” miejsc. Do pracy nauczycielskiej i tak się nie damy rady wyrobić do października, może raczej na kolejny semestr. Póki co korzystamy z najdłuższych wakacji w życiu.
Trasy śledzić się już nie da, bo zarówno aplikacja travefy jak i google trips kończy swoją działalność. Jeśli ktoś zna jakieś podobne aplikacje, to niech proszę da znać.
Zdjęcia z Filipin można obejrzeć tutaj: https://photos.app.goo.gl/ed8niNV9P6LKscMdA

sobota, 20 lipca 2019

Filipiny, część druga

Wracamy do Jagny, do kolejki po bilety na prom.

Powinnam się była kurczowo trzymać tego Hiszpana, on się niemal przykuł do okienka i nie dał się ruszyć. Potem zaczęli napływać ludzie i jakoś się trochę oddaliłam od początku kolejki- Stuart chodził po wodę i rozeznanie okolicy, a ja pilnowałam kolejki i bagaży. Po jakimś czasie było jasne, że na bilety nie ma co liczyć, więc już czekaliśmy na bilety na następny dzień. W tym czasie nowo przybyli ludzie, którzy się zorientowali w sytuacji, szli od razu rezerwować nocleg i wracali stać w kolejce. W dodatku za Hiszpana z boku się przepchnął jakiś Amerykanin w podeszłym wieku, ale nie miałam serca się na niego drzeć, bo miał Parkinsona i zapewne różne inne choroby ( i notabene bardzo młodą, filipińską żonę u boku). Co się okazało później? Tuż przed odpłynięciem promu sprzedali jeszcze cztery bilety na ten dzień, zgarnął je Hiszpan i Amerykanin. Ale byłam zła, że się nie uczepiłam Hiszpana. Ale co było robić, jak człowiek jest miły i nie pcha się z łokcia, to tak właśnie się to kończy. W tym czasie Stuart chodził szukać noclegu i poznał jakiegoś Brytyjczyka (też z filipińską żoną), który mu powiedział, że też już obeszli pół miasta i wszystko prawie wynajęte. Potem ten Brytyjczyk się wepchnął za nami w kolejkę- było mi wszystko jedno, bo był za nami, a ludzie nie protestowali. Jeśli komuś przepadł bilet, to ma za swoje, jak się pchali inni to też nikt się nie odzywał. Brytyjczyk nam przynajmniej pomógł z bagażami i dał cynka co do noclegu. Po spędzeniu ponad trzech godzin w kolejce, wreszcie dostaliśmy bilety na kolejny dzień. Wreszcie był czas na jedzenie no i poszukiwanie noclegu. Niestety, wszystko zostało zajęte; w dalszej części miasta dorwałam wifi i zarezerwowałam jeden z dwóch dostępnych pensjonatów, nie najtańszy, ale co było robić. Notabene przez „nie najtańszy” mam na myśli najdroższy ze wszystkich do tej pory, a po przeliczeniu na złotówki to było chyba 90 zł za noc. Filipińska waluta jest trochę myląca, jak człowiek płaci w tysiącach, to mu się wydaje, że drogo. W każdym razie miejsce okazało się wspaniałe: domek na prywatnej plaży, cisza, spokój, wspaniała obsługa, jedzenie, w dodatku mieli pięć psów i kotów. Bardzo nam się tam podobało. Pani recepcjonistka zadzwoniła w naszym imieniu do hotelu, który już mieliśmy nawet opłacony na wyspie Camiguin; poinformowała, że przyjedziemy z opóźnieniem, żeby nie odwołali rezerwacji. A wieczorem poszliśmy popływać w morzu. To znaczy wyszliśmy z domku i po paru krokach już było morze ;-) I tylko my w całej okolicy.
widok z hotelu

 Następnego dnia wyruszyliśmy trochę wcześniej i jak się okazało, dobrze zrobiliśmy. Najpierw trzeba przejść mnóstwo różnych kontroli i wnieść kilka dodatkowych opłat (nazywa się to ‘terminal fee’ i nie wiadomo za co to tak właściwie jest), a potem trzeba się przepchać, bo na statku miejsca są nienumerowane. Prom był duży, przewozi również samochody itp. Siedzieliśmy na samej górze, bagaż musieliśmy wziąć ze sobą (na innych promach płaciło się za bagaż dodatkowo i brali go do jakiegoś luku). Tam spotkaliśmy „kolegę” Brytyjczyka, wymiana uprzejmości itp. Oczywiście umawianie się na wspólne wyjścia i wycieczki. Chyba nie muszę dodawać, że nigdy więcej ich już nie spotkaliśmy ;-) Po dotarciu na Camiguin zostaliśmy zaczepieni przez rykszarza - tzn. On nie miał trójkółki, tylko taki większy przerobiony jeep, zwany ‘motorilla’. Zabrał nas do hotelu za 50 pesos, czyli 3,5 zł! Zaoferował też wynajęcie skutera i darmowe odstawienie na prom, jak będziemy wyjeżdżać. No i niestety na wynajem skutera przystaliśmy. Następnego dnia pan zjawił się raniutko, nawet przed czasem. Zapłaciliśmy za jeden dzień, a jak ruszyliśmy, to się okazało, że hamulce nie są najlepsze i w ogóle skuter lata świetności ma już dawno za sobą. Jazda była trochę męczarnią, więc postanowiliśmy, że następnego dnia wynajmiemy skuter gdzieś indziej. Pan umówił się na odbiór pojazdu... i się nie zjawił. 2 h czekaliśmy wieczorem i nic. Zero odzewu. Stuart przełożył zwrot na następny ranek, wtedy czekał „tylko” 45 minut. Co za niesłowny facet, gdyby faktycznie miał nas zawieźć na prom, to nie wiem jak mielibyśmy zdążyć. Postanowiliśmy wynająć skuter od Rosjan, którzy byli właścicielami pobliskiego baru. Swoją drogą nie wiem, jak mogą robić interesy na Filipinach; było ich czworo, a ich angielski był tragiczny, co jeden to gorszy. Co więcej, jeden z nich spędzał całe dnie w barze - około 10 rano już pił, a jak przejeżdżało się o 22, to pił nadal, co więcej, jeszcze skurczybyk się trzymał na nogach, chociaż już ledwo. Jakoś się dogadaliśmy co do skutera; oferowali nam też kursy nurkowania, co mnie interesowało, bo chcę się nauczyć i miałam zamiar to zrobić na Filipinach. Ceny mieli podejrzanie dobre, ale szczęśliwie się nie zdecydowałam, bo chyba już by mnie nie było na świecie. Nie dość, że komunikacja szła słabo, a przecież nurkowanie to nie hop-siup jak jazda na rowerze, trzeba wszystkie polecenia rozumieć i przejść porządny kurs, to jeszcze goście byli wypici przez większość czasu. Rosja to stan umysłu. Mieliśmy trochę zagwozdek językowych, ja po rosyjsku ni w ząb (jakieś kak twaja familia czy inne haraszo mi się kołatało, ale to niewiele pomagało); Stuart trochę liznął rosyjskiego, w dodatku był w Rosji kilka razy, więc wspólnymi siłami próbowaliśmy coś zdziałać, bez większych sukcesów. Chciałam zamówić tosty z dżemem, które mieli w menu (toast with jam), ale pani nie rozumiała ‘jam’. Wreszcie zrezygnowana zaczęłam po polsku i trafiłam w dziesiątkę, po jak się okazuje, „dżem” to też „dżem” po rosyjsku. Uff. Może ja jestem jakaś dziwna, ale moim zdaniem ‘jam’ i ‘dżem’ to praktycznie to samo słowo. W każdym razie skuter był nowiutki i bez zarzutu, a co ciekawe pan Rosjanin jako jedyny poprosił Stu o okazanie prawa jazdy (normalnie wypożyczają skuter na gębę). Postanowiliśmy zostać na wyspie dłużej i chcieliśmy zmienić hotel. To, co wynajęliśmy, okazało się klitką bez klimatyzacji, wiatrak nie wyrabiał i temperatura była jak w saunie. W dodatku nie było usługi sprzątania/wymiany ręczników, a wilgotność była spora, więc ręczniki po jednym użyciu zaczynały śmierdzieć, bo nie miały jak wyschnąć. Odwiedziliśmy wiele miejsc, w końcu zdecydowaliśmy się na domek nad morzem, jedyny w rozsądnej cenie. Przez kolejne dni jeździliśmy po wyspie. Przyjechaliśmy z zamiarem wejścia na wulkan, ale okazało się to niemożliwe o tej porze roku. Camiguin ma bodajże cztery wulkany, chyba nawet wszystkie aktywne. Poza tym atrakcje to wodospady, gorące źródła, wycieczki na okoliczne wysepki. Wybraliśmy się na jedną o nazwie White Island, więc myśleliśmy, że to wyspa. Okazało się, że to bardziej pasek piasku, taka mini-plaża na środku morza. Ludzie tam płyną poopalać się, popływać, ponurkować. A my jak idioci popłynęliśmy tak o. Przynajmniej widoki były piękne, zrobiliśmy trochę zdjęć, pomoczyliśmy nogi i niedługo wróciliśmy z powrotem. Inną atrakcją jest podwodny cmentarz: na zdjęciu widać tylko krzyż, reszta jest pod wodą i można zobaczyć cmentarz nurkując. Próbowaliśmy zaplanować dalszą podróż i średnio nam to szło. Ostatecznie postanowiliśmy wrócić jeszcze do Jagny, do tego samego pensjonatu i odpocząć przez dwa dni. Postanowiliśmy zwrócić skuter i tu zaczęły się schody. Mieliśmy odstawić skuter do baru, ale wiedzieliśmy, że Rosjanie posiadają hostel nieopodal naszego hotelu (bar był w mieście, kilka kilometrów od nas), więc zapytałam, czy możemy odstawić go tam. Rosjanin się zgodził i prosił o zostawienie kluczyków w barze. Myśleliśmy, że chodzi o hostelowy bar. Na miejscu pracownica odmówiła przyjęcia kluczyków. Ona nam może skuter wypożyczyć, ale z powrotem nie przyjmie, bo to do jej obowiązków nie należy i już. W hotelu obok znaleźliśmy bar, ale pani tam śpiąca (?) oznajmiła nam, że jest zamknięte i nic ją nie obchodzi, po co przyszliśmy. Wreszcie dogadaliśmy się z właścicielem tego hotelu (który okazał się być też właścicielem hotelu, w którym my spaliśmy), przyjął od nas kluczyki i obiecał oddać Saszy. Poszliśmy spokojnie na kolację, kiedy Rosjanin zaczął do mnie wydzwaniać (pijany, a jakże), gdzie jest skuter i dlaczego w hostelu, skoro miał być w barze. Ostatecznie odebrał go z hostelu, ale co się przy tym namęczyliśmy, to nasze.

Camiguin, widoki

Innym wspomnieniem z Camiguin jest pewien Amerykanin ze złamaną ręką, który zaczepił Stuarta siedzącego na motorze, kiedy ja poszłam sprawdzić ceny w pralni (kobieta próbowała ze mnie zedrzeć jakąś chorą kwotę, ostatecznie znaleźliśmy potem obok normalną pralnię samoobsługową). Pan Amerykanin mieszka na tej wyspie i postanowił się z nami podzielić historią swojego życia. Tzn. Nie do końca, bo mówił tylko o swoim wypadku na motorze (ktoś go zepchnął z drogi i miał poważne złamanie). Nie obyło się bez oglądania prześwietlenia, które akurat miał przy sobie. Dalej zaczął narzekać na życie na Filipinach i na lokalsów i im ubliżać, co było niesmaczne. Nie chciało nam się już go słuchać, więc czekaliśmy, aż skończy te gorzkie żale, chociaż korciło mnie, żeby spytać, po co tam mieszka skoro jest tak źle. Myśleliśmy, że już się monolog zakończy (nasze zdanie go nie interesowało, chciał się tylko wygadać), kiedy nagle przeszedł do pochwał dla prezydenta Donalda Trumpa. Mamy nie wierzyć w propagandę CNN, bo Trump jest najlepszym prezydentem, jakiego miała Ameryka. Czyli typowa logika wyborcy Trumpa, nienawidzi imigrantów sam będąc jednym z nich, zapewne żonaty z Filipinką. Po tym, co wygadywał, wcale się nie dziwię, że ktoś go zepchnął z drogi.
Z Camiguin popłynęliśmy z powrotem do Jagny; co ciekawe, w drugą stronę problemów z biletami nie było żadnych i obyło się bez cyrków i kolejek. W Jagnie spędziliśmy dwa relaksujące dni. Jednego dnia wynajęliśmy skuter, żeby zobaczyć jeszcze dwa nieodwiedzone miejsca na wyspie Bohol: Andę i Loboc. Do Andy było niedaleko, ale niestety drogi w samym miasteczku kiepskie i nie wszędzie udało się dojechać - amortyzacja w skuterze niedomagała. Widzieliśmy tylko dwie jaskinie-baseny tzw. Swimming pool, bo jest w nich woda i można pływać.
jaskinia z basenem

 W Lobocu atrakcją miał być rejs na pięknej rzece na jednej z łodzi-restauracji, ale była znowu akurat niedziela chyba (czy sobota, w każdym razie weekend) i ludzi było co niemiara. Dostaliśmy jakiś numerek i kazano nam czekać, ale nie bardzo było wiadomo na co, a tłum był taki, że nawet się nie dało odszukać nikogo z obsługi. Po małym rozeznaniu wyszło mi, że jest tylko jedno menu i nie można płynąć bez jedzenia, zrezygnowaliśmy i poszliśmy na obiad do normalnej knajpy. Z większych przygód to jedyne co nam się przytrafiło, to odłamany kawałek plastiku w zapięciu jednego z kasków, długo musieliśmy jeździć zanim namierzyliśmy w jednym ze sklepików klej super-glue. W jednym sklepie próbowali nam sprzedać jakiś silikonowy wypychacz czy coś w tym stylu oraz klej do butów, który w desperacji też kupiliśmy. Ale kropelką się skleiło bez zarzutu.
Dalej postanowiliśmy jechać w góry, bo mieliśmy już dość tych wszystkich plaż, słońca, wysp i tak dalej. Wiem, jak to brzmi, może bluźnię, ale w ogóle nie jesteśmy plażowi. Łącznie przez miesiąc byliśmy na plaży jako takiej może z pół godziny a i to też tylko na spacer przy zachodzie słońca i zamoczenie nóg w wodzie. Plaże przyhotelowe to co innego, ale to takie miniskrawki pełne kamieni, żadne plaże z prawdziwego zdarzenia. Postanowiliśmy więc jechać do górskiej prowincji na wyspie Luzon. W tym celu musieliśmy wrócić do Cebu i stamtąd polecieć do miasta Angeles. Do Cebu odpływał prom z miejscowości Tagbilaran, gdzie można było się dostać autobusem lub minivanem. Próbowaliśmy zatrzymać autobus, ale na widok naszego bagażu kierowca nawet nie zwolnił. Ostatecznie zrobiło się nas szkoda panu z pobliskiej myjni samochodowej i poradził nam pojechać vanem, który zresztą dla nas zatrzymał. Van różni się przede wszystkim cenowo: płaci się za zajęte miejsce, więc zapłaciliśmy za trzy: dwa dla nas, a na jednym upchnięto bagaż. Van to taki samochód bagażowy, gdzie mieści się około dziesięciu osób, więc na Filipinach co najmniej piętnaście plus bagaż. Ściśnięci jak sardynki, ale za to z klimatyzacją, dojechaliśmy do dworca w Tagbilaran, skąd szybka przejażdżka trójkółką do portu, dwugodzinna podróż promem i znów Cebu. Przy porcie był oficjalny postój taksówek, którego pilnował bodajże policjant. Każdy pasażer dostaje karteczkę z informacjami o cenach i o swoich prawach, w razie niewłaściwego zachowania kierowcy są też namiary, gdzie można składać skargi. Taksówkarze są zaskakująco uczciwi i płaciliśmy zgodnie z wyliczeniami taksometru. Pan taksówkarz był bardzo pomocny przy znalezieniu miejsca naszego noclegu. Zarezerwowaliśmy jakiś tani pokój niedaleko od lotniska, bo następnego dnia lot był chyba o 6 rano. Okazało się, że to jakiś (chyba) nieoficjalny pensjonat, takie jakby „kwatery” czy też po postu „pokoje do wynajęcia” na prywatnym osiedlu. Nie mieliśmy dokładnego adresu, taksówkarz nas ostatecznie zostawił przy bramie wjazdowej na osiedle i tam już nam pomogli panowie ochroniarze. Notabene osiedle strzeżone jest naprawdę strzeżone: każda osoba wjeżdżająca na teren, która nie jest mieszkańcem osiedla, np. taksówkarz, musi zostawić przy wjeździe prawo jazdy w budce, pan ochroniarz sprawdza ile jest osób w samochodzie, a przy wyjeździe znów sprawdza wnętrze samochodu i bagażnika i wtedy oddaje dokument. Po kilku telefonach udało nam się ustalić, że nikogo akurat nie ma w domu, ale zaraz ktoś się zjawi, wskazano nam właściwy dom i już niedługo trafiliśmy na miejsce. Rano pobudka, taksówka, lotnisko i lot do Angeles- Clark. Angeles to interesujące miasto, o którym jeszcze będzie potem. Na razie jedynie powiem, że Clark jest lotniskiem oddalonym od Manili o około 80 km i ma za zadanie odciążyć stołeczne lotniskoależało na uniknięciu Manili na tyle, na ile było to możliwe, a poza tym jechaliśmy na północ, więc z Angeles było bam bliżej. W dodatku prosto z lotniska odjeżdżają autobusy do interesującej nas miejscowości Baguio, tak więc padło na Clark.
Na lotnisku było stoisko informacji turystycznej, gdzie nie za wiele faktycznej informacji nam udzielono. Zostałam skierowana do okienka linii autobusowej, która wcale do Baguio nie jeździ, a przynajmniej nie z tego lotniska ani nie o 11, jak twierdziła pani informatorka. Przekierowano mnie na postój autobusów, gdzie już stał nasz autobus (innej firmy). Poinformowano mnie, że odjeżdża o 10:30 oraz że droga do Baguio zajmie około 6h (według przewodnika miało być 3.5).

Ostatecznie dojechaliśmy po niecałych pięciu godzinach. Baguio bardzo nam się spodobało, to bardzo przyjemne, uniwersyteckie miasteczko, w którym wiele się dzieje. To chyba jedyne miasto na Filipinach, które nam się podobało. Nie było nadmiernie hałaśliwe, dookoła mnóstwo zieleni, dużo atrakcji i wiele miejsc, gdzie można miło spędzić wieczór. Baguio miało być tylko naszą bazą startową w dalsze rejony górskie, ale postanowiliśmy tam wrócić w drodze powrotnej do Manili (skąd mieliśmy lot do Malezji 10 czerwca). Niestety okazało się, że znowu nie przewidzieliśmy warunków pogodowych; Filipiny są ogromne i pory suche/deszczowe nie występują wszędzie tak samo. Tak więc w górach trafiliśmy na porę deszczową i wreszcie odpoczęliśmy od ciągłego skwaru i kremów z filtrem. W Baguio przywitał nas deszcz, który nie przestał padać do wieczora, więc musieliśmy się schronić w pierwszym napotkanym po drodze hotelu. Następnego dnia mieliśmy ruszyć do malutkiej wioski Kabayan, ale nie byliśmy przygotowani - minibus jeździł tam dwa razy dziennie, ale pensjonat był zdaje się tylko jeden i nie odpisywał na moje maile (do tej pory nie mam odpowiedzi). Żaden inny nocleg nie wchodził w grę, dlatego zdecydowaliśmy się ominąć tę miejscowość i jechać dalej, do Sagady. Autobusy miały odjeżdżać co godzinę (według przewodnika oraz internetu), ale na dworcu okazało się, że ostatni odjeżdża o 13 i wszystkie bilety są już wykupione (była 10 rano). Najgorsze było to, że zarezerwowaliśmy i w dodatku opłaciliśmy już nocleg na miejscu, więc nie uśmiechało nam się stracić tej kasy. Zwłaszcza, że ten nocleg był podejrzanie drogi jak na okolicę. Skierowano nas na inny dworzec, skąd miał odjeżdżać jeszcze jeden autobus. Owszem, odjeżdżał, ale o 17. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że droga miała zająć co najmniej 6 godzin. Nie mieliśmy wyjścia, zakupiliśmy bilety, zostawiliśmy większe bagaże na dworcu i poszliśmy w miasto na sześć godzin. Zwiedziliśmy przy okazji lokalne muzeum - bardzo ciekawe eksponaty i informacje dotyczące lokalnych plemion. Filipiny nie są jednolite etnicznie; pierwotni mieszkańcy byli czarnoskórzy (to znaczy nadal są, bo wciąż żyją na niektórych terenach). Potem centrum handlowe i próba znalezienia czegoś do jedzenia, zakończona sukcesem, a jak już mieliśmy wracać na dworzec, to oczywiście zaczął lać deszcz i to nieziemski. Ustawiliśmy się więc w baaaardzo długiej kolejce do taksówek. Szło całkiem szybko, ale jak przyszła nasza kolej, to akurat przestało padać i ostatecznie zrezygnowaliśmy. Tu muszę dodać, że taksówki w Baguio są tanie jak barszcz i wszyscy taksówkarze uczciwi, cud jakiś. Wróciliśmy na dworzec i postanowiliśmy zakupić lokalną kartę sim, bo nie dało się inaczej skontaktować z pensjonatem. Daliśmy im znać, że będziemy późno. Około 16:10 podjechał autokar, załadowaliśmy się do środka i czekaliśmy na odjazd. W środku okazało się, że sprzedano także miejsca „środkowe”, czyli stołeczki lub specjalne wysuwane a la taborety siedzenia w przejściu. Autobus był wypełniony. Większość ludzi zachowywała się kulturalnie, ale bydło musiało usiąść oczywiście za nami. Kolejne 6 i pół godziny słuchaliśmy dzikich wrzasków, muzyki i byliśmy kopani w siedzenia przez siedzącą za nami młodzież. Dodatkowo Stuart, siedzący przy oknie, regularnie co 5 minut obrywał gwałtownie otwieranym i z jakiegoś powodu za chwilę zamykanym oknem. Nie wiem, czemu mu nie oddał, bo mógł też to okno przesunąć i widziałam, że go korciło ;-) Dojechaliśmy o 23:30 i na szczęście właściciele pensjonatu obiecali nas odebrać. Daleko nie było, ale ciągle pod górę! Właściciele byli bardzo sympatyczni, ale „pensjonat” okazał się ich domem, w którym pierwsze piętro zamienili na pokoje do wynajęcia, a drugie piętro... było ciągle w budowie. Od rana było słychać różne stuki i puki z budowy/wykończenia, plus płacze i krzyki ich dzieci, a do tego wszystkiego mieli jeszcze kilka psów, z których jedno miało sześć dopiero co urodzonych szczeniąt, które piszczały w nocy. Wszystko to, a zwłaszcza cena oraz psy właścicieli broniące dostępu nie tyle do domu, co nawet do uliczki do niego prowadzącej (!), szczekające, szczerzące zęby i goniące nas, skłoniły nas do zmiany noclegu na inny. Zdecydowaliśmy się zostać cztery noce, bo miejscowość nam się bardzo podobała i znaleźliśmy o wiele tańszy hotel przy głównej ulicy, co eliminowało również problem psów. Niestety Filipiny mają z bezpańskimi psami dość duży problem, a co za tym idzie również ze wścieklizną. Nawet w ruchliwych miejscach nie mogliśmy się ruszyć bez długiego kija do odganiania psów! Nie wszystkie są bezpańskie, ale wszystkie biegają sobie wolno. One atakują tylko obcych, lokalni ludzie nawet sobie nie zdają sprawy z problemu i mało kto trzyma psy na łańcuchu, nie mówiąc o jakimś osobnym wybiegu czy innym miejscu specjalnie dla psa. Z fauną był jeszcze jeden problem: w łazience przywitał mnie rano wielki, czarny, włochaty, skaczący (!) pająk... O mało nie zeszłam z tego świata. Stu poleciał po właścicielkę, bo nie wiedzieliśmy, czy to groźny stwór. Ona się tylko śmiała, powiedziała, że niegroźny i go zaciukała. Właściciele mieli nas za strasznych frajerów i mieszczuchów- a to psów się boją, a to pająków... Ja wiem, że pies musi szczekać i bronić domu, ale jest różnica między szczekaniem, a gonieniem ludzi po wsi. Takie ugryzienie to same problemy, szukaj szpitala, zastrzyki itp. A kąpiel z tarantulą to też żadna przyjemność.
Sagada jest znana przede wszystkim z „wiszących trumien” (Hanging Coffins). Chrześcijańscy misjonarze dotarli tam dopiero w dwudziestym wieku i do tamtej pory lokalne, pogańskie plemiona urządzały własne ceremonie pogrzebowe na skałach lub w jaskiniach. Trumny zmarłych albo wieszano na skałach, albo układano stertami w jaskiniach. Przewodniczka (koniecznie trzeba mieć przewodnika w każdym miejscu w Sagadzie) twierdziła, że teraz już wszyscy są chrześcijanami i chowa się ich na cmentarzu (notabene darmowym), ale nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Sama się przyznała, że w jej rodzinie ostatni pogrzeb „naskalny” odbył się w 2010 roku.

wiszące trumny

Cała okolica to święta ziemia lokalnych mieszkańców i należy przestrzegać kilku reguł. Przede wszystkim nie wolno się nigdzie zapuszczać bez przewodnika, a w niektóre miejsca w ogóle nie można pójść (np. W dolinie nieopodal trumien jest absolutny zakaz wchodzenia). Po przyjeździe trzeba się zarejestrować w centrum informacji turystycznej i uiścić „opłatę środowiskową”. Poza tym należy być skromnie ubranym (żadnego „szczucia cycem”) i nie wolno się obściskiwać ;-) (‘no necking’ LOL). Wiele miejsc zostało udostępnionych dla turystów dopiero niedawno.
przykład upcyklingu ;-)


 Oprócz trekingów, miejsc pochówku, pól ryżowych, wodospadów i lokalnych wyrobów, największą atrakcję stanowią jaskinie. Kilka z nich jest połączonych w tzw. Cave Connection. Informacje w przewodniku były skąpe, na miejscu też brak szczegółów, więc niczego nie podejrzewając wybraliśmy się do jednej z jaskiń. Założyliśmy ciuchy szybkoschnące i buty trekkingowe, bo przewodnik twierdził, że trzeba mieć buty z dobrą przyczepnością. Na miejscu okazało się, że najlepsze są japonki i strasznie żałowałam, że nie wzięłam sandałów. W Azji chyba wszyscy noszą japonki od urodzenia. Zakupiliśmy je na miejscu, wynajęliśmy przewodnika i zeszliśmy do jaskini. Byliśmy wcześniej w wielu jaskiniach na Filipinach i jakoś żadna nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia. Spodziewaliśmy się kolejnej trochę nudnawej wycieczki pt. to są stalaktyty, to są stalagmity, a to stalagnaty, ten wygląda jak brokuł, a ten jak królowa angielska itp. Ku naszemu zdziwieniu, to była naprawdę trudna trasa, ciągła wspinaczka po śliskich kamieniach, góra-dół, w niektórych miejscach trzeba było zjeżdżać na tyłku prosto do wody, albo zjeżdżać po linie... Rany, ale byliśmy przemoczeni. Nasz przewodnik nie pomagał; on tę trasę przebywa kilka razy dziennie, oczywiście w japonkach, w których nam było ciężko chodzić w takich warunkach. W dodatku szedł szybko i tylko powtarzał „proszę za mną”, a jako że tylko on miał latarkę, to ciężko mi było odtworzyć dokładnie jego kroki i tym sposobem raz zwaliłam się prosto do wody. Do tamtej pory byłam mokra do kolan, od tamtej pory po uszy. Mam nauczkę i teraz zawsze noszę ze sobą ubrania na zmianę, łącznie z bielizną.


Z Sagady pojechaliśmy do Banaue. Trasa górska, serpentyny, cały czas zakręty. Nigdy nie miałam żadnej choroby podróżnej ani morskiej, ale całą drogę przesiedziałam z głową w plastikowej torbie, bo mi wszystko podchodziło do gardła. Obyło się bez wymiotów na szczęście, a samą torebkę ciężko mi było wygrzebać w bagażu, bo w niektórych miejscach na Filipinach bardzo dbają o środowisko ostatnio i redukują zużycie plastiku, co bardzo się chwali. Sama miejscowość jest bardzo znana, okoliczne tarasy ryżowe są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Niektórzy turyści odwiedzając Filipiny jeżdżą na wyspie Luzon prosto z Manili tylko do Banaue, a potem lecą na inne wyspy. Moja szczera opinia o tym miejscu: dupy nie urywa. Tarasy ryżowe oczywiście miłe dla oka, historia ich budowy ciekawa i jak najbardziej ważna, ale poza tym miejsce raczej nieprzyjemne. Przyjechaliśmy z cichej i spokojnej Sagady, a Banaue okazało się mieć akurat dzień targowy... Hałas gorszy niż w jakiejś indyjskiej metropolii typu Delhi (którego to miasta szczerze nie znoszę). Brud, smród, spaliny, hałas i wszędzie czerwone plwociny po betelu (to taki lekki narkotyk). Tragedia. 

dzień targowy w Banaue, ludzie wracają z zakupów

Zarezerwowaliśmy jedną noc w hoteliku, którego obsługa nie miała o niczym pojęcia - zapytali nas wprost, który pokój jest nasz, bo oni nie wiedzą (???). Byliśmy jedynymi gośćmi od kilku dni, bo w porze deszczowej sezon się kończy. Internet nie działał, a jak zapytaliśmy o to „recepcjonistkę” (dziewczyna, która cały czas siedziała w korytarzu, recepcji jako takiej nie było), to zapytała nas, czy umiemy to rozwiązać. Nie mogliśmy się dogadać, powiedziałam, że jeśli trzeba zresetować router, to ja mogę, ale nie bardzo rozumiem, o co dokładnie chodzi. Dziewczyna nie umiała się wysłowić, ostatecznie zrezygnowaliśmy z prób komunikacji. Później ta sama dziewczyna przyszła oznajmić z rozbrajającą szczerością, że internet nie działał, bo nie zapłacili rachunku... Rozłożyła nas na łopatki. A internet znów trochę działał. Następnego dnia chcieliśmy przedłużyć pobyt i próbowaliśmy negocjować z dziewczyną- booking.com pobiera 20% prowizji, niech nam trochę obniży cenę i dogadamy się bezpośrednio. A skąd, nie można, nie da się. Lepiej nie mieć żadnych turystów. Wynieśliśmy się więc do hoteliku obok, gdzie dostaliśmy większy pokój kilkaset pesos taniej. Niestety miał jedną wadę: żadnych gniazdek elektrycznych. W życiu się z czymś takim nie spotkałam- na recepcji można było zapłacić za ładowanie np. telefonu i to za jakąś chorą cenę. Spędziliśmy dwa dni w Banaue na spacerach po okolicy, w tym lekkim trekkingu po tarasach ryżowych i okolicznych wioskach. W jednej wiosce dziewczyna z lokalnego plemienia zaoferowała nam pokazanie kości przodka za opłatą. Rozbrajające. Zgodziliśmy się z lekkim wahaniem, bo to raczej dziwne, ale dla niej to była normalka. Chyba z tego żyją. Oferowała również usługi przewodnickie, ale za to już podziękowaliśmy. Same kości wyglądały dziwnie. Przechowują je w domu, zawinięte w jakieś lokalne tradycyjne ubrania. Z tego, co pamiętam, przynosi to szczęście wiosce czy coś takiego. Na dłuższe trekkingi nie mieliśmy za bardzo czasu ani ochoty - pora była deszczowa, co samo w sobie nie jest tragedią, bo codziennie padało niemalże jak w zegarku przez około trzy godziny po południu, ale przewodnicy ani nikt z branży turystycznej nie obniżał wcale cen. Do kolejnych tarasów ryżowych w okolicy było chyba 3 dni drogi, branie ze sobą bagażu mijało się z celem, a opłacenie przewodników, hoteli itp. nie wychodziło najtaniej. Samo miasteczko, jak wszystkie w prowincji górskiej umiera pod wieczór, z tym że w Banaue większość biznesów zamykała się na porę deszczową i znalezienie restauracji graniczyło z cudem. Poza tym wszędzie panuje „godzina policyjna”, tj. wszystko zamyka się o 21 lub 22, dzieci nie mają prawa przebywać na ulicy pomiędzy 19 a 5 rano, alkohol można sprzedawać tylko do 21 i ma być cisza i spokój. Samo Banaue przymierało już około 18 - na Filipinach słońce zachodzi przeważnie o 17:30. Zawinęliśmy się po dwóch dniach z powrotem do Baguio, gdzie spędziliśmy dwa relaksujące dni na spacerach po mieście, chociaż padało całkiem sporo. Postanowiliśmy rozbić podróż do Manili na dwa odcinki i wybrać się do Angeles, o którym już wcześniej wspominałam.
widoki w Banaue, zieleń i tarasy ryżowe


Cóż, Angeles to niestety filipińska stolica seksturystyki. Zaczęło się od tego, że do początku lat dziewięćdziesiątych Amerykanie mieli tam swoją bazę. Po wybuchu okolicznego wulkanu władze się obudziły, wypędziły Amerykanów, a teren postanowiły zagospodarować. Całej historii można się dowiedzieć z Muzeum Clark. Amerykanie płacili za korzystanie z terenów, ale poza pieniędzmi dostarczali też sporo problemów, tj. chorób wenerycznych i nieślubnych dzieci. Po wyjeździe Amerykanów było tyle sierot bez ojców, że aż założyli własne stowarzyszenie - byli napiętnowani społecznie, sieroty, ni to amerykańskie, ni to filipińskie. „Tatusiowie” oczywiście naobiecywali lokalnym paniom nie wiadomo co, a jak przyszło co do czego to wrócili do swoich rodzin w ojczyźnie i tyle po nich. Poza sierotami zostało też mnóstwo prostytutek, z czym władze sobie nie dały rady. Teren przekształcono w specjalną strefę ekonomiczną, zbudowano lotnisko, które odciąża Manilę, ale poza tym terenem miasteczko jest pełne seksklubów i napalonych turystów. Same tereny Clark Freeport Zone są raczej straszącym pustkowiem, inwestują tam głównie Koreańczycy i nie wiem sama, czy przyniosło to jakiekolwiek zyski dla lokalnej społeczności. Zarabiają natomiast na klubach i seksturystach. Spacer do centrum przyprawia o gęsią skórkę, niezależnie od pory dnia. Wszędzie pełno spasionych, podstarzałych Amerykanów (głównie weteranie, niektórzy mieszkają na Filipinach na stałe), Japończyków w średnim wieku i Koreańczyków, o dziwo, młodych. Mijaliśmy też dwóch całkiem młodych Niemców. Wszyscy przyjeżdżają w jednym, wiadomym celu. Na ulicy pełno sprzedawców wiagry i co najbardziej dziwi, transwestytów. Tzw. ladyboys są dosłownie wszędzie. Amerykanin z naszego hotelu, notabene kolejny wyznawca Trumpa, szowinista i cham, ostrzegł Stuarta (!!!), żeby uważał, bo wszystkie piękne dziewczyny w mieście to tak naprawdę faceci. No serio, bo akurat po to Stuart tam przyjechał i to w dodatku ze mną. Sam właściciel na hotelu zbił fortunę, kilku Amerykanów mieszka w nim na stałe. Właściwie jakikolwiek biznes w Angeles jest skazany na sukces przez ilość turystów. Do zwiedzania za wiele nie było, sezon deszczowy nie obejmował tego terenu i przy stałej temperaturze około 40 stopni jakoś przetrwaliśmy te dwa czy trzy dni i pojechaliśmy do Manili. Na dworcu mieliśmy jedyny nieprzyjemny incydent podczas całej podróży: jakiś facet wyrwał nasze bagaże z taksówki i uparł się je załadować do luku bagażowego w autobusie. Jak się okazało, nie pracował dla przewoźnika i zażądał opłaty. Było to jedynie 50 pesos od plecaka, czyli około 3 złote, ale trochę nas zdenerwował. Próbowałam się wykłócać, że o nic go nie prosiłam i sama sobie mogę wsadzić plecak do autobusu, ale powiedział, że to opłata za przewóz bagażu, co później się okazało nieprawdą. Szczęśliwie to jedyny oszust, który stanął na naszej drodze i tylko na taką kwotę nas wrobił. 
W Manili już kiedyś byliśmy i absolutnie nam się nie podobało. Postanowiliśmy dać miastu jeszcze jedną szansę i zostać około trzy dni przed wylotem do Malezji. Hotel był tani i chyba najlepszy ze wszystkich, które nam się trafiły na Filipinach. Chinatown było niedaleko, a że po miesiącu od opuszczenia Chin już nam było tęskno do chińskiego jedzenia, to chyba codziennie się stołowaliśmy w chińskich restauracjach. Filipińskie jedzenie nie ma kompletnie żadnego smaku, nawet w polskiej kuchni jest więcej przypraw, oni jedzą dosłownie spalonego kurczaka z ryżem, to jest narodowe danie. Warzywa niemalże dla nich nie istnieją. Lata hiszpańskiej okupacji niczego ich nie nauczyły, natomiast obecność Amerykanów pozostawiła po sobie fast food. Wszyscy objadają się hamburgerami, nawet w mniejszych miejscowościach ludzie jeżdżą na zakupy i przywożą głównie burgery i zapas coca-coli.  Nie wiem jak biedni ludzie, którzy żyją w jakichś blaszanych chatach mogą się tak odżywiać -ani to zdrowe, ani tanie. Epidemia otyłości już niedługo. W każdym razie chińskie restauracje na Filipinach gotowały na tę samą, filipińską modłę, czyli mdło i bez smaku, za to drogo. Temperatura niezmiennie 40 stopni, brud, smród, ubóstwo i wszechobecni żebracy i bezdomni, w tym dzieci. Niektóre kobiety widząc nasze białe twarze z daleka popychały swoje dzieci, żeby nas poprosiły o pieniądze. Nie wiem jak taka kobieta śmie się nazywać matką.
Sytuacja dla dzieci nie jest najlepsza. Edukacja jest niby obowiązkowa (tylko szkoła podstawowa póki co), ale jak rodzice ćpają i dzieciaka posyłają do pracy, zamiast do szkoły, to jakoś chyba nikt nie reaguje. Mnóstwo dzieci widzieliśmy na dworze w godzinach szkolnych. Według statystyk, jedna dziesiąta filipińskich dzieci nie chodzi do szkoły; albo ich nie stać, albo ich to nie interesuje.
Generalnie Manila nie wykorzystała danej przez nas szansy; poszliśmy na długi spacer, około 15 km po mieście i nigdzie nam się nie podobało, za to w niektórych rejonach nie czuliśmy się zbyt bezpiecznie. To miasto to tragedia, nikomu nie polecam, tylko do szybkiej przesiadki na lotnisku. Do zwiedzania są co najwyżej muzea narodowe (za darmo) i to tyle.
W następnym wpisie podsumowanie pobytu na Filipinach (w tym kosztów) oraz różne ciekawostki.

Polecane lektury o Filipinach:
- Tomasz Owsiany, „Pod ciemną skórą Filipin”- ciekawa podróż po Filipinach, autor odwiedził między innymi różne plemiona w górach, separatystów na wyspie Mindanao, więzienia o zaostrzonym rygorze i multimilionera
- Wojciech Tochman, „Eli, eli” - portret slumsów w Manili. Ostrzegam, Tochman lubi epatować biedą i tragedią, książka momentami przewraca flaki.









środa, 19 czerwca 2019

Filipiny, część pierwsza



Na wstępie krótka informacja, o której zapomniałam przy pierwszym poście: filmików już nie będzie z uwagi na brak czasu i dobrej jakości internetu. Z tego też powodu relacje będą zamieszczane w formie pisemnej, niestety niezbyt regularnie. Zazwyczaj jeśli mam czas coś napisać, to akurat nie mam połączenia z internetem, więc publikuję z opóźnieniem. Tak czy siak, dla Was też chyba wygodniej poczytać.
A teraz do sedna. Powrót na Filipiny, długo przez nas wyczekiwany (przypominam, że byliśmy tam już wcześniej na krótkich wakacjach w październiku 2018). Tym razem mieliśmy do dyspozycji prawie miesiąc, bo na tyle obywatele Unii Europejskiej, czyli jeszcze my (Brexit szczęśliwie przesunięty), dostają wizę. Planowanie podróży po Filipinach jest niezwykle trudne z uwagi na fakt, że kraj ten składa się z około siedmiu tysięcy (!) wysp. Oczywiście nie wszystkie z nich są zamieszkane, ale nawet odwiedzenie pięciu, z których niektóre są większe, a niektóre mniejsze, przyprawia o logistyczny ból głowy.
Tym razem podróż zaczęliśmy w Cebu w prowincji Visayas. Samo miasto, tak jak inne filipińskie duże miasta, jest okropne i właściwie nie za bardzo jest po co się tam zatrzymywać. Na pewno nie ma tam za wiele do zwiedzania. Musieliśmy jednak obrać jakiś kierunek i mając do wyboru Cebu lub Manilę, z dwojga złego wybraliśmy Cebu. Uznaliśmy, że to dobry start, bo miasto ma duży port i jest bardzo dobrze skomunikowane z resztą Filipin (jeśli nie połączeniami lądowymi czy morskimi, to lotniczymi). Spędziliśmy w Cebu jedynie dwa dni i poświęciliśmy je na relaks, planowanie dalszej podróży, przyzwyczajanie się do niesamowitego gorąca, pierwsze pranie i takie tam szczegóły. Zaplanowaliśmy wylot do Malezji i od razu kupiliśmy bilet oraz wymyśliliśmy plan na kolejne kilka dni. W samym Cebu, jak już wspominałam, zbyt wiele nie ma do zwiedzania; widzieliśmy chyba tylko jakiś stary, hiszpański fort. Poza tym brud, hałas, żebrzące dzieci - właściwie kopia każdego filipińskiego miasta, niestety. Z Cebu udaliśmy się promem do miejscowości Tagbilaran na wyspie Panglao, gdzie spędziliśmy kilka dni w bardzo malowniczym miejscu o nazwie Bohol Coco Farm. Bardzo przyjemne chatki, zlokalizowane z dala od drogi i hałasu. Niby miało być to miejsce backpackerskie, ale jednak było cicho i spokojnie, a ludzie, których spotkaliśmy, byli bardzo w porządku. Staraliśmy się trzymać z daleka od najmodniejszej plaży na wyspie (Alona beach), gdzie wiecznie trwają imprezy. Jak się okazuje udało nam się.



Wynajęliśmy skuter na jeden dzień i trochę pojeździliśmy po okolicy. Udaliśmy się między innymi do rezerwatu przyrody, gdzie można zobaczyć tarsjusze/wyraki. To małe, słodkie małpki o wielkich oczach i długim ogonie. Podobno potrafią obrócić swoją głowę o 360 stopni, czego nie dane nam było zobaczyć, bo są to zwierzęta nocne i w ciągu dnia śpią. Nie wolno im przeszkadzać, bo są też płochliwe i łatwo się stresują, w dodatku są gatunkiem zagrożonym i trzeba o nie dbać, dlatego na terenie rezerwatu obowiązuje bezwzględna cisza. Teren jest dość spory, ale do zwiedzania przeznaczony jest tylko mały skrawek, gdzie można zobaczyć cztery wyraki. Każdy ma swojego opiekuna, który pilnuje przestrzegania reguł oraz wskazuje turystom, gdzie tarsjusz śpi, żeby mogli zrobić zdjęcia. Wydaje mi się, że i tak nasza obecność ich trochę budziła, bo niektóre czasem otwierały oczy. 


W każdym razie naszła nas tam refleksja, że gdyby te zwierzątka żyły w Chinach, to już dawno by wyginęły. Tutaj będzie długa dygresja o podejściu do zwierząt w Chinach, jeśli kogoś to nie interesuje to można przewinąć dalej. W Chinach ludzie traktują zwierzęta wyłącznie jako jedzenie (bez wyjątków, żadnych zahamowań) i siłę roboczą. W żadnym wypadku nie mają do nich żadnego szacunku. Bardzo się zdziwiłam na początku naszego pobytu w Chinach po pierwszych lekcjach na temat zwierząt. Cieszyłam się, że mamy w książce tematy o zwierzętach, zoo, zagrożonych gatunkach i tak dalej, zawsze to jakiś ciekawszy temat niż standardowe zakupy itp. Liczyłam na ciekawe dyskusje. No i się przeliczyłam. Chinki zgodnie z modą muszą być bardzo delikatne i dziewczęce, więc nawet dorosłe kobiety piszczały mi w sali na widok zwierząt na rysunkach (!), krzycząc, że one są takie okropne i przerażające. Na pytanie, czy kiedyś były w zoo, wszystkie odpowiadały, że raz jako dzieci na wycieczce szkolnej, były przerażone i w ogóle im się nie podobało. Nawet psy i koty są podobno niebezpieczne i okropne. Jedna uczennica, zresztą moja ulubiona, dobiła mnie opowieścią o tym, jak kiedyś nie mogła spać, bo jej współlokatorka w akademiku miała kota i ten kot wszedł na jej łóżko, a ona tak strasznie się bała, że nie mogła tam spać. Wszystko mi opadło. Faceci zresztą to samo, żadnego zainteresowania tematem, zwerząt nie lubią, bo są straszne i się ich boją. Gorzej było już tylko, kiedy wybraliśmy się do zoo. Byliśmy w dwóch różnych i niestety wrażenia były podobne. W „miejskim zoo” w Quanzhou, gdzie mieszkaliśmy, warunki były przerażające: ciasne, brudne klatki, zaniedbane zwierzęta, smród i ubóstwo. Serce się krajało. W dodatku zwiedzający mogą karmić zwierzęta czym popadnie i męczyć je dowoli. Gdzieniegdzie nawet niektóre są wystawiane do płatnych zdjęć, np. wielbłądy. Okropieństwo. Do innego zoo w Xiamen trafiliśmy przypadkiem w czasie noworocznego spaceru po parku. Okazało się, że park ma małe zoo i można je zwiedzać za darmo. Na całe szczęście, bo nie dołożyłabym do tego złamanego grosza. Tłumy, krzyki (standard), rzucanie w małpy i inne zwierzęta czym popadnie, szturchanie, wieszanie się na klatkach... To o ludziach. Szczytem była klatka dla tygrysa, tak ciasna, że nawet nie mógł się położyć, wyciągając łapy. Oczywiście brud i smród. Wyszliśmy zniesmaczeni. To idealny przykład tego, czym zoo absolutnie być nie powinno. W moje urodziny byliśmy w Taipei na Tajwanie i chciałam wreszcie zobaczyć jakąś pandę, bo przez rok nie widziałam ani jednej. Wybraliśmy się, trochę sceptycznie nastawieni, do Taipei Zoo, gdzie jest pawilon z pandami. Zoo jest największe w całej Azji, a wstęp kosztuje chyba niecałe 7 złotych. Miało dobre opinie, więc zaryzykowaliśmy. Pandy były tylko dwie i mieszkały za szybą, bo musiały mieć stworzone odpowiednio chłodne warunki; popatrzeć na nie można tylko przez chwilę, bo jest dużo zwiedzających i są szybko przepędzani. Ale byliśmy pod wrażeniem zoo. Ogromny teren, mnóstwo zwierząt, wiele z nich uratowanych po różnych przejściach i wypadkach. Niektóre nie są w stanie już funkcjonować na wolności. Każde zwierzę miało mnóstwo przestrzeni, było zadbane, a na miejscu odbywały się różne pogadanki, prelekcje edukacyjne i tak dalej. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem. Nie zdążyliśmy zwiedzić całości, bo teren jest ogromny. Wiele zwierząt żyje tam poza klatkami, np. jest ogromne jezioro, wokół którego można obserwować różne ptaki. To był idealny przykład tego, jak powinno wyglądać zoo i jakie są różnice w mentalności Chińczyków i Tajwańczyków. Koniec dygresji.
Po dwóch dniach na Panglao wybraliśmy się w rejon Czekoladowych wzgórz (Chocolate Hills). Najpierw trzeba było się dokuśtykać trójkółką na dworzec, a potem znaleźć autobus. Trójkółka to taka jakby riksza: motor z dopiętą konstrukcją z jednym kołem i siedzeniem. Bardzo niewygodne pieruństwo, w dodatku drogo sobie liczą nawet za krótkie przejażdżki. Biorąc pod uwagę smrodliwość tego pojazdu, średnią prędkość zbliżoną do truchtu i wątpliwą wygodę (taki Stuart siedzi ściśnięty z kolanami pod brodą), używaliśmy ich tylko kiedy nie dało się inaczej dojechać. Na dworcu, kiedy już odnaleźliśmy właściwy autobus, okazało się, że nie ma rozkładu jazdy - autobus odjeżdża, kiedy jest pełny. Nie wiem, jaki w tym sens, skoro ludzie dosiadają się po drodze, ale nie mnie oceniać. Tak czy inaczej, nieświadomi niczego przesiedzieliśmy w tym autobusie ponad godzinę, zanim ruszył; w tym czasie kierowca kimał na tylnych siedzeniach. Bilety kupuje się u konduktora, który podchodzi do każdego pasażera, pyta, gdzie chce pojechać i dziurkuje w odpowiednim miejscu bilet z bloczka: odpowiednio odległość w kilometrach i cenę. Jeśli nie do końca wie się, gdzie wysiąść, a zazwyczaj się nie wie, jeśli trzeba wysiąść po drodze, można poprosić konduktora o uprzedzenie w odpowiednim momencie. O nas zazwyczaj i tak zapominali, więc na wszelki wypadek śledzimy zawsze trasę za pomocą GPS i google maps (zbawienna technologia).
Przykłady biletów

Wybieraliśmy się do miejscowości Batuan, ponieważ zarezerwowaliśmy nocleg w podobnych chatkach jak poprzednio. Niestety, od przystanku autobusowego do miejsca noclegu było około 3,5 kilometra. Szukaliśmy trójkółki, aż zaczepili nas jacyś faceci na motorach i oferowali podwózkę. Zgodziliśmy się, myśląc, że mają rikszę, a oni chcieli nas wieźć z całym dobytkiem na motorach. Mówię, że chyba oszaleli, nie wsiadam na motor z dwudziestokilogramowym obciążeniem z tyłu, siedmiokilowym z przodu i jeszcze dodatkową torebką. Dla nich to nie było nic nadzwyczajnego, ale ewidentnie obraziła ich nasza odmowa. Jak znaleźliśmy rikszę, to nagadali coś kierowcy w lokalnym języku i nas nie wziął. Wykręcali się coś, że niby przepisy nie pozwalają brać bagażu, jakieś bzdury w tym stylu, nie bardzo szło zrozumieć. Wściekliśmy się, ale co było robić: autobusy w tamtą stronę nie kursują, na motor nie wsiądziemy, riksze nas nie chcą. A to była wieś, parę osób na krzyż się tam kręciło. Stuart się wkurzył i postanowił iść piechotą. Ja stanowczo odmówiłam. Nie dość, że nie przeszłabym tyle z bagażem (chociaż właściwie ledwo parę kroków byłam w stanie zrobić z plecakiem na plecach), to akurat miałam mocno poparzone słońcem ramiona i każdy ruch mnie bardzo bolał. Nie było mowy o targaniu całego tego dobytku, w dodatku w słońcu. Stu poszedł więc najpierw ze swoim bagażem, zostawił mnie w restauracji i miałam czekać, aż wróci. Usiadłam w tej restauracji, zamówiłam coś do jedzenia. Właściciele okazali się bardzo mili, ugotowali mi wedle życzenia jakieś warzywa. Siedziałam i siedziałam, trochę im chyba mnie było szkoda, bo zaczęli pytać o co chodzi, gdzie Stuart i czemu tak siedzę. Ostatecznie pan z restauracji zaoferował podwiezienie samochodem. Ze Stuartem nie dałam rady się skontaktować (chińska karta sim nie działa wcale, a polska odmawia wykonywania jakichkolwiek połączeń, mimo że środki na niej są). Czekaliśmy więc, aż wróci i miły pan nas podwiózł za niewielką opłatą (wycenił usługę na 5 zł... daliśmy mu 100 rupii, czyli około 7). Chatki (‘Backpackers’ chalet’) okazały się trzema małymi domkami, zbudowanymi za domem właścicieli. Sympatycznie i tanio, ale w środku wsi. Ja nie mam nic przeciwko wsi, ale filipińska wieś nijak ma się do polskiej. Przede wszystkim nigdy nie jest cicho. Z tego co pamiętam z dzieciństwa, kury się na noc zamyka i śpią, a koguty pieją od rana. No więc na Filipinach pieją 24/7 i to pełną parą. A muszę dodać, że kurze fermy są wszędzie. Nie mają żadnych klatek czy kurników, każda kura ma taki jakby daszek, gdzie może się schować przed słońcem i to tyle. Chodzą cały czas na wolności i się drą. Do tego dochodzą inne zwierzęta, w tym psy szczekające chyba z nudów i taki koncert trwał calusieńką noc, a byliśmy tam chyba dwie noce. Plusem był szybki internet, co nas zdziwiło. Komentarz Stu: „Jak to jest, że na jakiejś filipińskiej wsi, śpiąc za domem u rolnika mamy lepszy internet niż w sześciomilionowym, chińskim, nowoczesnym mieście?” Dobre pytanie. Jako że spać się nie dało, wstawaliśmy rano i od razu ruszaliśmy zwiedzać. Właściciel wynajmował również skutery, bez czego ani rusz. Od razu po przyjeździe pojechaliśmy obejrzeć Czekoladowe Wzgórza. To takie pagórki, które trochę wyglądają jak czekoladki w bombonierce; zazwyczaj są podobno brązowe, dlatego przyjęła się taka nazwa. Jak tam byliśmy, to były wciąż zielone, bo sporo padało.






Kolejnego dnia objechaliśmy wyspę Bohol wzdłuż i wszerz. Po drodze podziwialiśmy niesamowite widoki: tarasy ryżowe, jeziora, wzgórza i tak dalej. Jako że Stuart prowadzi, a ja tylko siedzę i się rozglądam, miałam okazję przyjrzeć się różnym filipińskim wsiom i muszę powiedzieć, że są całkiem zadbane. Wszystkie rządowe budynki są nowe lub odnowione, każda wioska ma szkołę, boiska do koszykówki, kościół i jakieś inne wspólne budynki, między innymi centrum ewakuacyjne (w razie jakichś kataklizmów).
Po Czekoladowych Wzgórzach obraliśmy kierunek na Jagnę, małą nadmorską miejscowość, z której odpływały promy na inną wyspę - wulkaniczną Camiguin. Nie mieliśmy pewności, czy prom odpływa codziennie (według przewodnika lonely planet jeszcze w zeszłym roku odpływały trzy razy w tygodniu, ale według internetu od maja tego roku codziennie), ale postanowiliśmy zaryzykować. Żeby dostać się do Jagny, musieliśmy jechać dwoma autobusami, przesiadka była konieczna. Do miasteczka dojechaliśmy trójkółką zorganizowaną przez właściciela chatki. Tam czekaliśmy na autobus. Ruszyliśmy wcześnie rano, bo prom odpływał o godzinie 13, a nie mieliśmy biletów, poza tym była niedziela i autobusy mogły być pełne ludzi. Zresztą i tak są pełne niemalże zawsze, ale w niedziele ludzie jeżdżą do kościoła albo na targ i od rana może być tłocznie. Na autobus czekaliśmy około pół godziny albo 45 minut, niestety jak przyjechał, to się okazało, że jest w nim mnóstwo ludzi, a bagażnika nie otwierają i mamy się z całym dobytkiem ładować do środka. Na szczęście konduktor był obrotny i nam pomógł, a potem wszystkich poprzesadzał, tak żeby było miejsce dla nas i bagażu. Ostatecznie plecaki wrzucił za ostatnie siedzenia, bo wsiadało więcej ludzi i nie wypadało tarasować przejścia ani zajmować cennych siedzeń. Pierwszy odcinek podróży zaliczyliśmy bezproblemowo, pan konduktor nam pomógł wysiąść (bagaże utknęły za siedzeniami, trzeba było nurkować). Drugi etap nie był już taki łatwy: wszystkie autobusy do Jagny przyjeżdżały kompletnie zapełnione. Do jednego udało mi się wsiąść, ale musiałabym stać na schodach z plecakiem na plecach (niemożliwe), a dla Stuarta nie było już miejsca. Pasażerowie tylko wytrzeszczali na mnie oczy, nikt się nie kwapił do chociażby zrobienia miejsca. Ostatecznie Stuart mnie z tego autobusu z powrotem wyciągnął (bo wysiąść samodzielnie nie miałam jak) i czekaliśmy dalej. Rozważaliśmy rozdzielenie się, bo łatwiej upchnąć jedną osobę niż dwie, ale upierałam się, żeby jeszcze zaczekać. W końcu przyjechał jakiś autobus z ogarniętym konduktorem, otworzył nam bagażnik, wszystkim zarządził w środku i nawet po krótkiej podróży na stojąco mieliśmy miejsca siedzące. Bardzo sympatyczny pan, widać, że lubi swoją pracę; wszystkim pomagał z bagażami i tak dalej. W Jagnie niestety już nie było tak wesoło, bo w porcie się okazało, że faktycznie, promy są codziennie, ale bilety na dziś już dawno wyprzedane. Krew mnie zalała. Nie bardzo wiedzieliśmy, co robić, więc tak jak dwójka Hiszpanów po prostu czekaliśmy pod okienkiem na rozwój sytuacji, przekonani, że jakiś nastąpi. Postanowiliśmy się nie poddawać, zawsze jakiś bilet może się trafić ze zwrotów czy coś. A jeśli nie, to i tak trzeba stać, bo skoro jest taki popyt, to trzeba już czekać w kolejce po bilety na kolejny dzień. Była godzina 10:30, sprzedaż biletów od 14:00. Namyślaliśmy się, co robić, ja się upierałam, że będę stać, a Stuart niech szuka noclegu w razie czego. I jak tak pertraktowaliśmy, kolejka nagle nabrała nowych kształtów. Co było dalej, o tym w kolejnej relacji, bo za dużo tekstu już mi wyszło.



niedziela, 9 czerwca 2019

Witajcie.
Dawno się nie odzywałam. Jak zapewne wiecie, od miesiąca jesteśmy już w drodze.
Zacznijmy od pożegnania z Chinami. Przed wyjazdem było mnóstwo stresu, przygotowań, pożegnań i tym podobnych.
Ostatecznie na początku maja pracowałam jeszcze tymczasowo (co się bardziej opłaca niż etat, bo płatność za 90 minut lekcji wynosi tyle, ile pół dniówki na etacie, czyli 4 godziny). Potem byliśmy na niecałe dwa dni w Hongkongu. Prosto z pociągu powrotnego poszliśmy na ostatni wieczór pożegnalny z uczniami Stuarta - kolacja i karaoke. Z moimi uczniami pożegnałam się w niedzielę, 5 maja. Zabrali mnie na kolację do wykwintnej, wegetariańskiej restauracji, a potem oczywiście na karaoke.



Muszę przyznać, że nawet pożegnanie w pracy było jako-takie - kupili mi jakieś drobiazgi na pamiątkę i kwiaty. Mimo że, jak wspominałam, nie mieliśmy bardzo bliskich relacji, nawet uroniłam łzę podczas przemowy pożegnalnej. Nie, żebym za nimi tęskniła, właściwie to ani razu o nich nie pomyślałam do tej pory. Jednak człowiek jest w stanie do wszystkiego się przyzwyczaić, więc i ja do naszej chińskiej rutyny po prostu przywykłam. Nasze życie tam było raczej nudne i przewidywalne, ale mimo wszystko zbudowaliśmy jakiś mały świat, który przyszło niedługo opuścić. Każda duża zmiana wiąże się z mieszanką uczuć ekscytacji i niepokoju... Tak też było w naszym przypadku, już drugi raz z rzędu zresztą rzucaliśmy się na głęboką wodę. W każdym razie cały rok mi w tamtej chwili pożegnania w pracy przeleciał przed oczami i jak sobie pomyślałam, że mogłam cały ten czas przepracować w pierwszej szkole, to zrobiło mi się słabo. Ostatnio miałam koszmar: śniło mi się, że musiałam tam znów pracować, w dodatku na nowej, nocnej zmianie (!), a lekcje odbywały się na basenie. Obudziłam się zlana potem ;-) Było jak było, ale nie mogę narzekać na warunki pracy w drugiej szkole i jestem wdzięczna za otrzymaną szansę. Podziękowałam im za profesjonalną współpracę i za to, że sprawili, iż mój pobyt w Chinach był o wiele bardziej znośny. 


Z pożegnania z uczniami też szybko się zwinęłam, żeby się przy nich nie popłakać. Za nimi naprawdę będę tęsknić i jesteśmy w kontakcie. Nawet Stu przyznał, że prawie uronił łzę ostatniego dnia pracy. Na jego ostatnią lekcję przyszło ponad pięćdziesięciu uczniów, a po niej prawie godzinę robili sobie z nim zdjęcia i wręczali prezenty.
Pakowanie i sprzątanie było koszmarne. Niby staraliśmy się nie gromadzić zbyt wielu rzeczy, ale wyszło jak zwykle. Okazało się, że mamy wszystkiego zdecydowanie za dużo. Wszystkie sprzęty i wyposażenie mieszkania zostawiliśmy Jasonowi, który się po nas wprowadził. Mnóstwo ubrań wylądowało w pojemniku do recyklingu odzieży. Mam wrażenie, że go zaczęli przez nas częściej opróżniać, bo jednego wieczora niemalże go zapchaliśmy, a rano był już pusty i znów go zapchaliśmy ;) Mój plecak mimo początkowych próbnych dziesięciu kilo osiągnął w przeddzień odlotu szesnaście, a na samym lotnisku już prawie dwadzieścia... Cóż, przynajmniej zmieściłam się w limicie.


Komu w drogę, temu plecak ;-)

Na samym lotnisku wreszcie odetchnęliśmy po odprawie paszportowej i prawdopodobnie ostatnim stemplu w moim paszporcie z wyjazdem z Chin ;-) Lecieliśmy na Tajwan, który teoretycznie należy do Chin, ale w praktyce już nie do końca. Nie wiem, czy wcześniej o tym wspominałam, ale Chiny posiadają kilka regionów autonomicznych, z którymi mają trochę kontrowersyjne stosunki. Najbardziej na pieńku mają jednak z Tajwanem. Kraj ten (oficjalnie nieuznawany na arenie międzynarodowej) został założony przez chińskich uciekinierów niedługo po drugiej wojnie światowej. Pierwszy prezydent Tajwanu miał jako młodzieniec poglądy komunistyczne, jednak później mu się odmieniło i stał w opozycji do Mao Zedonga. Nacjonaliści przegrali i nie zwlekając ani chwili dali nogi za pas na wyspę nieopodal Chin, gdzie założyli własne, demokratyczne państwo. Wiele jest kontrowersji wokół tego tematu w Chinach. Oficjalna propaganda wciska bajki o chińsko-tajwańskiej przyjaźni, kraj nazywa się Tajwan z dookreśleniem w nawiasie: (Republika Chin), ale Chińczykom z Chin kontynentalnych za bardzo tam jeździć nie można. Jak już dostaną specjalne pozwolenie, to na granicy (owszem, jest granica, a jakże) stoją w kolejce dla obcokrajowców. Najczęściej dostają zezwolenia na wyjazd w grupie i muszą mieć przewodnika. Dlaczego? Dlatego, że na Tajwanie propaganda jest zgoła inna, Chin się nienawidzi i nazywa parszywymi komuchami; poza tym panuje demokracja, wolność słowa i takie tam bajery. Tajwan ma osobny rząd, flagę, walutę i przepisy wizowe, a Chińczycy wciąż wciskają swoim kit o jedności narodu, przyjaźni i tak dalej. Przeciętny Chińczyk ma politykę głęboko gdzieś, jak w większości krajów świata młodzież interesują głównie iphone’y i robienie selfie, ale w prowincji Fujian, gdzie mieszkaliśmy, Tajwan był tematem bardzo niewygodnym. Z Fujian na najbliższą wysepkę należącą do Tajwanu można dopłynąć w pół godziny i przez tę odległość wielu osadników Tajwanu pochodzi właśnie z Fujianu. Jak się możecie domyślać,o Tajwanie nie należało się wypowiadać publicznie (jak zresztą na wiele innych tematów). Jako osoba przy zdrowych zmysłach nigdy nie dzieliłam się z nikim swoimi poglądami na politykę ani tym bardziej wiedzą o historii Chin. Coś takiego mogłoby się skończyć więzieniem lub/i deportacją. Już mówiłam, że Chińczykom nie ufam, może tylko Jasonowi, ale też w niewielkim stopniu. Pranie mózgu, jakie przechodzi się tam od dziecka niestety robi swoje. On mimo mieszkania przez wiele lat w Kanadzie, wrócił do Chin i uważa, że tam jest najlepiej. Co po niektórzy, nawet niepozorni ludzie, mogą się okazać głębokimi patriotami i zwyczajnie nakablować do Biura Bezpieczeństwa Publicznego (tak tak, bezpieka istnieje i jest wydziałem policji zajmującym się między innymi obcokrajowcami). Jeszcze mi życie miłe. Nie dawałam się nigdy podpuścić i wszelkie dyskusje na lekcjach zmierzające w niebezpiecznych kierunkach szybko ucinałam. A kilku uczniów miało swoje do powiedzenia ;-) Przewinęły się kwestie Tybetu, Hong Kongu i Tajwanu, ale szybko zmieniałam temat, bo polityka to nie jest dobry temat lekcji, tak samo jak religia. Już to drugie bezpieczniejsze i kilka razy zdarzyło mi się odpowiedzieć na jakieś pytania związane z religią, które zadawano mi z czystej ciekawości, np. czym się różni protestantyzm od katolicyzmu albo jak się nazywa chrześcijańskie kobiety-mniszki (zakonnice) :-) Mniszki kojarzą, bo buddyzm to jedyna chyba w miarę popularna religia. Takie pytania były całkiem nieszkodliwe, ale kiedy niezbyt rozgarnięta uczennica zaczęła mnie pytać, czemu musi mieć paszport, żeby jechać do Hong Kongu, skoro to też są Chiny, to już śliski teren i zwyczajnie odpowiadałam, że nie wiem, a teraz wracamy do ćwiczenia numer trzy.
Po przylocie na Tajwan poczuliśmy więc zew wolności. Wreszcie nie trzeba się pilnować, co się mówi, w dodatku ludzie jacyś ... inni. Niestety tym co najbardziej przeszkadzało mi w Chinach było wszechobecne chamstwo. Naprawdę, nawet nie jestem w stanie przytoczyć wszystkich przykładów, tyle tego było. Przeciętnego Chińczyka charakteryzują trzy słowa (zasada „Trzech S” według Stuarta): smoking, spitting and shouting, co na polski można przełożyć jako zasadę „Trzy P”: palenie, plucie i prucie mordy. Serio, plwociny są wszędzie, trzeba uważać, gdzie się stąpa, bo nawet w windzie potrafią napluć, bez żadnych skrupułów. Nie jest to też zwykłe splunięcie; o nie, co to, to nie. Splunięcie to tylko zwieńczenie bardzo głębokiego, obrzydliwego charku. Słyszy się to na każdym kroku i wielokrotnie zawartość żołądka podchodziła mi do gardła na sam dźwięk. Palenie natomiast jest dozwolone wszędzie; robią to właściwie tylko mężczyźni i właściwie nikt nie wie po co. Ma to być niby wyznacznik statusu i ułatwiać interesy, a potem się wciągają i tak to się kręci. Krzyk zaś to podstawowa forma komunikacji; nie ma znaczenia, że rozmówca znajduje się tuż obok. Prucie mordy zdarza się o każdej porze dnia lub nocy i zawsze brzmi wrogo niczym zażarta kłótnia, a często to zwykła rozmowa. Najczęściej darciu mordy oddają się kobiety, zwłaszcza w autobusie. Za każdym razem podskakiwałam na siedzeniu. Miałam teorię, że większość tych ludzi jest głucha, ale nie wiem czy to możliwe. Po prostu tak mają. Oprócz „trzech p” do normalnych czynności należy głośne bekanie, a nierzadko i puszczanie bąków. Nie tylko w przestrzeni publicznej, często też w miejscu pracy. Na początku prawie wymiotowałam na sam dźwięk przeciągłych, okropnych, bezlitosnych beknięć, po jakimś czasie trochę do wszystkiego przywykłam. Co ciekawe, robią to najczęściej kobiety. Eleganckie, odpicowane, obowiązkowo czerwona szminka na ustach... i przeciągłe „bueeeeeee”. Wydaje mi się, że wszystkie te czynności są związane z tradycyjną medycyną chińską, która zakazuje wstrzymywania takich odruchów. Nie mam jednak pewności, może po protu tak już mają i już.
Na Tajwanie nic takiego nie ma miejsca. Jest po prostu normalnie. Taipei, czyli stolica, to miasto o rozmiarach w sam raz. Niczego w nim nie brakuje. Ludzie są przyjaźni. Zdecydowana większość mówi po angielsku. Wiele osób nam się kłaniało na ulicy, pozdrawiali, witali na Tajwanie. Czuliśmy się jak w jakimś filmie. Początkowo planowałam dwa tygodnie na Tajwanie, które ostatecznie zostały zredukowane do trzech dni w stolicy. Po pierwsze ze względu na koszty (byłoby to najdroższe miejsce na naszej liście), a po drugie dlatego, że myśleliśmy, że to takie Chiny w miniaturze, a czego jak czego, ale Chin już mieliśmy dość. Nic bardziej mylnego, kraj okazał się być w porządku i po kilkudniowym rozeznaniu dodaliśmy Tajpei jako „być może” na liście naszych miejsc do zamieszkania.

EDIT: Było kilka komentarzy, więc wyjaśniam. Po co to wszystko piszę i tak narzekam? Bo mogę, to po pierwsze ;-) A po drugie nikt Wam takich rzeczy nie powie. Przeczytałam mnóstwo książek o Chinach i tylko w jednej znalazłam szczery opis chińskiej rzeczywistości. Jest to, chyba średnio zresztą oceniana, książka "Za Chiny Ludowe" Katarzyny Pawlak. Autorka jest sinologiem i opisuje swoje wrażenia z pobytu na stypendium w Chinach. Odnalazłam w niej trochę bratnią duszę, bo skoro ona, jako znawczyni chińskiej kultury też wielokrotnie czuła się bezsilna, to ja mogę tym bardziej i nie ma w tym nic dziwnego. Lekturę polecam, to zbiór anegdot właściwie czy też krótkich historii, bardzo ciekawe. Czemu tam siedziałam, skoro było mi tak źle? Ano nie było aż tak źle. Było mnóstwo miłych chwil, ale te niemiłe wywołują więcej emocji, więc na świeżo się lepiej pamięta. Ja te zapiski robię głównie dla siebie, bo mam słabą pamięć i niedługo nie będę pamiętać wiele z tej podróży. A po czasie pamięta się tylko te miłe chwile. Podkreślam jeszcze raz, że nie żałuję wyjazdu i jestem wdzięczna za to, że teraz mogę do Was pisać z różnych miejsc na świecie. Gdyby nie praca w Chinach, nie mogłabym sobie na ten wyjazd pozwolić. A że bywało źle? Nigdzie nie jest kolorowe. Życie w ogóle nie jest proste i nie ma znaczenia, gdzie się mieszka. Natomiast różnice kulturowe są faktem i nie ma w tym żadnego rasizmu. To chciałabym wyjaśnić również: nie jestem rasistką -nie lubię ludzi niezależnie od pochodzenia ;-) A znaczące różnice są nawet pomiędzy mną a Stuartem, bo wychowaliśmy się w dwóch różnych światach tak naprawdę, mieliśmy różne warunki życiowe, doświadczenia i tak dalej. W obrębie jednego kraju jest się czasem ciężko zrozumieć, a co dopiero z ludźmi z końca świata. Podsumowując, uważam, że Chiny to nie jest miejsce do zamieszkania, tak samo myślę zresztą o Indiach, które lubię. Po prostu za duża przepaść. Co więcej,  (teraz dołożę do pieca) Chin nie polecam nawet turystycznie, chyba że z jakimś biurem podróży i przewodnikiem. To ogromny kraj i ma dużo pięknych zakątków, ale podróż na własną rękę to nie lada wyzwanie. Chyba że ktoś mówi po chińsku i ma dużo cierpliwości.  Dogadanie się po angielsku graniczy z cudem, w każdej restauracji menu wyłącznie po chińsku i zgaduj co tym razem zjesz (a opcji jest wiele i nie wszystkie brzmią dobrze). No i jeszcze najpierw trzeba wywalczyć wizę, dziesięć stron wniosku, w którym się człowiek spowiada, a na miejscu jeszcze meldunki na policji, internet na korbkę, wszechobecne kolejki, pchanie się z łokcia, krzyk, plucie i inne tego typu atrakcje. Moim zdaniem lepiej wydać kasę na podróż w jakiś inny zakątek Azji. Tyle o Chinach, wolę się skupić w tych zapiskach na podróży.

Tyle relacji póki co, w kolejnym odcinku streszczenie miesiąca na Filipinach.
Tutaj można podpatrywać, gdzie aktualnie jesteśmy. Staram się to uzupełniać w miarę regularnie: https://travefy.com/trip/6yw9rqqwhe7sqz2atmrugp5hx8cnp2a/join/618cfe80-7723-4c46-b94a-6f23c4d60ba3