Witajcie.
Dawno się nie odzywałam. Jak zapewne wiecie, od miesiąca jesteśmy już w drodze.
Zacznijmy od pożegnania z Chinami. Przed wyjazdem było mnóstwo stresu, przygotowań, pożegnań i tym podobnych.
Ostatecznie na początku maja pracowałam jeszcze tymczasowo (co się bardziej opłaca niż etat, bo płatność za 90 minut lekcji wynosi tyle, ile pół dniówki na etacie, czyli 4 godziny). Potem byliśmy na niecałe dwa dni w Hongkongu. Prosto z pociągu powrotnego poszliśmy na ostatni wieczór pożegnalny z uczniami Stuarta - kolacja i karaoke. Z moimi uczniami pożegnałam się w niedzielę, 5 maja. Zabrali mnie na kolację do wykwintnej, wegetariańskiej restauracji, a potem oczywiście na karaoke.
Muszę przyznać, że nawet pożegnanie w pracy było jako-takie - kupili mi jakieś drobiazgi na pamiątkę i kwiaty. Mimo że, jak wspominałam, nie mieliśmy bardzo bliskich relacji, nawet uroniłam łzę podczas przemowy pożegnalnej. Nie, żebym za nimi tęskniła, właściwie to ani razu o nich nie pomyślałam do tej pory. Jednak człowiek jest w stanie do wszystkiego się przyzwyczaić, więc i ja do naszej chińskiej rutyny po prostu przywykłam. Nasze życie tam było raczej nudne i przewidywalne, ale mimo wszystko zbudowaliśmy jakiś mały świat, który przyszło niedługo opuścić. Każda duża zmiana wiąże się z mieszanką uczuć ekscytacji i niepokoju... Tak też było w naszym przypadku, już drugi raz z rzędu zresztą rzucaliśmy się na głęboką wodę. W każdym razie cały rok mi w tamtej chwili pożegnania w pracy przeleciał przed oczami i jak sobie pomyślałam, że mogłam cały ten czas przepracować w pierwszej szkole, to zrobiło mi się słabo. Ostatnio miałam koszmar: śniło mi się, że musiałam tam znów pracować, w dodatku na nowej, nocnej zmianie (!), a lekcje odbywały się na basenie. Obudziłam się zlana potem ;-) Było jak było, ale nie mogę narzekać na warunki pracy w drugiej szkole i jestem wdzięczna za otrzymaną szansę. Podziękowałam im za profesjonalną współpracę i za to, że sprawili, iż mój pobyt w Chinach był o wiele bardziej znośny.
Z pożegnania z uczniami też szybko się zwinęłam, żeby się przy nich nie popłakać. Za nimi naprawdę będę tęsknić i jesteśmy w kontakcie. Nawet Stu przyznał, że prawie uronił łzę ostatniego dnia pracy. Na jego ostatnią lekcję przyszło ponad pięćdziesięciu uczniów, a po niej prawie godzinę robili sobie z nim zdjęcia i wręczali prezenty.
Muszę przyznać, że nawet pożegnanie w pracy było jako-takie - kupili mi jakieś drobiazgi na pamiątkę i kwiaty. Mimo że, jak wspominałam, nie mieliśmy bardzo bliskich relacji, nawet uroniłam łzę podczas przemowy pożegnalnej. Nie, żebym za nimi tęskniła, właściwie to ani razu o nich nie pomyślałam do tej pory. Jednak człowiek jest w stanie do wszystkiego się przyzwyczaić, więc i ja do naszej chińskiej rutyny po prostu przywykłam. Nasze życie tam było raczej nudne i przewidywalne, ale mimo wszystko zbudowaliśmy jakiś mały świat, który przyszło niedługo opuścić. Każda duża zmiana wiąże się z mieszanką uczuć ekscytacji i niepokoju... Tak też było w naszym przypadku, już drugi raz z rzędu zresztą rzucaliśmy się na głęboką wodę. W każdym razie cały rok mi w tamtej chwili pożegnania w pracy przeleciał przed oczami i jak sobie pomyślałam, że mogłam cały ten czas przepracować w pierwszej szkole, to zrobiło mi się słabo. Ostatnio miałam koszmar: śniło mi się, że musiałam tam znów pracować, w dodatku na nowej, nocnej zmianie (!), a lekcje odbywały się na basenie. Obudziłam się zlana potem ;-) Było jak było, ale nie mogę narzekać na warunki pracy w drugiej szkole i jestem wdzięczna za otrzymaną szansę. Podziękowałam im za profesjonalną współpracę i za to, że sprawili, iż mój pobyt w Chinach był o wiele bardziej znośny.
Z pożegnania z uczniami też szybko się zwinęłam, żeby się przy nich nie popłakać. Za nimi naprawdę będę tęsknić i jesteśmy w kontakcie. Nawet Stu przyznał, że prawie uronił łzę ostatniego dnia pracy. Na jego ostatnią lekcję przyszło ponad pięćdziesięciu uczniów, a po niej prawie godzinę robili sobie z nim zdjęcia i wręczali prezenty.
Pakowanie i sprzątanie było koszmarne. Niby staraliśmy się nie gromadzić zbyt wielu rzeczy, ale wyszło jak zwykle. Okazało się, że mamy wszystkiego zdecydowanie za dużo. Wszystkie sprzęty i wyposażenie mieszkania zostawiliśmy Jasonowi, który się po nas wprowadził. Mnóstwo ubrań wylądowało w pojemniku do recyklingu odzieży. Mam wrażenie, że go zaczęli przez nas częściej opróżniać, bo jednego wieczora niemalże go zapchaliśmy, a rano był już pusty i znów go zapchaliśmy ;) Mój plecak mimo początkowych próbnych dziesięciu kilo osiągnął w przeddzień odlotu szesnaście, a na samym lotnisku już prawie dwadzieścia... Cóż, przynajmniej zmieściłam się w limicie.
Komu w drogę, temu plecak ;-)
Na samym lotnisku wreszcie odetchnęliśmy po odprawie paszportowej i prawdopodobnie ostatnim stemplu w moim paszporcie z wyjazdem z Chin ;-) Lecieliśmy na Tajwan, który teoretycznie należy do Chin, ale w praktyce już nie do końca. Nie wiem, czy wcześniej o tym wspominałam, ale Chiny posiadają kilka regionów autonomicznych, z którymi mają trochę kontrowersyjne stosunki. Najbardziej na pieńku mają jednak z Tajwanem. Kraj ten (oficjalnie nieuznawany na arenie międzynarodowej) został założony przez chińskich uciekinierów niedługo po drugiej wojnie światowej. Pierwszy prezydent Tajwanu miał jako młodzieniec poglądy komunistyczne, jednak później mu się odmieniło i stał w opozycji do Mao Zedonga. Nacjonaliści przegrali i nie zwlekając ani chwili dali nogi za pas na wyspę nieopodal Chin, gdzie założyli własne, demokratyczne państwo. Wiele jest kontrowersji wokół tego tematu w Chinach. Oficjalna propaganda wciska bajki o chińsko-tajwańskiej przyjaźni, kraj nazywa się Tajwan z dookreśleniem w nawiasie: (Republika Chin), ale Chińczykom z Chin kontynentalnych za bardzo tam jeździć nie można. Jak już dostaną specjalne pozwolenie, to na granicy (owszem, jest granica, a jakże) stoją w kolejce dla obcokrajowców. Najczęściej dostają zezwolenia na wyjazd w grupie i muszą mieć przewodnika. Dlaczego? Dlatego, że na Tajwanie propaganda jest zgoła inna, Chin się nienawidzi i nazywa parszywymi komuchami; poza tym panuje demokracja, wolność słowa i takie tam bajery. Tajwan ma osobny rząd, flagę, walutę i przepisy wizowe, a Chińczycy wciąż wciskają swoim kit o jedności narodu, przyjaźni i tak dalej. Przeciętny Chińczyk ma politykę głęboko gdzieś, jak w większości krajów świata młodzież interesują głównie iphone’y i robienie selfie, ale w prowincji Fujian, gdzie mieszkaliśmy, Tajwan był tematem bardzo niewygodnym. Z Fujian na najbliższą wysepkę należącą do Tajwanu można dopłynąć w pół godziny i przez tę odległość wielu osadników Tajwanu pochodzi właśnie z Fujianu. Jak się możecie domyślać,o Tajwanie nie należało się wypowiadać publicznie (jak zresztą na wiele innych tematów). Jako osoba przy zdrowych zmysłach nigdy nie dzieliłam się z nikim swoimi poglądami na politykę ani tym bardziej wiedzą o historii Chin. Coś takiego mogłoby się skończyć więzieniem lub/i deportacją. Już mówiłam, że Chińczykom nie ufam, może tylko Jasonowi, ale też w niewielkim stopniu. Pranie mózgu, jakie przechodzi się tam od dziecka niestety robi swoje. On mimo mieszkania przez wiele lat w Kanadzie, wrócił do Chin i uważa, że tam jest najlepiej. Co po niektórzy, nawet niepozorni ludzie, mogą się okazać głębokimi patriotami i zwyczajnie nakablować do Biura Bezpieczeństwa Publicznego (tak tak, bezpieka istnieje i jest wydziałem policji zajmującym się między innymi obcokrajowcami). Jeszcze mi życie miłe. Nie dawałam się nigdy podpuścić i wszelkie dyskusje na lekcjach zmierzające w niebezpiecznych kierunkach szybko ucinałam. A kilku uczniów miało swoje do powiedzenia ;-) Przewinęły się kwestie Tybetu, Hong Kongu i Tajwanu, ale szybko zmieniałam temat, bo polityka to nie jest dobry temat lekcji, tak samo jak religia. Już to drugie bezpieczniejsze i kilka razy zdarzyło mi się odpowiedzieć na jakieś pytania związane z religią, które zadawano mi z czystej ciekawości, np. czym się różni protestantyzm od katolicyzmu albo jak się nazywa chrześcijańskie kobiety-mniszki (zakonnice) :-) Mniszki kojarzą, bo buddyzm to jedyna chyba w miarę popularna religia. Takie pytania były całkiem nieszkodliwe, ale kiedy niezbyt rozgarnięta uczennica zaczęła mnie pytać, czemu musi mieć paszport, żeby jechać do Hong Kongu, skoro to też są Chiny, to już śliski teren i zwyczajnie odpowiadałam, że nie wiem, a teraz wracamy do ćwiczenia numer trzy.
Po przylocie na Tajwan poczuliśmy więc zew wolności. Wreszcie nie trzeba się pilnować, co się mówi, w dodatku ludzie jacyś ... inni. Niestety tym co najbardziej przeszkadzało mi w Chinach było wszechobecne chamstwo. Naprawdę, nawet nie jestem w stanie przytoczyć wszystkich przykładów, tyle tego było. Przeciętnego Chińczyka charakteryzują trzy słowa (zasada „Trzech S” według Stuarta): smoking, spitting and shouting, co na polski można przełożyć jako zasadę „Trzy P”: palenie, plucie i prucie mordy. Serio, plwociny są wszędzie, trzeba uważać, gdzie się stąpa, bo nawet w windzie potrafią napluć, bez żadnych skrupułów. Nie jest to też zwykłe splunięcie; o nie, co to, to nie. Splunięcie to tylko zwieńczenie bardzo głębokiego, obrzydliwego charku. Słyszy się to na każdym kroku i wielokrotnie zawartość żołądka podchodziła mi do gardła na sam dźwięk. Palenie natomiast jest dozwolone wszędzie; robią to właściwie tylko mężczyźni i właściwie nikt nie wie po co. Ma to być niby wyznacznik statusu i ułatwiać interesy, a potem się wciągają i tak to się kręci. Krzyk zaś to podstawowa forma komunikacji; nie ma znaczenia, że rozmówca znajduje się tuż obok. Prucie mordy zdarza się o każdej porze dnia lub nocy i zawsze brzmi wrogo niczym zażarta kłótnia, a często to zwykła rozmowa. Najczęściej darciu mordy oddają się kobiety, zwłaszcza w autobusie. Za każdym razem podskakiwałam na siedzeniu. Miałam teorię, że większość tych ludzi jest głucha, ale nie wiem czy to możliwe. Po prostu tak mają. Oprócz „trzech p” do normalnych czynności należy głośne bekanie, a nierzadko i puszczanie bąków. Nie tylko w przestrzeni publicznej, często też w miejscu pracy. Na początku prawie wymiotowałam na sam dźwięk przeciągłych, okropnych, bezlitosnych beknięć, po jakimś czasie trochę do wszystkiego przywykłam. Co ciekawe, robią to najczęściej kobiety. Eleganckie, odpicowane, obowiązkowo czerwona szminka na ustach... i przeciągłe „bueeeeeee”. Wydaje mi się, że wszystkie te czynności są związane z tradycyjną medycyną chińską, która zakazuje wstrzymywania takich odruchów. Nie mam jednak pewności, może po protu tak już mają i już.
Na Tajwanie nic takiego nie ma miejsca. Jest po prostu normalnie. Taipei, czyli stolica, to miasto o rozmiarach w sam raz. Niczego w nim nie brakuje. Ludzie są przyjaźni. Zdecydowana większość mówi po angielsku. Wiele osób nam się kłaniało na ulicy, pozdrawiali, witali na Tajwanie. Czuliśmy się jak w jakimś filmie. Początkowo planowałam dwa tygodnie na Tajwanie, które ostatecznie zostały zredukowane do trzech dni w stolicy. Po pierwsze ze względu na koszty (byłoby to najdroższe miejsce na naszej liście), a po drugie dlatego, że myśleliśmy, że to takie Chiny w miniaturze, a czego jak czego, ale Chin już mieliśmy dość. Nic bardziej mylnego, kraj okazał się być w porządku i po kilkudniowym rozeznaniu dodaliśmy Tajpei jako „być może” na liście naszych miejsc do zamieszkania.
EDIT: Było kilka komentarzy, więc wyjaśniam. Po co to wszystko piszę i tak narzekam? Bo mogę, to po pierwsze ;-) A po drugie nikt Wam takich rzeczy nie powie. Przeczytałam mnóstwo książek o Chinach i tylko w jednej znalazłam szczery opis chińskiej rzeczywistości. Jest to, chyba średnio zresztą oceniana, książka "Za Chiny Ludowe" Katarzyny Pawlak. Autorka jest sinologiem i opisuje swoje wrażenia z pobytu na stypendium w Chinach. Odnalazłam w niej trochę bratnią duszę, bo skoro ona, jako znawczyni chińskiej kultury też wielokrotnie czuła się bezsilna, to ja mogę tym bardziej i nie ma w tym nic dziwnego. Lekturę polecam, to zbiór anegdot właściwie czy też krótkich historii, bardzo ciekawe. Czemu tam siedziałam, skoro było mi tak źle? Ano nie było aż tak źle. Było mnóstwo miłych chwil, ale te niemiłe wywołują więcej emocji, więc na świeżo się lepiej pamięta. Ja te zapiski robię głównie dla siebie, bo mam słabą pamięć i niedługo nie będę pamiętać wiele z tej podróży. A po czasie pamięta się tylko te miłe chwile. Podkreślam jeszcze raz, że nie żałuję wyjazdu i jestem wdzięczna za to, że teraz mogę do Was pisać z różnych miejsc na świecie. Gdyby nie praca w Chinach, nie mogłabym sobie na ten wyjazd pozwolić. A że bywało źle? Nigdzie nie jest kolorowe. Życie w ogóle nie jest proste i nie ma znaczenia, gdzie się mieszka. Natomiast różnice kulturowe są faktem i nie ma w tym żadnego rasizmu. To chciałabym wyjaśnić również: nie jestem rasistką -nie lubię ludzi niezależnie od pochodzenia ;-) A znaczące różnice są nawet pomiędzy mną a Stuartem, bo wychowaliśmy się w dwóch różnych światach tak naprawdę, mieliśmy różne warunki życiowe, doświadczenia i tak dalej. W obrębie jednego kraju jest się czasem ciężko zrozumieć, a co dopiero z ludźmi z końca świata. Podsumowując, uważam, że Chiny to nie jest miejsce do zamieszkania, tak samo myślę zresztą o Indiach, które lubię. Po prostu za duża przepaść. Co więcej, (teraz dołożę do pieca) Chin nie polecam nawet turystycznie, chyba że z jakimś biurem podróży i przewodnikiem. To ogromny kraj i ma dużo pięknych zakątków, ale podróż na własną rękę to nie lada wyzwanie. Chyba że ktoś mówi po chińsku i ma dużo cierpliwości. Dogadanie się po angielsku graniczy z cudem, w każdej restauracji menu wyłącznie po chińsku i zgaduj co tym razem zjesz (a opcji jest wiele i nie wszystkie brzmią dobrze). No i jeszcze najpierw trzeba wywalczyć wizę, dziesięć stron wniosku, w którym się człowiek spowiada, a na miejscu jeszcze meldunki na policji, internet na korbkę, wszechobecne kolejki, pchanie się z łokcia, krzyk, plucie i inne tego typu atrakcje. Moim zdaniem lepiej wydać kasę na podróż w jakiś inny zakątek Azji. Tyle o Chinach, wolę się skupić w tych zapiskach na podróży.
EDIT: Było kilka komentarzy, więc wyjaśniam. Po co to wszystko piszę i tak narzekam? Bo mogę, to po pierwsze ;-) A po drugie nikt Wam takich rzeczy nie powie. Przeczytałam mnóstwo książek o Chinach i tylko w jednej znalazłam szczery opis chińskiej rzeczywistości. Jest to, chyba średnio zresztą oceniana, książka "Za Chiny Ludowe" Katarzyny Pawlak. Autorka jest sinologiem i opisuje swoje wrażenia z pobytu na stypendium w Chinach. Odnalazłam w niej trochę bratnią duszę, bo skoro ona, jako znawczyni chińskiej kultury też wielokrotnie czuła się bezsilna, to ja mogę tym bardziej i nie ma w tym nic dziwnego. Lekturę polecam, to zbiór anegdot właściwie czy też krótkich historii, bardzo ciekawe. Czemu tam siedziałam, skoro było mi tak źle? Ano nie było aż tak źle. Było mnóstwo miłych chwil, ale te niemiłe wywołują więcej emocji, więc na świeżo się lepiej pamięta. Ja te zapiski robię głównie dla siebie, bo mam słabą pamięć i niedługo nie będę pamiętać wiele z tej podróży. A po czasie pamięta się tylko te miłe chwile. Podkreślam jeszcze raz, że nie żałuję wyjazdu i jestem wdzięczna za to, że teraz mogę do Was pisać z różnych miejsc na świecie. Gdyby nie praca w Chinach, nie mogłabym sobie na ten wyjazd pozwolić. A że bywało źle? Nigdzie nie jest kolorowe. Życie w ogóle nie jest proste i nie ma znaczenia, gdzie się mieszka. Natomiast różnice kulturowe są faktem i nie ma w tym żadnego rasizmu. To chciałabym wyjaśnić również: nie jestem rasistką -nie lubię ludzi niezależnie od pochodzenia ;-) A znaczące różnice są nawet pomiędzy mną a Stuartem, bo wychowaliśmy się w dwóch różnych światach tak naprawdę, mieliśmy różne warunki życiowe, doświadczenia i tak dalej. W obrębie jednego kraju jest się czasem ciężko zrozumieć, a co dopiero z ludźmi z końca świata. Podsumowując, uważam, że Chiny to nie jest miejsce do zamieszkania, tak samo myślę zresztą o Indiach, które lubię. Po prostu za duża przepaść. Co więcej, (teraz dołożę do pieca) Chin nie polecam nawet turystycznie, chyba że z jakimś biurem podróży i przewodnikiem. To ogromny kraj i ma dużo pięknych zakątków, ale podróż na własną rękę to nie lada wyzwanie. Chyba że ktoś mówi po chińsku i ma dużo cierpliwości. Dogadanie się po angielsku graniczy z cudem, w każdej restauracji menu wyłącznie po chińsku i zgaduj co tym razem zjesz (a opcji jest wiele i nie wszystkie brzmią dobrze). No i jeszcze najpierw trzeba wywalczyć wizę, dziesięć stron wniosku, w którym się człowiek spowiada, a na miejscu jeszcze meldunki na policji, internet na korbkę, wszechobecne kolejki, pchanie się z łokcia, krzyk, plucie i inne tego typu atrakcje. Moim zdaniem lepiej wydać kasę na podróż w jakiś inny zakątek Azji. Tyle o Chinach, wolę się skupić w tych zapiskach na podróży.
Tyle relacji póki co, w kolejnym odcinku streszczenie miesiąca na Filipinach.
Tutaj można podpatrywać, gdzie aktualnie jesteśmy. Staram się to uzupełniać w miarę regularnie: https://travefy.com/trip/6yw9rqqwhe7sqz2atmrugp5hx8cnp2a/join/618cfe80-7723-4c46-b94a-6f23c4d60ba3




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz