Witajcie.
W pierwszych słowach mego listu od razu przepraszam, że tak długo się nie odzywałam. Nie miałam za specjalnie weny do pisania, ani czasu. Nie za często pisałam szlajając się na bezrobociu, więc tym bardziej teraz nie za bardzo mam czas pracując na (ponad) etat. Bez zbędnych wstępów przejdę do sedna: mieszkamy obecnie w Kambodży, a jak do tego doszło i o co w ogóle chodzi, o tym będzie ten wpis. Zalegam z wpisami jakieś kilka miesięcy, więc jestem w plecy o relacje z Tajlandii i Indonezji. Na razie je omijam, żeby napisać tę aktualizację, natomiast mogę powiedzieć tyle, że te miejsca nas raczej rozczarowały (Tajlandia trochę, Indonezja całkowicie). Szczegóły pewnie kiedyś przedstawię, chociaż już sama coraz mniej pamiętam. Myślę o powrocie do formatu filmików, wtedy zajęłoby mi to o wiele mniej czasu.
Skąd Kambodża? Właściwie to z przypadku. Pobyt w Indonezji zakończyliśmy na Bali i próbowaliśmy ogarnąć, jak się stamtąd wydostać. Jako że był sierpień, czas wakacji w wielu krajach i szczyt sezonu, ceny nagle poszybowały w górę i znalezienie jakiegokolwiek lotu w sensownej cenie graniczyło z cudem. Ja musiałam z Bali tak czy siak wrócić do Malezji po nowy paszport. Ważność mojego starego paszportu kończyła się na początku marca, a żeby zostać wpuszczonym do jakiegokolwiek kraju (przynajmniej w tej okolicy, ale prawdopodobnie wszędzie jest taki wymóg) paszport musi być ważny jeszcze co najmniej pół roku. Od września to byłoby dla mnie już mniej niż pół roku, na zawsze zostać w Indonezji ani nie mogłam (wiza miesięczna), ani nie chciałam (bo to raczej słabe miejsce). Kwestia mojego lotu była więc rozwiązana - lecę do Kuala Lumpur. Stu kolejnego wyjazdu do KL odmówił stanowczo i wcale mu się nie dziwię, nie było po co się tam kręcić. Plan był więc taki, że ja odbiorę paszport i dołączę do Stuarta. Naszym celem był Wietnam. Stu miał tam się przyłączyć do poznanego w Tajlandii faceta z Kanady, z którym bardzo się zakolegowali. Tom zachwalał jaki to Wietnam jest wspaniały, liczyliśmy więc na jakąś miłą odmianę po prawie miesiącu w Indonezji. Niestety sytuacja z Wietnamem się lekko skomplikowała między innymi przez konieczność posiadania wizy, którą trzeba załatwić przed przylotem. To dałoby się zrobić, bo planowaliśmy z wyprzedzeniem (wizę można załatwić online w ciągu bodajże trzech dni roboczych), ale ja nie miałam jeszcze nowego paszportu, a na stary nie było sensu załatwiać wizy, bo i tak mogliby mnie nie wpuścić, strata czasu i pieniędzy. To załatwianie wizy wydłużyłoby mój pobyt w Malezji. Poza tym pokomplikowały się same loty. Z Bali trzeba by lecieć do Kuala Lumpur w Malezji i czekać na lotnisku 8 godzin w nocy (!) na przesiadkę. I to wszystko wcale nie tak najtaniej. Stu powiedział, że takie loty to on chrzani i w takim razie poleci gdzieś indziej, gdzie da się bezpośrednio. Mnie tam było wszystko jedno, bo Kuala Lumpur ma połączenia właściwie dokądkolwiek by nam się nie zamarzyło, włączając w to nawet chińską dziurę, w której mieszkaliśmy (Quanzhou). Gdziekolwiek by nie poleciał, to mogłam tam łatwo i tanio z KL dolecieć, żaden problem. Padło więc na Phnom Penh, czyli stolicę Kambodży, gdzie miałam do niego dołączyć po dwóch dniach. Historię z moim paszportem już znacie, więc wiecie co w ciągu tych dwóch dni robiłam. Stu natomiast spędził ten czas nieco weselej, bujając się po hipsterskim Phnom Penh i spędzając czas z innym znowuż kolegą, tym razem kolegą po fachu. Konkretnie chodzi tu o Tima, czyli rodaka Stu, który pracował jako nauczyciel angielskiego w Chinach w tej samej szkole, gdzie Stu, a rzecz biorąc dokładniej, był jego poprzednikiem i powodem, dla którego Stu wysłano właśnie do tej szkoły. Tim miał więc już kiedyś duży (niebezpośredni) wpływ na nasz los i jak się okazało, tym razem też miał i to bardziej bezpośredni. O tym będzie dalej.
Po wszystkich moich paszportowych przygodach wreszcie przyleciałam do Kambodży i ja. Czego się spodziewałam, a co zobaczyłam na miejscu? No tutaj wstyd trochę się przyznać, ale nie spodziewałam się wiele. Nie ze względu na jakiś rasizm czy inny europocentryzm, bo jestem od takich poglądów daleka, raczej ze względu na historię Kambodży nie oczekiwałam zbyt wiele zobaczyć na miejscu. Właściwie to nie wiem, co sobie wyobrażałam, ale na pewno nie to, co zobaczyłam ;-) Tutaj muszę nadmienić, że starałam się czytać o każdym kraju, do którego się udaliśmy, a o Kambodży akurat jest bardzo dużo publikacji, w tym też trochę po polsku. Wszystkie wypiszę standardowo na końcu, jakby ktoś był zainteresowany. Nie będę tu przedstawiać historii Kambodży, jak ktoś chce to sobie znajdzie, w skrócie: wesoło to oni nie mieli. Być może słyszeliście o reżimie Czerwonych Khmerów, a jeśli nie to można o tym poczytać w poleconych poniżej pozycjach. W każdym razie kraj był w stanie wojny przez jakieś 20 czy 30 lat i nie chodzi tu tylko o domowe zawieruchy. Kambodża i Laos zostały wbrew własnej woli zamieszane w wojnę w Wietnamie, o czym się raczej nie mówi. Przez zamieszanie mam tutaj na myśli zbombardowanie od góry do dołu i wcale nie przesadzam. Na samą Kambodżę spadło więcej bomb w tym czasie niż łącznie w innych miejscach przez całą drugą wojnę światową, bodajże prawie 3 miliony ton. Przypominam, że to nie z Kambodżą była wojna, a z sąsiadującym Wietnamem. Odpowiedzialny za to doradca prezydenta USA Henry Kissinger nawet dostał potem pokojową nagrodę Nobla za zaprzestanie bombardowań, które notabene były tak tajne, że nawet piloci zrzucający bomby nie znali dokładnych współrzędnych, były zmieniane w ostatniej chwili, żeby się do końca nie orientowali, gdzie lecą. Co za łaskawca z tego Kissingera, że wreszcie przestał zrzucać bomby, jak już nie było na nie miejsca. Po cholerę je zrzucał w ogóle? Nie wiem co jest nie tak z Amerykanami, że zawsze się pchają tam, gdzie ich nie potrzeba i próbują ludziom układać życie na swoją modłę. Niestety do tej pory nie wypłacili żadnych odszkodowań za te zniszczenia. Udzielili za to wtedy pożyczki w wysokości coś koło 200 milionów dolarów na żywność, która nie wiem skąd miała się wziąć, jak zbombardowali pola i drogi, ale teraz domagają się spłaty 500 milionów. Tak się robi wielką Amerykę jakby ktoś miał wątpliwości, szkoda słów. Wiele bomb jest nadal aktywnych, a co za tym idzie spora część kambodżańskiej ziemi jest nieużytkowana, bo nie można się tam zbliżać. Ale nie o tym miało być, o bombach będzie jeszcze dalej. Dlatego właśnie nie będę pisać wiele o historii, bo mnie ponosi, tego co się tu wydarzyło nie da się objąć umysłem. Ilość nieszczęść jaka spadła na ten naród jest wręcz niewyobrażalna. Swoje wojny, cudze wojny, ludobójstwo... szkoda słów. W każdym razie wiedząc o tym wszystkim nie spodziewałam się, że od lat dziewięćdziesiątych zdążyli się podnieść z tych zniszczeń i tragedii. Polska zaczęła wstawać z kolan po roku 1989 i łatwo to wcale nie szło (chociaż kraj po wojnie był odbudowany w miarę możliwości) więc skoro oni zaczęli gdzieś około 1997, to miałam wrażenie, że jeszcze się nie ogarnęli. A tu niespodzianka. Droga z lotniska do hotelu zajęła jakieś pół godziny i po drodze szczerze mówiąc opadła mi szczęka. Phnom Penh wygląda mniej więcej jak skrzyżowanie Chin z Tajlandią, a to wcale nie jest złe połączenie. Jeszcze bardziej się zdziwiłam w samym centrum, gdzie pełno jest hipsterskich knajp w stylu europejskim. Serio, Kraków czy nawet Warszawa by się nie powstydziły. Na każdym kroku jakieś wegańskie knajpy, latte na mleku sojowym, bagietki, cuda na kiju. W każdym sklepu na rogu francuskie sery, wina, co dusza zapragnie. Zastanawiałam się czy to jeszcze w ogóle jest Azja!!! No jest, wystarczy się rozejrzeć i wszędzie dookoła tuktuki, a ruch uliczny funkcjonuje według zasady "kto pierwszy ten lepszy". Niemniej jednak miasto wrażenie zrobiło, nie tylko na mnie ale też i na Stuarcie. Pomyśleliśmy sobie: kurde, tutaj można by było żyć i to całkiem nieźle. Taka myśl w nas zakiełkowała, a myśl tę podchwycił wspomniany wcześniej Tim, który w Phnom Penh również pracował jako nauczyciel. W ramach, jak to ujął, zadośćuczynienia za Quanzhou, gdzie przyszło nam żyć niejako przez niego i przez co czuł się trochę winny (chociaż nie powinien), postanowił wkręcić Stu do swojej szkoły, którą zachwalał i polecał. Tim po wyjeździe z Chin (skąd wyjechał, bo po dwóch latach pracy odmówiono mu trzech dni urlopu na święta i z tego tytułu po prostu pieprznął papierami) był w Japonii i gdzieś tam jeszcze, jednak miejsca długo nie zagrzał, aż trafił do Kambodży i poczuł, że to jest to. No, my w Phnom Penh też czuliśmy, że to może być to, ale z drugiej strony, miała być podróż życia a tu co? Na liście jeszcze Wietnam, Laos, Mjanma... To były dni ciężkich rozkmin. Podróż nas mocno zmęczyła, zwłaszcza, że dwa ostatnie kraje były dosyć niefortunne, mieliśmy poczucie marnowania czasu i pieniędzy. Tak właściwie to takie szlajanie się ma dużo minusów, jednym z nich jest nadmiar wolnego czasu. Jak się jedzie na wakacje i ma ograniczenie czasowe, to jakoś organizacja wszystkiego wychodzi łatwiej. Jak się tych ograniczeń nie ma, to jakoś tak czas płynie i w sumie to niewiele się dzieje... Uznaliśmy, że lepiej gdzieś jechać na 5 dni i zobaczyć ile się da, niż bujać się miesiąc w takim tempie. Tym sposobem Stu udał się na rozmowę kwalifikacyjną, która nie wypadła najlepiej, z uwagi na fakt, że prowadzący spóźnił się... o godzinę. Tylko go to zdenerwowało, tym bardziej, że odpowiedź miał dostać w ciągu dwóch tygodni. Olaliśmy to więc i postanowiliśmy jechać dalej w Kambodżę. Najpierw zwiedziliśmy stolicę. Oprócz nocnego życia, dla równowagi jest też sporo historii i to niestety smutnej. Głównymi miejscami odwiedzanymi przez turystów są pola śmierci, gdzie reżim zabijał niewygodnych dla siebie ludzi oraz sekretne więzienie Tuol Sleng, zwane też S-21, gdzie najpierw byli przetrzymywani i torturowani. Okropne miejsca, jeśli mogłabym do czegoś je porównać to zapewne do Auschwitz, bo też było to ludobójstwo na ogromną skalę. Na polach śmierci niestety do tej pory czasem deszcz wymywa z ziemi jakieś kości, trzeba ostrożnie stąpać... Jest też drzewo, przy którym zabijano dzieci, w tym niemowlęta - trzymając dziecko za nogę, uderzano jego głową o drzewo. Nie jestem w stanie opisać okropieństwa tych miejsc. Dostaje się przewodnik audio i można posłuchać historii ludzi, którzy przeżyli. Bardzo trudno się tego słucha, popłakałam się tam i nawet teraz mi się zbiera na płacz jak to piszę. "Ludzie ludziom zgotowali ten los". Oprócz tych wątpliwych "atrakcji" można zwiedzać różnorakie świątynie buddyjskie (których się nazwiedzaliśmy tyle, że nam wystarczy chyba już do śmierci, w samej Tajlandii na każdym kroku), muzea i pałac królewski. Oczywiście nie za darmo i tu dochodzimy do kolejnej kwestii. Ktoś sobie pomyśli: Kambodża, trzeci świat, gdzie to w ogóle jest, jakaś bieda i pola ryżowe. Otóż nic z tych rzeczy, pragnę to podkreślić i będę to jeszcze powtarzać nie raz: Kambodża nie jest tania. W obiegu jest lokalna waluta (riel) i dolar amerykański. Wstępy kosztują przeciętnie 10-15 dolarów, a to nie jest mało. Więcej o kosztach będzie dalej.
Oprócz samej stolicy zwiedziliśmy też wyspę zwaną Silk Island, która słynie z produkcji jedwabiu. Jak zobaczycie na zdjęciach gotujące się kokony, to są właśnie jedwabniki.
Ze stolicy udaliśmy się na południe, gdzie teoretycznie miało nie padać. Zapomniałam dodać, że przyjechaliśmy w środku pory deszczowej. Właśnie pogoda przede wszystkim nam rozwaliła cały wyjazd, zrypała nam pół pobytu w Tajlandii i plan się rozmył. Od września miało być już ładnie w Wietnamie, no ale nie wyszło. Trudno, trzeba to było wziąć na klatę. Obraliśmy kierunek na Kampot, który miał być miłym miejscem. No i był, tylko żeby się tam dostać, to trzeba mieć naprawdę mocne nerwy. To znaczy sam proces dostania się tam to bułka z masłem, trzeba po prostu jechać autobusem. Bilety i wszystko załatwia hotel, tak że się człowiek nie musi nigdzie fatygować. Przewoźnicy odbierają prosto z hotelu, taką obsługę to ja rozumiem. Notabene co do obsługi, to jest absolutnie nienaganna, przynajmniej w Phnom Penh nie mogliśmy wyjść z podziwu, wszyscy uśmiechnięci, pomocni, życzliwi. Jakby ktoś potrzebował hotelu w stolicy to mamy namiar na najlepszy :) Byliśmy tam kilka razy, nawet raz nas zaproszono na imprezę urodzinową jednego z pracowników. Przesympatyczni młodzi ludzie. Urzekło mnie to strasznie w Kambodżanach, jak są pogodni i zawsze szeroko uśmiechnięci. Polacy też mają smutną historię, ale jednak z nas smutasy-ponurasy i narzekacze, jak ktoś się uśmiechnie na ulicy to wiadomo od razu, że chory psychicznie ;-) Z tym kambodżańskim uśmiechem to taka trochę fasada też, jest to dobrze opisane w książce "Uśmiech Pol Pota". Fasada czy nie, wrażenie jest. Żeby jednak nie było, że tak wszystko zachwalam, to droga do tego nieszczęsnego Kampotu była gehenną i wcale nie przesadzam. Jakość dróg mogłabym określić jednym słowem: koszmar. Dziury dziurami, pod koniec trasy nie było w ogóle utwardzenia, brnęliśmy przez jakieś błoto i doły chyba ze dwie godziny. Wymasowało nam to i owo, a trasa zamiast bodajże 4h zajęła jakieś 6, o ile dobrze pamiętam. Na miejscu okazało się, że Kampot faktycznie super, ale leje to tu jeszcze gorzej niż w stolicy i cały przyjazd wielkiego sensu jednak nie miał. Zatrzymaliśmy się w fajnym domku na wyspie, niby wszystko super, ale komary cięły jak opętane. Niezrażeni pogodą zarezerwowaliśmy tuktuka na wycieczkę do pobliskiej miejscowości Kep, którą zachwalali znajomi (bo już zdążyliśmy się zakolegować z niektórymi nauczycielami z tej szkoły w stolicy). Niestety Stu zaniemógł żołądkowo i musiałam jechać sama. Ludzie kochani, co to była za wycieczka. Zamiast jechać grupą minibusem zamówiliśmy prywatnego tuktuka i ja byłam w nim sama. Rany, powiedzieć, że mnie wytrzęsło, to jak nic nie powiedzieć. Droga była nieutwardzona, same doły, błoto, musiałam się zapierać nogami i trzymać obydwoma rękami czego się dało, żeby nie potracić zębów, tak podskakiwaliśmy. Nie rozumiem tego, tzn. rozumiem, że rząd jest skorumpowany i ma inne wydatki niż drogi, ale na tyle projektów charytatywnych i różnych instytucji pomagających tutaj, czemu nikt nie wpadł na zrzutkę na drogi??? Chyba przez lata by się coś jednak uzbierało, sama bym się dołożyła. Kraj duży nie jest, nie mówię tu o autostradach, tylko jakimś chociażby wybetonowaniu tego, przecież co roku jest to samo w porze deszczowej. No nie wiem, nie znam się, ale mi się to nie podoba. Dobrze, że śniadanie było lekkie, bo już po starcie pożałowałam, że w ogóle cokolwiek jadłam.
Jedynym plusem tej wycieczki była wizyta na plantacji pieprzu. Mega ciekawa. Okazuje się, że pieprz z Kampotu jest jednym z najlepszych na świecie, drugi jest jakiś z Mozambiku bodajże. W porównaniu do innego pieprzu jest ostrzejszy w smaku. Pokazano nam plantację, wyjaśniono jak się zbiera, przetwarza i tak dalej, na końcu dla chętnych były zakupy w ich sklepiku. Super przyprawy, trochę kupiłam, licząc, że osiądziemy niedługo i będę miała wreszcie porządną kuchnię, no i się nie pomyliłam. Trzymam kciuki za kambodżański pieprz, dopiero od niedawna się pną w światowych rankingach, bo chyba dopiero 15 czy 20 lat temu farmerzy zaczęli wracać na swoje pola po wszystkich perturbacjach wojenno-politycznych. Jak gdzieś zobaczycie "Kampot pepper" to bierzcie w ciemno, bo warto.
Poza tą plantacją wycieczka do Kepu dupę mi prawie urwała, ale w sensie dosłownym przez tę trzęsawkę po drodze, natomiast sam Kep w porze deszczowej to smutna, szara mieścina i w sumie nic tam nie ma wspaniałego, chyba że ktoś je kraby i inne tego typu stwory, to wtedy pewnie można się nacieszyć. Zapomniałam chyba dodać, że Kep leży nad morzem. Kierowca zawiózł mnie na smętną plażę i trochę się przeszłam, ale zaczęło lać i tak padało, że mimo zasłon w tuktuku nieco zmokłam, a ten biedny kierowca to nawet nie chcę myśleć.
Tak oto powróciłam do Kampotu, gdzie pani żona właściciela domków gościnnych zajęła się Stu i gotowała mu jakieś zupki, oraz kazała smarować brzuch jakimś mentolowym olejkiem (?). Nie wiem co rozgrzewający olejek ma pomóc na biegunkę, ale od czasu pobytu w Chinach nauczyłam się nie zadawać pytań na takie tematy, wolę nie znać uzasadnienia.
Z Kampotu znów wróciliśmy do stolicy, gdzie wieści brak, więc postanowiliśmy jechać dalej na północ, konkretnie do Siem Reap. Pogoda miała być tym razem na serio spoko. Postanowiliśmy spędzić tam kilka dni i zwiedzić słynny kompleks świątynny Angkor Wat. Tutaj już droga była normalna, natomiast zeszło długo przez postoje na trasie na jedzenie itp.
Oprócz Angkoru w Siem Reap jest co robić, my zdecydowaliśmy się odwiedzić dwie bardzo fajne instytucje, które zajmują się rozminowywaniem. Jak to robią? Czadowo. Jedna fundacja wykorzystuje w tym celu psy, a druga szczury. Wiem, jak to brzmi, ale wszystko odbywa się w humanitarnych warunkach, żadne zwierzę nie zginęło, a pracują tylko te, które swoją pracę lubią. Wykorzystuje się dwa gatunki tych zwierząt o najbardziej wyostrzonym węchu. Potrafią wyczuć ładunek wybuchowy z odległości kilku metrów (!), nawet jeśli jest umieszczony kilka metrów pod ziemią (!).
Obie fundacje mają niesamowite osiągnięcia na koncie i oddają ziemię w ręce ludzi. Nieużywana dotąd "podejrzana" lub faktycznie zaminowana ziemia po odminowaniu trafia w ręce lokalnej społeczności, co w kraju polegającym w dużej mierze na rolnictwie ma ogromne znaczenie. Bardzo mi się podobała wizyta szczególnie w psiej fundacji, byliśmy jedynymi zwiedzającymi i mogliśmy się pobawić z pieskami na pokazie, chowając przed nimi różne rzeczy, które musieli znaleźć i wywąchać. Pokaz ze szczurkiem był bardziej oblegany i o wiele krótszy, bo szczury to zwierzęta nocne i w dzień muszą spać. Szczur pokazowy był przesłodki. Schowano przed nim w ziemi coś metalowego i odrobinę prochu wybuchowego, znalazł bezbłędnie proch. Szczury mają tę przewagę nad psami, że są lekkie i nawet jak staną na ładunku wybuchowym, to go nie aktywują, chociaż psy są tak wyszkolone, że siadają w odległości kilku metrów od miejsca, gdzie leży bomba i wskazują nosem kierunek poszukiwań.
Szkolenie tych zwierząt kosztuje kupę kasy, projekty są finansowane z datków od ludzi prywatnych oraz niektórych rządów. Oczywiście Ameryka nie dokłada ani grosza. Nie tylko oni są winni, wiele bomb podłożyli sami Khmerzy, a mieli je od Chińczyków, bo niby skąd komunistyczny reżim bez grosza przy dupie miałby jakąkolwiek broń. Nie tylko w Kambodży pracuje się ze zwierzętami nad odminowywaniem, wiele miejsc na świecie ma problem z pozostałymi w ziemi niewybuchami. Idzie to powoli, bo takie zwierzątko pracuje jakieś 2h dziennie, no i taki dajmy na to szczurek wielkiego terenu w tym czasie nie przejdzie (a po nim jeszcze sprawdza inny szczurek, dla pewności). Efekty są jednak lepsze niż po wykrywaczu metali, który wykrywa byle monety i tylko marnuje się czas. Zwierzątka wykrywają materiał wybuchowy i wcale się nie mylą. Jak wielkim problemem są pozostałości bomb można się przekonać na każdym niemalże kroku. Zwłaszcza w Siem Reap, które jest małą mieściną, a wokół tereny rolnicze. Niemalże codziennie widzę kogoś bez chociażby jednej z kończyn... Tak się kończy nadzianie na minę. Taka osoba, jeśli przeżyje, staje się dla rodziny wyłącznie ciężarem - do pracy żadnej nie pójdzie, utrzymać go trzeba, państwo rent nie wypłaca. Winnych brak. Niestety najczęściej takie osoby kończą jako żebracy z braku innych opcji. Ja takim osobom zawsze coś dam, wielu z nich zresztą stara się chociażby sprzedawać pamiątki czy książki turystom, żeby nie być "darmozjadem". Dla dzieci niestety spotkanie z miną kończy się niemalże zawsze śmiercią. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia, dzieciaki biegają po polach bez nadzoru, znajdują jakieś żelastwo i się nim bawią. Niestety poziom edukacji nie stoi najwyżej, szkoła jest nieobowiązkowa. Dlatego te projekty są bardzo ważne. Oprócz pomagania lokalnym społecznościom poprzez oczyszczanie ziemi z min, zatrudniają też lokalsów do pracy i szkolą ich na trenerów psów/szczurów. W wielu przypadkach są to kobiety, którym zazwyczaj ciężko jest znaleźć pracę.
Oprócz tego, jednego dnia udaliśmy się do Angkor Wat. Podejrzewam, że nic Wam to nie mówi, ale na pewno słyszeliście o takich runiach, z których wyrastają drzewa, a Angelina Jolie nagrywała tam "Larę Croft". To właśnie to. Spory kompleks świątyń, sama świątynia Angkor Wat jest jedną z nich, podobno to największy kompleks na świecie. Ciekawostka dla indologów: wiele ze świątyń jest hinduistycznych, a sam Angkor zwał się Jaśodharapurą. Jeden z królów Angkoru miał zaś na imię słodko- Jaśovarman :) Turystów multum w każdym razie, cena biletu nie bagatela 40 USD. Zwiedzić toto w jeden dzień jest ciężko, mimo że wiele świątyń to ruiny. Zdjęcia zrobić też ciężko, bo ludzi jak pszczół w ulu, a oczywiście każdy się pcha robić jakieś dziwne pozy na instagrama. Generalnie po tych kilku miesiącach zwiedzania zastanawiam się, po jaką cholerę ludzie się teraz gdziekolwiek pchają, czy w ogóle interesuje ich gdzie są? Wychodzi mi na to, że interesuje ich jedynie fotka na fejsika czy inne snapczaty. Chamstwo jest wszechobecne, przejść nie można bo ktoś pozuje i stój sobie i czekaj, a żadnego "przepraszam" nie uświadczysz. Przewodnicy delikatnie próbują zwrócić uwagę, żeby się przesunąć, bo ludzie chcą przejść, ale skąd tam, "przecież to tylko trzydzieści sekund, mogą poczekać". Serio tak jeden gość wypalił (oczywiście Amerykanin, nie żebym była uprzedzona...), miałam ochotę go kopnąć. Spędziliśmy w Angkorze cały dzień i całkiem nam się podobało, choć nie mieliśmy przewodnika - gdyby słuchać historii każdego miejsca, to ze 3 dni by zeszło. Tutaj zaznaczam, że można kupić bilet wstępu ważny 3 dni, a nawet tydzień, oczywiście odpowiednio droższy. Dodam też, że można wynająć przewodnika mówiącego we własnym języku, tj. po polsku to się nie spodziewam, ale słyszałam takich mówiących po francusku, hiszpańsku, włosku czy japońsku. I nie było to jakieś dukanie, normalnie nawijali z pełną płynnością. Może to nie powinno dziwić, ale mnie dziwi, bo znajomość nawet angielskiego w niektórych miejscach Azji jest słaba, chociaż dostęp do nawet darmowych materiałów jest, a nauczenie się innego języka to już w ogóle wymaga nie lada trudu. Zresztą wynajmowanie przewodników w takiej chociażby Indonezji to strata czasu i pieniędzy, można by się dowiedzieć łamaną angielszczyzną np. "To jest świątynia" i to by było na tyle. A tu zaskoczenie.
Po tym dniu spędzonym na ganianiu po świątyniach Stu się coś słabo czuł, zrobił się cały czerwony i zaczął gorączkować. Uznałam, że to udar słoneczny. W nocy trochę halucynował, ja sama nie byłam zbyt przytomna, żeby to wtedy ogarnąć, ale rano mnie otrzeźwiło, bo temperatura mu wcale nie spadała. Załadowałam go kilka razy do wanny z chłodną wodą, bo na szczęście mieliśmy w hotelu i wannę i prysznic. Trochę go schłodziłam, poleciałam po termometr i paracetamol. Temperatura spadła, ale wcale się lepiej nie czuł. Musieliśmy odwołać podróż powrotną do stolicy, bilety na autobus przepadły, a pobyt w hotelu przedłużaliśmy o kolejne dni. Do stolicy mieliśmy wracać, bo Stu dostał wiadomość, że go przyjęli, jednak za późno dali znać, że jednak pracować ma w Siem Reap, czyli dokładnie tu, gdzie akurat byliśmy. Trochę nas to zwaliło z nóg, bo tego się nie spodziewaliśmy i nie na to się pisaliśmy. Podobało nam się Phnom Penh, a nie Siem Reap, mieścina mała i pełna turystów, niespecjalnie ciekawa. Zaczęliśmy się zastanawiać, co w ogóle dalej robić. Nie wiedziałam, jakie mam w ogóle szanse na pracę tutaj, bo jednak miasto o wiele mniejsze i mniej możliwości. Niby życie tańsze, ale i pensje mniejsze i ofert mniej. Było o czym myśleć, a czasu coraz mniej - Stu miał zacząć już za kilka dni, w tym celu musiałby wyjechać z Kambodży i wrócić. Procedury wizowe nie są skomplikowane, w porównaniu z Chinami to w ogóle bułka z masłem. My na granicy poprosiliśmy po przylocie o wizę turystyczną i ona nie może zostać zmieniona w inną na miejscu. Można natomiast poprosić o wizę "zwykłą", tj. taką jakby biznesową, nawet nie mając żadnej pracy, wtedy można pracować. Zdecydowaliśmy więc, że trudno, zostajemy, Stu nadal czuł się słabo, ale poleciał do Bangkoku na jeden dzień, żeby załatwić tę wizę. Wtedy zaczęły się schody. To nie był jednak udar słoneczny ani zwykłe przeziębienie. Do Bangkoku dotarł resztkami sił, ale wydostać się już nie mógł, nawet z hotelowego łóżka. Przyszła wysypka i druga fala gorączki i wtedy stało się jasne, że to była gorączka denga. Jeśli nie słyszeliście o takiej chorobie, to wcale się nie dziwię, bo my też nie za bardzo. Przed komarami się chronimy tak czy siak, tzn. Stu, bo jego gryzie wszystko i wszędzie oraz na wszystko jest uczulony, więc każde ugryzienie komara kończy się wielkimi czerwonymi gulami na skórze. Mnie jakoś komary nie lubią, więc tak średnio o to dbam, z przewagą na wcale. A tu zonk, komary przenoszą choroby i może nas takie coś spotkać, a wcale nie jest to lekka choroba. Jedno ugryzienie wystarczy. To były straszne dni, siedziałam jak na szpilkach i nie wiedziałam co robić, czy jechać do niego, czy co, kontakt był też utrudniony i w sumie nie wiedziałam do końca, co się dzieje, czy nie zemdlał gdzieś w hotelowym pokoju i nikt go nie znajdzie. Na szczęście nie dopadło go najgorsze stadium z wewnętrznymi krwawieniami (oszczędzę Wam szczegółów), w każdym razie był w stanie pić, co jest bardzo ważne, inaczej trzeba być pod kroplówką. Przegapił kilka lotów powrotnych, ale w końcu mu się udało dotrzeć na lotnisko i wrócić. Przeraziliśmy się porządnie, rozważaliśmy powrót do Europy w trybie natychmiastowym. Następne dni upłynęły pod znakiem wielkiego zapytania, Stu spędził je w łóżku i odzyskiwał siły. Jakoś się zebraliśmy do kupy i postanowiliśmy zostać choćby na kilka miesięcy. Stu pojawił się w pracy, żeby udowodnić, że nie ściemniał z chorobą, zaczęliśmy szukać mieszkania i jakoś wszystko wracało do normy.
Znaleźliśmy mieszkanie w jeden dzień, blisko szkoły Stuarta. On sam zaczął pracować. Jego szkoła, podobnie jak ta w Chinach, jest dosyć korporacyjna: zasady, biurokracja, papierologia. Płacą nie najgorzej jak na lokalne standardy. I tu znów wracamy do kosztów: powtarzam, tanio nie jest. Standard życia przeciętnego Kambodżanina i expata zdecydowanie się różnią, różnią się też zarobki, ale w obu przypadkach te kwoty nie są szalone. Stu ma płatne za godziny lekcyjne, spotkania i szkolenia, czas spędzony na przygotowaniu lekcji, sprawdzaniu prac domowych/sprawdzianów/egzaminów się do niczego nie liczy, tak samo jak święta państwowe i inne dni wolne. Mimo wszystko, szkoła płaci nieźle. Mnie znalezienie pracy zajęło prawie miesiąc i byłam już tak zdesperowana, że aplikowałam na stanowisko przedszkolanki. Mimo że jest tu wiele ofert pracy w turystyce, do której bym się nadawała, odpowiedziała tylko jedna firma, gdzie byłam na rozmowie, ale nie odpowiadałam profilowi. Nie wiem po co mnie zaprosili na rozmowę, skoro wymagali wieloletniego doświadczenia w sprzedaży, ale to byli Francuzi, co powinno wszystko tłumaczyć - nawet nie zrozumieli nic z mojego CV, albo w ogóle go nie czytali. Druga odpowiedź, jaką w ogóle przez miesiąc dostałam, była w sprawie tej nieszczęsnej przedszkolanki. Zacisnęłam zęby i poszłam, co było robić. Na miejscu okazało się, że szkoła jest bardzo fajna, szefowa też, a tak w ogóle to szukają kogoś też do podstawówki. Tym sposobem zostałam nauczycielką... matematyki, nauk o zdrowiu i angielskiego w klasach 3-6 ;-) Wiem, jak to brzmi, ale to szkoła "międzynarodowa", jakich tu wiele; chodzi po prostu o prowadzenie zajęć po angielsku, nie trzeba mieć skończonej matematyki, żeby poćwiczyć dodawanie i odejmowanie, w starszych klasach ułamki. Generalnie szkoła jest wyluzowana i nowoczesna, programu nie trzeba się mocno trzymać, raczej jest nacisk na gry i zabawy i tego typu sprawy. Pracuje się nieźle, zarabia słabo.
Pracujemy w chorych godzinach, tj. Stu w niektóre dni ma tylko jedną lekcję 90 minut od 6 rano do 7:30. Tak, od szóstej rano, dobrze czytacie. Czasem budzę się o 5 rano i już go nie ma w domu. I to, że kończy lekcję o 7:30 wcale nie oznacza, że będzie w domu wcześnie. Idzie wcześniej, żeby się przygotować i zostaje dłużej, żeby się przygotować. W niektóre dni z "jedną lekcją" pracuje po 6 godzin albo i dłużej. Ja pracuję od 7:30 do 16:30, z dwugodzinną przerwą na lunch. A żeby ich szlag trafił z tymi przerwami, w Chinach to samo. Wolałabym odbębnić swoje i iść do domu. Co zrobić, taki klimat i to dosłownie klimat, ta przerwa jest na obiad i odpoczynek od upału, ewentualną drzemkę. Ja nie drzemię, ale wracam do domu faktycznie na krótki odpoczynek od zgiełku i skwaru.
Po pracy jadę do drugiej pracy, uczę nastolatki angielskiego w innej szkole, godzinę dziennie. Nie do końca dla pieniędzy, bo stawka jest opłakana, trochę dla mentalnego resetu od ciągłego "psze pani, a on mnie popchnął/ psze pani, on mnie przezywa" i tak dalej. Podsumowując, pracuję od 7:30 do 18:20. Tak, wiem, nie możecie uwierzyć, że wstaję tak rano. Ja sama w to nie wierzę, ale wstaję, jadę, jestem w pracy 15 minut wcześniej, ubieram się elegancko zgodnie z dresscodem i wyglądam jak człowiek. Początki był okropne, nigdy w życiu nie musiałam wstawać codziennie o piątej. Jak to się stało? Nie wiem, chyba aż do Azji musiałam wyjechać, żeby się ogarnąć i nauczyć punktualności. A może to przychodzi z wiekiem?

Zawsze chciałam gdzieś to umieścić :D
Wracając do pracy itp.
Zakupiłam takiego oto rumaka i nim pomykam po mieście.
Mam do pracy około 5 km, to jest 20 minut drogi. Prędkość wychodzi ok 15 km/h (mówiłam już, że uczę matmy? :D) i jest to dokładnie tyle samo, ile wyciąga tuktuk, którym dojeżdżałam przez pierwsze dwa tygodnie. Z dojazdów Wam nie pokażę żadnych filmików, bo jest to szaleństwo w czystej postaci i nie bez powodu jak się nie odezwę do mamy przez jeden dzień, to się boi, że miałam wypadek. Kto pierwszy ten lepszy, zasad właściwie nie ma, trzeba być tylko asertywnym i cisnąć. Prawo jazdy to tutaj chyba trochę jak Yeti, każdy o tym słyszał, ale nikt nie widział. Małe dzieci, powtarzam: małe dzieci jeżdżą motorami (!!!), oczywiście na oślep i przed siebie i bez żadnego myślenia. Używanie kierunkowskazu jest dla frajerów, ja na przykład sygnalizując skręt ręką mogę ją łatwo stracić, bo jak tylko zwalniam, to ktoś chce mnie od razu wyprzedzić na pełnej prędkości, przemykając tuż obok mnie. Czekanie na światłach też jest dla frajerów, tak samo jak stanie w korku czy chociażby korzystanie z lusterek. Dostosowałam się i cisnę, chociaż trzeba mieć oczy dookoła głowy i nogę/rękę na hamulcu w razie czego. I tak to się żyje w tej Kambodży.
W pracy mam przede wszystkim fajny zespół, w tym jeden kolega jest z Polski, także nie zapominam języka w gębie. Wszyscy inni zagraniczni nauczyciele pochodzą z RPA, nikt nie ma im za złe, że sobie gadają często w afrikaans, więc jak my sobie pogadamy po polsku to co takiego.
Ja pracuję za miesięczną pensję, co oznacza, że mam płatne też święta (których jest tu od groma). W dodatkowej pracy mam płatne za godzinę.
Święta najczęściej wypadają w środku tygodnia, np. kilka razy była już wolna środa lub wtorek. Ostatnio były dłuższe święta, poniedziałek i wtorek wolny, ale niestety się rozchorowałam i spędziłam ten czas w łóżku. Wśród obsmarkanych dzieci nietrudno coś złapać. Wyległam dopiero w poniedziałek wieczorem na chwilę, żeby zobaczyć obchody. Święto nazywało się Water Festival, znaczy święto wody, nie do końca wiem o co chodzi - czy to zwiastuje koniec pory deszczowej, czy co. Ponoć rzeki mają wtedy zmieniać bieg (?). W każdym razie ludzie leją się wodą i to tak na całego, nie jakiś tam nieśmiały Śmigus Dyngus z pistolecikiem, tylko w mieście stały wozy strażackie i lały chętnych, podskakujących w rytm muzyki, od stóp do głów. Mam z tego filmiki gdzieś w galerii. Poza tym wszędzie w centrum były różnorakie sceny sponsorów, można było wygrać jakieś tam nagrody. W weekend były wyścigi łodzi, których nie widziałam, a na koniec wieczorem w poniedziałek puszczano lampiony na rzece. Niby ma to być dla spełnienia marzeń. Nie wiem, czy coś się komuś spełniło, natomiast zapełniła się rzeka i to śmieciami. Niektóre lampiony są w większości zero waste- kwiaty i jakieś tam liście, natomiast wiele było plastikowych i styropianowych :(
W miarę możliwości będę wrzucać jakieś notki/filmiki z aktualizacjami. Wiem, że macie pytania, podsumuję kilka:
Jak nam się żyje? Tak sobie, jest wiele plusów i wiele minusów życia tutaj. Przede wszystkim życie na europejskim poziomie w nieeuropejskim klimacie jest na plus, na minus ogrom pracy i niewspółmierne zarobki.
Jak długo zostaniemy? Maksimum rok, tak nam się wydaje.
Kiedy się wreszcie ustatkujemy? Cholera wie. :-)
Co dalej? Nie mam pojęcia.
I podsumowanie jak w innych postach.
Ile to wszystko kosztuje?
Niemało.
Przykładowe ceny
(obecny kurs dolara to 3,90 zł, ale nie przeliczam, bo to waluta, która jest bardzo podatna na wahania różnego typu)
benzyna - ok. 1 USD/litr
obiad - ok. 5-8 USD
hotel - ok. 25 USD za dobę
butelka wody - średnio 50 centów za 1,5 l
autobus długodystansowy - 7-12 USD
kawa- ok. 1,5-2,5 USD
pranie i suszenie- 1 USD/kg
piwo - 0,5- 1,5 USD
Tuktuk- 1-2 USD za mały dystans po mieście, dalej 4 USD i więcej
mieszkanie - 250- 400 USD/ miesiąc (wliczony internet)
prąd- 60- 80 USD/miesiąc, w zależności od zużycia (klima i piekarnik dużo ciągną)
woda ok. 15 USD/miesiąc za dwie osoby
rower- 50 USD (używany)
moto - średnio 300 USD (używany)
Co nas zaskoczyło?
Poziom zeuropeizowania życia, to, że wszędzie da się dogadać po angielsku, pogoda ducha i wszechobecny uśmiech. Wysokie koszty utrzymania.
Na co trzeba uważać?
Na kieszonkowców i innych złodziei, na dziury na drodze, bezpańskie psy no i szalonych kierowców.
Dla kogo Kambodża?
Dla zainteresowanych historią albo poszukiwaczy przygód. Raczej nie dla rodzin z dziećmi czy biednych backapckerów.
Do poczytania:
1. Philip Short, "Pol Pot. Pola śmierci". Najlepsza książka, ta i pozycja nr 2 wyjaśniają dokładnie o co poszło i starają się znaleźć odpowiedź na pytanie "dlaczego?". Miała to być biografia Pol Pota, czyli przywódcy Czerwonych Khmerów, wyszła szczegółowa historia. Warto przebrnąć.
2. Peter Fröberg Idling. "Uśmiech Pol Pota. O pewnej szwedzkiej podróży przez Kambodżę Czerwonych Khmerów". Świetna książka, dużo wyjaśnia z tej zawiłej khmerskiej historii.
3. Wojciech Tochman, "Pianie kogutów, płacz psów". Jak zwykle Tochman, krótko, zwięźle, dramatycznie i na temat. Styl nietypowy, temat bardzo ważny, pewnie jeden z niewielu reportaży na świecie na temat zdrowia psychicznego w Kambodży. Polecam.
4. Tiziano Terzani, "Duchy. Korespondencje z Kambodży". Zbiór artykułów, które włoski dziennikarz pisał do europejskich gazet, próbując wyjaśnić, co się właściwie dzieje na tych terenach. Terzani to ciekawa postać, młody komunista, zakochany w Chinach, wyjechał do Azji i się zdziwił, jak zobaczył w komunizm w praktyce. Polecam też inne jego książki, m.in. "Zakazane wrota", o tym, jak go wyrzucono z Chin.
Na pewno jest więcej książek po polsku, ale osobiście ich nie czytałam. Beaty Pawlikowskiej nie polecam i nie będę polecać, bo nie czytam takiej pseudoliteratury, szkoda papieru na jej wypociny. Z takich, po które warto sięgnąć ( jeszcze nie przeczytałam, ale myślę, że warto) są np. książki profesora Adama Jelonka, oraz:
Francois Bizot, "Brama". Francuz przetrzymywany w niewoli przez Czerwonych Khmerów zapisał swoje wspomnienia. Mam, jeszcze nie przeczytałam.
Trylogia Long Ung, dziewczynki, która przeżyła reżim. Pierwsza książka ma tytuł 'First they killed my father', na jej podstawie nakręcono film. Mam wszystkie trzy, jeszcze nie czytałam, Stu czytał pierwszą i twierdzi, że jest świetna.
Elizabeth Becker, 'When the war was over'. Ta dziennikarka była jedną z niewielu, którzy widzieli przemianę Kambodży w Kampuczę po przejęciu władzy przez Czerwonych Khmerów. Mam, jeszcze nie skończyłam. Tak na marginesie, pani Becker jest indologiem :)
Jest jeszcze wiele innych, ale nie ma co się rozpisywać, jak ktoś chce, to znajdzie chociażby w bibliografiach książek podanych powyżej.
w internecie:
https://www.apopo.org/en Fundacja APOPO, od Szczurów-Bohaterów. Można poczytać i ewentualnie wesprzeć.
https://explosivedetectiondogs.org/ fundacja od Piesków-Bohaterów, jw.
https://www.national-geographic.pl/traveler/jak-prawie-umarlam-na-denge-w-tajlandii o gorączce denga z doświadczenia pewnej podróżniczki
Do obejrzenia:
https://youtu.be/1RlRom-CiLU Filmik z naszego mieszkania. Przepraszam za bałagan, nagrałam to niedługo po tym, jak się wprowadziliśmy, nie chce mi się nagrywać od nowa. Teraz mamy już więcej rzeczy, w tym na przykład piekarnik.
'First they killed my father' Film na podstawie książki. Jest na Netflixie.
Wszystkie zdjęcia z Kambodży można zobaczyć tutaj:
https://photos.app.goo.gl/o8CmgeYzJ8aMBFP16
W pierwszych słowach mego listu od razu przepraszam, że tak długo się nie odzywałam. Nie miałam za specjalnie weny do pisania, ani czasu. Nie za często pisałam szlajając się na bezrobociu, więc tym bardziej teraz nie za bardzo mam czas pracując na (ponad) etat. Bez zbędnych wstępów przejdę do sedna: mieszkamy obecnie w Kambodży, a jak do tego doszło i o co w ogóle chodzi, o tym będzie ten wpis. Zalegam z wpisami jakieś kilka miesięcy, więc jestem w plecy o relacje z Tajlandii i Indonezji. Na razie je omijam, żeby napisać tę aktualizację, natomiast mogę powiedzieć tyle, że te miejsca nas raczej rozczarowały (Tajlandia trochę, Indonezja całkowicie). Szczegóły pewnie kiedyś przedstawię, chociaż już sama coraz mniej pamiętam. Myślę o powrocie do formatu filmików, wtedy zajęłoby mi to o wiele mniej czasu.
Skąd Kambodża? Właściwie to z przypadku. Pobyt w Indonezji zakończyliśmy na Bali i próbowaliśmy ogarnąć, jak się stamtąd wydostać. Jako że był sierpień, czas wakacji w wielu krajach i szczyt sezonu, ceny nagle poszybowały w górę i znalezienie jakiegokolwiek lotu w sensownej cenie graniczyło z cudem. Ja musiałam z Bali tak czy siak wrócić do Malezji po nowy paszport. Ważność mojego starego paszportu kończyła się na początku marca, a żeby zostać wpuszczonym do jakiegokolwiek kraju (przynajmniej w tej okolicy, ale prawdopodobnie wszędzie jest taki wymóg) paszport musi być ważny jeszcze co najmniej pół roku. Od września to byłoby dla mnie już mniej niż pół roku, na zawsze zostać w Indonezji ani nie mogłam (wiza miesięczna), ani nie chciałam (bo to raczej słabe miejsce). Kwestia mojego lotu była więc rozwiązana - lecę do Kuala Lumpur. Stu kolejnego wyjazdu do KL odmówił stanowczo i wcale mu się nie dziwię, nie było po co się tam kręcić. Plan był więc taki, że ja odbiorę paszport i dołączę do Stuarta. Naszym celem był Wietnam. Stu miał tam się przyłączyć do poznanego w Tajlandii faceta z Kanady, z którym bardzo się zakolegowali. Tom zachwalał jaki to Wietnam jest wspaniały, liczyliśmy więc na jakąś miłą odmianę po prawie miesiącu w Indonezji. Niestety sytuacja z Wietnamem się lekko skomplikowała między innymi przez konieczność posiadania wizy, którą trzeba załatwić przed przylotem. To dałoby się zrobić, bo planowaliśmy z wyprzedzeniem (wizę można załatwić online w ciągu bodajże trzech dni roboczych), ale ja nie miałam jeszcze nowego paszportu, a na stary nie było sensu załatwiać wizy, bo i tak mogliby mnie nie wpuścić, strata czasu i pieniędzy. To załatwianie wizy wydłużyłoby mój pobyt w Malezji. Poza tym pokomplikowały się same loty. Z Bali trzeba by lecieć do Kuala Lumpur w Malezji i czekać na lotnisku 8 godzin w nocy (!) na przesiadkę. I to wszystko wcale nie tak najtaniej. Stu powiedział, że takie loty to on chrzani i w takim razie poleci gdzieś indziej, gdzie da się bezpośrednio. Mnie tam było wszystko jedno, bo Kuala Lumpur ma połączenia właściwie dokądkolwiek by nam się nie zamarzyło, włączając w to nawet chińską dziurę, w której mieszkaliśmy (Quanzhou). Gdziekolwiek by nie poleciał, to mogłam tam łatwo i tanio z KL dolecieć, żaden problem. Padło więc na Phnom Penh, czyli stolicę Kambodży, gdzie miałam do niego dołączyć po dwóch dniach. Historię z moim paszportem już znacie, więc wiecie co w ciągu tych dwóch dni robiłam. Stu natomiast spędził ten czas nieco weselej, bujając się po hipsterskim Phnom Penh i spędzając czas z innym znowuż kolegą, tym razem kolegą po fachu. Konkretnie chodzi tu o Tima, czyli rodaka Stu, który pracował jako nauczyciel angielskiego w Chinach w tej samej szkole, gdzie Stu, a rzecz biorąc dokładniej, był jego poprzednikiem i powodem, dla którego Stu wysłano właśnie do tej szkoły. Tim miał więc już kiedyś duży (niebezpośredni) wpływ na nasz los i jak się okazało, tym razem też miał i to bardziej bezpośredni. O tym będzie dalej.
Po wszystkich moich paszportowych przygodach wreszcie przyleciałam do Kambodży i ja. Czego się spodziewałam, a co zobaczyłam na miejscu? No tutaj wstyd trochę się przyznać, ale nie spodziewałam się wiele. Nie ze względu na jakiś rasizm czy inny europocentryzm, bo jestem od takich poglądów daleka, raczej ze względu na historię Kambodży nie oczekiwałam zbyt wiele zobaczyć na miejscu. Właściwie to nie wiem, co sobie wyobrażałam, ale na pewno nie to, co zobaczyłam ;-) Tutaj muszę nadmienić, że starałam się czytać o każdym kraju, do którego się udaliśmy, a o Kambodży akurat jest bardzo dużo publikacji, w tym też trochę po polsku. Wszystkie wypiszę standardowo na końcu, jakby ktoś był zainteresowany. Nie będę tu przedstawiać historii Kambodży, jak ktoś chce to sobie znajdzie, w skrócie: wesoło to oni nie mieli. Być może słyszeliście o reżimie Czerwonych Khmerów, a jeśli nie to można o tym poczytać w poleconych poniżej pozycjach. W każdym razie kraj był w stanie wojny przez jakieś 20 czy 30 lat i nie chodzi tu tylko o domowe zawieruchy. Kambodża i Laos zostały wbrew własnej woli zamieszane w wojnę w Wietnamie, o czym się raczej nie mówi. Przez zamieszanie mam tutaj na myśli zbombardowanie od góry do dołu i wcale nie przesadzam. Na samą Kambodżę spadło więcej bomb w tym czasie niż łącznie w innych miejscach przez całą drugą wojnę światową, bodajże prawie 3 miliony ton. Przypominam, że to nie z Kambodżą była wojna, a z sąsiadującym Wietnamem. Odpowiedzialny za to doradca prezydenta USA Henry Kissinger nawet dostał potem pokojową nagrodę Nobla za zaprzestanie bombardowań, które notabene były tak tajne, że nawet piloci zrzucający bomby nie znali dokładnych współrzędnych, były zmieniane w ostatniej chwili, żeby się do końca nie orientowali, gdzie lecą. Co za łaskawca z tego Kissingera, że wreszcie przestał zrzucać bomby, jak już nie było na nie miejsca. Po cholerę je zrzucał w ogóle? Nie wiem co jest nie tak z Amerykanami, że zawsze się pchają tam, gdzie ich nie potrzeba i próbują ludziom układać życie na swoją modłę. Niestety do tej pory nie wypłacili żadnych odszkodowań za te zniszczenia. Udzielili za to wtedy pożyczki w wysokości coś koło 200 milionów dolarów na żywność, która nie wiem skąd miała się wziąć, jak zbombardowali pola i drogi, ale teraz domagają się spłaty 500 milionów. Tak się robi wielką Amerykę jakby ktoś miał wątpliwości, szkoda słów. Wiele bomb jest nadal aktywnych, a co za tym idzie spora część kambodżańskiej ziemi jest nieużytkowana, bo nie można się tam zbliżać. Ale nie o tym miało być, o bombach będzie jeszcze dalej. Dlatego właśnie nie będę pisać wiele o historii, bo mnie ponosi, tego co się tu wydarzyło nie da się objąć umysłem. Ilość nieszczęść jaka spadła na ten naród jest wręcz niewyobrażalna. Swoje wojny, cudze wojny, ludobójstwo... szkoda słów. W każdym razie wiedząc o tym wszystkim nie spodziewałam się, że od lat dziewięćdziesiątych zdążyli się podnieść z tych zniszczeń i tragedii. Polska zaczęła wstawać z kolan po roku 1989 i łatwo to wcale nie szło (chociaż kraj po wojnie był odbudowany w miarę możliwości) więc skoro oni zaczęli gdzieś około 1997, to miałam wrażenie, że jeszcze się nie ogarnęli. A tu niespodzianka. Droga z lotniska do hotelu zajęła jakieś pół godziny i po drodze szczerze mówiąc opadła mi szczęka. Phnom Penh wygląda mniej więcej jak skrzyżowanie Chin z Tajlandią, a to wcale nie jest złe połączenie. Jeszcze bardziej się zdziwiłam w samym centrum, gdzie pełno jest hipsterskich knajp w stylu europejskim. Serio, Kraków czy nawet Warszawa by się nie powstydziły. Na każdym kroku jakieś wegańskie knajpy, latte na mleku sojowym, bagietki, cuda na kiju. W każdym sklepu na rogu francuskie sery, wina, co dusza zapragnie. Zastanawiałam się czy to jeszcze w ogóle jest Azja!!! No jest, wystarczy się rozejrzeć i wszędzie dookoła tuktuki, a ruch uliczny funkcjonuje według zasady "kto pierwszy ten lepszy". Niemniej jednak miasto wrażenie zrobiło, nie tylko na mnie ale też i na Stuarcie. Pomyśleliśmy sobie: kurde, tutaj można by było żyć i to całkiem nieźle. Taka myśl w nas zakiełkowała, a myśl tę podchwycił wspomniany wcześniej Tim, który w Phnom Penh również pracował jako nauczyciel. W ramach, jak to ujął, zadośćuczynienia za Quanzhou, gdzie przyszło nam żyć niejako przez niego i przez co czuł się trochę winny (chociaż nie powinien), postanowił wkręcić Stu do swojej szkoły, którą zachwalał i polecał. Tim po wyjeździe z Chin (skąd wyjechał, bo po dwóch latach pracy odmówiono mu trzech dni urlopu na święta i z tego tytułu po prostu pieprznął papierami) był w Japonii i gdzieś tam jeszcze, jednak miejsca długo nie zagrzał, aż trafił do Kambodży i poczuł, że to jest to. No, my w Phnom Penh też czuliśmy, że to może być to, ale z drugiej strony, miała być podróż życia a tu co? Na liście jeszcze Wietnam, Laos, Mjanma... To były dni ciężkich rozkmin. Podróż nas mocno zmęczyła, zwłaszcza, że dwa ostatnie kraje były dosyć niefortunne, mieliśmy poczucie marnowania czasu i pieniędzy. Tak właściwie to takie szlajanie się ma dużo minusów, jednym z nich jest nadmiar wolnego czasu. Jak się jedzie na wakacje i ma ograniczenie czasowe, to jakoś organizacja wszystkiego wychodzi łatwiej. Jak się tych ograniczeń nie ma, to jakoś tak czas płynie i w sumie to niewiele się dzieje... Uznaliśmy, że lepiej gdzieś jechać na 5 dni i zobaczyć ile się da, niż bujać się miesiąc w takim tempie. Tym sposobem Stu udał się na rozmowę kwalifikacyjną, która nie wypadła najlepiej, z uwagi na fakt, że prowadzący spóźnił się... o godzinę. Tylko go to zdenerwowało, tym bardziej, że odpowiedź miał dostać w ciągu dwóch tygodni. Olaliśmy to więc i postanowiliśmy jechać dalej w Kambodżę. Najpierw zwiedziliśmy stolicę. Oprócz nocnego życia, dla równowagi jest też sporo historii i to niestety smutnej. Głównymi miejscami odwiedzanymi przez turystów są pola śmierci, gdzie reżim zabijał niewygodnych dla siebie ludzi oraz sekretne więzienie Tuol Sleng, zwane też S-21, gdzie najpierw byli przetrzymywani i torturowani. Okropne miejsca, jeśli mogłabym do czegoś je porównać to zapewne do Auschwitz, bo też było to ludobójstwo na ogromną skalę. Na polach śmierci niestety do tej pory czasem deszcz wymywa z ziemi jakieś kości, trzeba ostrożnie stąpać... Jest też drzewo, przy którym zabijano dzieci, w tym niemowlęta - trzymając dziecko za nogę, uderzano jego głową o drzewo. Nie jestem w stanie opisać okropieństwa tych miejsc. Dostaje się przewodnik audio i można posłuchać historii ludzi, którzy przeżyli. Bardzo trudno się tego słucha, popłakałam się tam i nawet teraz mi się zbiera na płacz jak to piszę. "Ludzie ludziom zgotowali ten los". Oprócz tych wątpliwych "atrakcji" można zwiedzać różnorakie świątynie buddyjskie (których się nazwiedzaliśmy tyle, że nam wystarczy chyba już do śmierci, w samej Tajlandii na każdym kroku), muzea i pałac królewski. Oczywiście nie za darmo i tu dochodzimy do kolejnej kwestii. Ktoś sobie pomyśli: Kambodża, trzeci świat, gdzie to w ogóle jest, jakaś bieda i pola ryżowe. Otóż nic z tych rzeczy, pragnę to podkreślić i będę to jeszcze powtarzać nie raz: Kambodża nie jest tania. W obiegu jest lokalna waluta (riel) i dolar amerykański. Wstępy kosztują przeciętnie 10-15 dolarów, a to nie jest mało. Więcej o kosztach będzie dalej.
Oprócz samej stolicy zwiedziliśmy też wyspę zwaną Silk Island, która słynie z produkcji jedwabiu. Jak zobaczycie na zdjęciach gotujące się kokony, to są właśnie jedwabniki.
Ze stolicy udaliśmy się na południe, gdzie teoretycznie miało nie padać. Zapomniałam dodać, że przyjechaliśmy w środku pory deszczowej. Właśnie pogoda przede wszystkim nam rozwaliła cały wyjazd, zrypała nam pół pobytu w Tajlandii i plan się rozmył. Od września miało być już ładnie w Wietnamie, no ale nie wyszło. Trudno, trzeba to było wziąć na klatę. Obraliśmy kierunek na Kampot, który miał być miłym miejscem. No i był, tylko żeby się tam dostać, to trzeba mieć naprawdę mocne nerwy. To znaczy sam proces dostania się tam to bułka z masłem, trzeba po prostu jechać autobusem. Bilety i wszystko załatwia hotel, tak że się człowiek nie musi nigdzie fatygować. Przewoźnicy odbierają prosto z hotelu, taką obsługę to ja rozumiem. Notabene co do obsługi, to jest absolutnie nienaganna, przynajmniej w Phnom Penh nie mogliśmy wyjść z podziwu, wszyscy uśmiechnięci, pomocni, życzliwi. Jakby ktoś potrzebował hotelu w stolicy to mamy namiar na najlepszy :) Byliśmy tam kilka razy, nawet raz nas zaproszono na imprezę urodzinową jednego z pracowników. Przesympatyczni młodzi ludzie. Urzekło mnie to strasznie w Kambodżanach, jak są pogodni i zawsze szeroko uśmiechnięci. Polacy też mają smutną historię, ale jednak z nas smutasy-ponurasy i narzekacze, jak ktoś się uśmiechnie na ulicy to wiadomo od razu, że chory psychicznie ;-) Z tym kambodżańskim uśmiechem to taka trochę fasada też, jest to dobrze opisane w książce "Uśmiech Pol Pota". Fasada czy nie, wrażenie jest. Żeby jednak nie było, że tak wszystko zachwalam, to droga do tego nieszczęsnego Kampotu była gehenną i wcale nie przesadzam. Jakość dróg mogłabym określić jednym słowem: koszmar. Dziury dziurami, pod koniec trasy nie było w ogóle utwardzenia, brnęliśmy przez jakieś błoto i doły chyba ze dwie godziny. Wymasowało nam to i owo, a trasa zamiast bodajże 4h zajęła jakieś 6, o ile dobrze pamiętam. Na miejscu okazało się, że Kampot faktycznie super, ale leje to tu jeszcze gorzej niż w stolicy i cały przyjazd wielkiego sensu jednak nie miał. Zatrzymaliśmy się w fajnym domku na wyspie, niby wszystko super, ale komary cięły jak opętane. Niezrażeni pogodą zarezerwowaliśmy tuktuka na wycieczkę do pobliskiej miejscowości Kep, którą zachwalali znajomi (bo już zdążyliśmy się zakolegować z niektórymi nauczycielami z tej szkoły w stolicy). Niestety Stu zaniemógł żołądkowo i musiałam jechać sama. Ludzie kochani, co to była za wycieczka. Zamiast jechać grupą minibusem zamówiliśmy prywatnego tuktuka i ja byłam w nim sama. Rany, powiedzieć, że mnie wytrzęsło, to jak nic nie powiedzieć. Droga była nieutwardzona, same doły, błoto, musiałam się zapierać nogami i trzymać obydwoma rękami czego się dało, żeby nie potracić zębów, tak podskakiwaliśmy. Nie rozumiem tego, tzn. rozumiem, że rząd jest skorumpowany i ma inne wydatki niż drogi, ale na tyle projektów charytatywnych i różnych instytucji pomagających tutaj, czemu nikt nie wpadł na zrzutkę na drogi??? Chyba przez lata by się coś jednak uzbierało, sama bym się dołożyła. Kraj duży nie jest, nie mówię tu o autostradach, tylko jakimś chociażby wybetonowaniu tego, przecież co roku jest to samo w porze deszczowej. No nie wiem, nie znam się, ale mi się to nie podoba. Dobrze, że śniadanie było lekkie, bo już po starcie pożałowałam, że w ogóle cokolwiek jadłam.
jakby ktoś wątpił w ilość błota
Jedynym plusem tej wycieczki była wizyta na plantacji pieprzu. Mega ciekawa. Okazuje się, że pieprz z Kampotu jest jednym z najlepszych na świecie, drugi jest jakiś z Mozambiku bodajże. W porównaniu do innego pieprzu jest ostrzejszy w smaku. Pokazano nam plantację, wyjaśniono jak się zbiera, przetwarza i tak dalej, na końcu dla chętnych były zakupy w ich sklepiku. Super przyprawy, trochę kupiłam, licząc, że osiądziemy niedługo i będę miała wreszcie porządną kuchnię, no i się nie pomyliłam. Trzymam kciuki za kambodżański pieprz, dopiero od niedawna się pną w światowych rankingach, bo chyba dopiero 15 czy 20 lat temu farmerzy zaczęli wracać na swoje pola po wszystkich perturbacjach wojenno-politycznych. Jak gdzieś zobaczycie "Kampot pepper" to bierzcie w ciemno, bo warto.
na takich krzakach rośnie pieprz
te malutkie zielone kuleczki pomiędzy liśćmi to właśnie pieprz
Poza tą plantacją wycieczka do Kepu dupę mi prawie urwała, ale w sensie dosłownym przez tę trzęsawkę po drodze, natomiast sam Kep w porze deszczowej to smutna, szara mieścina i w sumie nic tam nie ma wspaniałego, chyba że ktoś je kraby i inne tego typu stwory, to wtedy pewnie można się nacieszyć. Zapomniałam chyba dodać, że Kep leży nad morzem. Kierowca zawiózł mnie na smętną plażę i trochę się przeszłam, ale zaczęło lać i tak padało, że mimo zasłon w tuktuku nieco zmokłam, a ten biedny kierowca to nawet nie chcę myśleć.
ulewa wdarła się do środka pojazdu
Tak oto powróciłam do Kampotu, gdzie pani żona właściciela domków gościnnych zajęła się Stu i gotowała mu jakieś zupki, oraz kazała smarować brzuch jakimś mentolowym olejkiem (?). Nie wiem co rozgrzewający olejek ma pomóc na biegunkę, ale od czasu pobytu w Chinach nauczyłam się nie zadawać pytań na takie tematy, wolę nie znać uzasadnienia.
Z Kampotu znów wróciliśmy do stolicy, gdzie wieści brak, więc postanowiliśmy jechać dalej na północ, konkretnie do Siem Reap. Pogoda miała być tym razem na serio spoko. Postanowiliśmy spędzić tam kilka dni i zwiedzić słynny kompleks świątynny Angkor Wat. Tutaj już droga była normalna, natomiast zeszło długo przez postoje na trasie na jedzenie itp.
Oprócz Angkoru w Siem Reap jest co robić, my zdecydowaliśmy się odwiedzić dwie bardzo fajne instytucje, które zajmują się rozminowywaniem. Jak to robią? Czadowo. Jedna fundacja wykorzystuje w tym celu psy, a druga szczury. Wiem, jak to brzmi, ale wszystko odbywa się w humanitarnych warunkach, żadne zwierzę nie zginęło, a pracują tylko te, które swoją pracę lubią. Wykorzystuje się dwa gatunki tych zwierząt o najbardziej wyostrzonym węchu. Potrafią wyczuć ładunek wybuchowy z odległości kilku metrów (!), nawet jeśli jest umieszczony kilka metrów pod ziemią (!).
z pieskami
Obie fundacje mają niesamowite osiągnięcia na koncie i oddają ziemię w ręce ludzi. Nieużywana dotąd "podejrzana" lub faktycznie zaminowana ziemia po odminowaniu trafia w ręce lokalnej społeczności, co w kraju polegającym w dużej mierze na rolnictwie ma ogromne znaczenie. Bardzo mi się podobała wizyta szczególnie w psiej fundacji, byliśmy jedynymi zwiedzającymi i mogliśmy się pobawić z pieskami na pokazie, chowając przed nimi różne rzeczy, które musieli znaleźć i wywąchać. Pokaz ze szczurkiem był bardziej oblegany i o wiele krótszy, bo szczury to zwierzęta nocne i w dzień muszą spać. Szczur pokazowy był przesłodki. Schowano przed nim w ziemi coś metalowego i odrobinę prochu wybuchowego, znalazł bezbłędnie proch. Szczury mają tę przewagę nad psami, że są lekkie i nawet jak staną na ładunku wybuchowym, to go nie aktywują, chociaż psy są tak wyszkolone, że siadają w odległości kilku metrów od miejsca, gdzie leży bomba i wskazują nosem kierunek poszukiwań.
sczurek w akcji
Szkolenie tych zwierząt kosztuje kupę kasy, projekty są finansowane z datków od ludzi prywatnych oraz niektórych rządów. Oczywiście Ameryka nie dokłada ani grosza. Nie tylko oni są winni, wiele bomb podłożyli sami Khmerzy, a mieli je od Chińczyków, bo niby skąd komunistyczny reżim bez grosza przy dupie miałby jakąkolwiek broń. Nie tylko w Kambodży pracuje się ze zwierzętami nad odminowywaniem, wiele miejsc na świecie ma problem z pozostałymi w ziemi niewybuchami. Idzie to powoli, bo takie zwierzątko pracuje jakieś 2h dziennie, no i taki dajmy na to szczurek wielkiego terenu w tym czasie nie przejdzie (a po nim jeszcze sprawdza inny szczurek, dla pewności). Efekty są jednak lepsze niż po wykrywaczu metali, który wykrywa byle monety i tylko marnuje się czas. Zwierzątka wykrywają materiał wybuchowy i wcale się nie mylą. Jak wielkim problemem są pozostałości bomb można się przekonać na każdym niemalże kroku. Zwłaszcza w Siem Reap, które jest małą mieściną, a wokół tereny rolnicze. Niemalże codziennie widzę kogoś bez chociażby jednej z kończyn... Tak się kończy nadzianie na minę. Taka osoba, jeśli przeżyje, staje się dla rodziny wyłącznie ciężarem - do pracy żadnej nie pójdzie, utrzymać go trzeba, państwo rent nie wypłaca. Winnych brak. Niestety najczęściej takie osoby kończą jako żebracy z braku innych opcji. Ja takim osobom zawsze coś dam, wielu z nich zresztą stara się chociażby sprzedawać pamiątki czy książki turystom, żeby nie być "darmozjadem". Dla dzieci niestety spotkanie z miną kończy się niemalże zawsze śmiercią. Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia, dzieciaki biegają po polach bez nadzoru, znajdują jakieś żelastwo i się nim bawią. Niestety poziom edukacji nie stoi najwyżej, szkoła jest nieobowiązkowa. Dlatego te projekty są bardzo ważne. Oprócz pomagania lokalnym społecznościom poprzez oczyszczanie ziemi z min, zatrudniają też lokalsów do pracy i szkolą ich na trenerów psów/szczurów. W wielu przypadkach są to kobiety, którym zazwyczaj ciężko jest znaleźć pracę.
Oprócz tego, jednego dnia udaliśmy się do Angkor Wat. Podejrzewam, że nic Wam to nie mówi, ale na pewno słyszeliście o takich runiach, z których wyrastają drzewa, a Angelina Jolie nagrywała tam "Larę Croft". To właśnie to. Spory kompleks świątyń, sama świątynia Angkor Wat jest jedną z nich, podobno to największy kompleks na świecie. Ciekawostka dla indologów: wiele ze świątyń jest hinduistycznych, a sam Angkor zwał się Jaśodharapurą. Jeden z królów Angkoru miał zaś na imię słodko- Jaśovarman :) Turystów multum w każdym razie, cena biletu nie bagatela 40 USD. Zwiedzić toto w jeden dzień jest ciężko, mimo że wiele świątyń to ruiny. Zdjęcia zrobić też ciężko, bo ludzi jak pszczół w ulu, a oczywiście każdy się pcha robić jakieś dziwne pozy na instagrama. Generalnie po tych kilku miesiącach zwiedzania zastanawiam się, po jaką cholerę ludzie się teraz gdziekolwiek pchają, czy w ogóle interesuje ich gdzie są? Wychodzi mi na to, że interesuje ich jedynie fotka na fejsika czy inne snapczaty. Chamstwo jest wszechobecne, przejść nie można bo ktoś pozuje i stój sobie i czekaj, a żadnego "przepraszam" nie uświadczysz. Przewodnicy delikatnie próbują zwrócić uwagę, żeby się przesunąć, bo ludzie chcą przejść, ale skąd tam, "przecież to tylko trzydzieści sekund, mogą poczekać". Serio tak jeden gość wypalił (oczywiście Amerykanin, nie żebym była uprzedzona...), miałam ochotę go kopnąć. Spędziliśmy w Angkorze cały dzień i całkiem nam się podobało, choć nie mieliśmy przewodnika - gdyby słuchać historii każdego miejsca, to ze 3 dni by zeszło. Tutaj zaznaczam, że można kupić bilet wstępu ważny 3 dni, a nawet tydzień, oczywiście odpowiednio droższy. Dodam też, że można wynająć przewodnika mówiącego we własnym języku, tj. po polsku to się nie spodziewam, ale słyszałam takich mówiących po francusku, hiszpańsku, włosku czy japońsku. I nie było to jakieś dukanie, normalnie nawijali z pełną płynnością. Może to nie powinno dziwić, ale mnie dziwi, bo znajomość nawet angielskiego w niektórych miejscach Azji jest słaba, chociaż dostęp do nawet darmowych materiałów jest, a nauczenie się innego języka to już w ogóle wymaga nie lada trudu. Zresztą wynajmowanie przewodników w takiej chociażby Indonezji to strata czasu i pieniędzy, można by się dowiedzieć łamaną angielszczyzną np. "To jest świątynia" i to by było na tyle. A tu zaskoczenie.
świątynie Angkoru - na ostatnim zdjęciu ta słynna z planu filmu "Lara Croft: Tomb Raider"
Po tym dniu spędzonym na ganianiu po świątyniach Stu się coś słabo czuł, zrobił się cały czerwony i zaczął gorączkować. Uznałam, że to udar słoneczny. W nocy trochę halucynował, ja sama nie byłam zbyt przytomna, żeby to wtedy ogarnąć, ale rano mnie otrzeźwiło, bo temperatura mu wcale nie spadała. Załadowałam go kilka razy do wanny z chłodną wodą, bo na szczęście mieliśmy w hotelu i wannę i prysznic. Trochę go schłodziłam, poleciałam po termometr i paracetamol. Temperatura spadła, ale wcale się lepiej nie czuł. Musieliśmy odwołać podróż powrotną do stolicy, bilety na autobus przepadły, a pobyt w hotelu przedłużaliśmy o kolejne dni. Do stolicy mieliśmy wracać, bo Stu dostał wiadomość, że go przyjęli, jednak za późno dali znać, że jednak pracować ma w Siem Reap, czyli dokładnie tu, gdzie akurat byliśmy. Trochę nas to zwaliło z nóg, bo tego się nie spodziewaliśmy i nie na to się pisaliśmy. Podobało nam się Phnom Penh, a nie Siem Reap, mieścina mała i pełna turystów, niespecjalnie ciekawa. Zaczęliśmy się zastanawiać, co w ogóle dalej robić. Nie wiedziałam, jakie mam w ogóle szanse na pracę tutaj, bo jednak miasto o wiele mniejsze i mniej możliwości. Niby życie tańsze, ale i pensje mniejsze i ofert mniej. Było o czym myśleć, a czasu coraz mniej - Stu miał zacząć już za kilka dni, w tym celu musiałby wyjechać z Kambodży i wrócić. Procedury wizowe nie są skomplikowane, w porównaniu z Chinami to w ogóle bułka z masłem. My na granicy poprosiliśmy po przylocie o wizę turystyczną i ona nie może zostać zmieniona w inną na miejscu. Można natomiast poprosić o wizę "zwykłą", tj. taką jakby biznesową, nawet nie mając żadnej pracy, wtedy można pracować. Zdecydowaliśmy więc, że trudno, zostajemy, Stu nadal czuł się słabo, ale poleciał do Bangkoku na jeden dzień, żeby załatwić tę wizę. Wtedy zaczęły się schody. To nie był jednak udar słoneczny ani zwykłe przeziębienie. Do Bangkoku dotarł resztkami sił, ale wydostać się już nie mógł, nawet z hotelowego łóżka. Przyszła wysypka i druga fala gorączki i wtedy stało się jasne, że to była gorączka denga. Jeśli nie słyszeliście o takiej chorobie, to wcale się nie dziwię, bo my też nie za bardzo. Przed komarami się chronimy tak czy siak, tzn. Stu, bo jego gryzie wszystko i wszędzie oraz na wszystko jest uczulony, więc każde ugryzienie komara kończy się wielkimi czerwonymi gulami na skórze. Mnie jakoś komary nie lubią, więc tak średnio o to dbam, z przewagą na wcale. A tu zonk, komary przenoszą choroby i może nas takie coś spotkać, a wcale nie jest to lekka choroba. Jedno ugryzienie wystarczy. To były straszne dni, siedziałam jak na szpilkach i nie wiedziałam co robić, czy jechać do niego, czy co, kontakt był też utrudniony i w sumie nie wiedziałam do końca, co się dzieje, czy nie zemdlał gdzieś w hotelowym pokoju i nikt go nie znajdzie. Na szczęście nie dopadło go najgorsze stadium z wewnętrznymi krwawieniami (oszczędzę Wam szczegółów), w każdym razie był w stanie pić, co jest bardzo ważne, inaczej trzeba być pod kroplówką. Przegapił kilka lotów powrotnych, ale w końcu mu się udało dotrzeć na lotnisko i wrócić. Przeraziliśmy się porządnie, rozważaliśmy powrót do Europy w trybie natychmiastowym. Następne dni upłynęły pod znakiem wielkiego zapytania, Stu spędził je w łóżku i odzyskiwał siły. Jakoś się zebraliśmy do kupy i postanowiliśmy zostać choćby na kilka miesięcy. Stu pojawił się w pracy, żeby udowodnić, że nie ściemniał z chorobą, zaczęliśmy szukać mieszkania i jakoś wszystko wracało do normy.
Znaleźliśmy mieszkanie w jeden dzień, blisko szkoły Stuarta. On sam zaczął pracować. Jego szkoła, podobnie jak ta w Chinach, jest dosyć korporacyjna: zasady, biurokracja, papierologia. Płacą nie najgorzej jak na lokalne standardy. I tu znów wracamy do kosztów: powtarzam, tanio nie jest. Standard życia przeciętnego Kambodżanina i expata zdecydowanie się różnią, różnią się też zarobki, ale w obu przypadkach te kwoty nie są szalone. Stu ma płatne za godziny lekcyjne, spotkania i szkolenia, czas spędzony na przygotowaniu lekcji, sprawdzaniu prac domowych/sprawdzianów/egzaminów się do niczego nie liczy, tak samo jak święta państwowe i inne dni wolne. Mimo wszystko, szkoła płaci nieźle. Mnie znalezienie pracy zajęło prawie miesiąc i byłam już tak zdesperowana, że aplikowałam na stanowisko przedszkolanki. Mimo że jest tu wiele ofert pracy w turystyce, do której bym się nadawała, odpowiedziała tylko jedna firma, gdzie byłam na rozmowie, ale nie odpowiadałam profilowi. Nie wiem po co mnie zaprosili na rozmowę, skoro wymagali wieloletniego doświadczenia w sprzedaży, ale to byli Francuzi, co powinno wszystko tłumaczyć - nawet nie zrozumieli nic z mojego CV, albo w ogóle go nie czytali. Druga odpowiedź, jaką w ogóle przez miesiąc dostałam, była w sprawie tej nieszczęsnej przedszkolanki. Zacisnęłam zęby i poszłam, co było robić. Na miejscu okazało się, że szkoła jest bardzo fajna, szefowa też, a tak w ogóle to szukają kogoś też do podstawówki. Tym sposobem zostałam nauczycielką... matematyki, nauk o zdrowiu i angielskiego w klasach 3-6 ;-) Wiem, jak to brzmi, ale to szkoła "międzynarodowa", jakich tu wiele; chodzi po prostu o prowadzenie zajęć po angielsku, nie trzeba mieć skończonej matematyki, żeby poćwiczyć dodawanie i odejmowanie, w starszych klasach ułamki. Generalnie szkoła jest wyluzowana i nowoczesna, programu nie trzeba się mocno trzymać, raczej jest nacisk na gry i zabawy i tego typu sprawy. Pracuje się nieźle, zarabia słabo.
Pracujemy w chorych godzinach, tj. Stu w niektóre dni ma tylko jedną lekcję 90 minut od 6 rano do 7:30. Tak, od szóstej rano, dobrze czytacie. Czasem budzę się o 5 rano i już go nie ma w domu. I to, że kończy lekcję o 7:30 wcale nie oznacza, że będzie w domu wcześnie. Idzie wcześniej, żeby się przygotować i zostaje dłużej, żeby się przygotować. W niektóre dni z "jedną lekcją" pracuje po 6 godzin albo i dłużej. Ja pracuję od 7:30 do 16:30, z dwugodzinną przerwą na lunch. A żeby ich szlag trafił z tymi przerwami, w Chinach to samo. Wolałabym odbębnić swoje i iść do domu. Co zrobić, taki klimat i to dosłownie klimat, ta przerwa jest na obiad i odpoczynek od upału, ewentualną drzemkę. Ja nie drzemię, ale wracam do domu faktycznie na krótki odpoczynek od zgiełku i skwaru.
Po pracy jadę do drugiej pracy, uczę nastolatki angielskiego w innej szkole, godzinę dziennie. Nie do końca dla pieniędzy, bo stawka jest opłakana, trochę dla mentalnego resetu od ciągłego "psze pani, a on mnie popchnął/ psze pani, on mnie przezywa" i tak dalej. Podsumowując, pracuję od 7:30 do 18:20. Tak, wiem, nie możecie uwierzyć, że wstaję tak rano. Ja sama w to nie wierzę, ale wstaję, jadę, jestem w pracy 15 minut wcześniej, ubieram się elegancko zgodnie z dresscodem i wyglądam jak człowiek. Początki był okropne, nigdy w życiu nie musiałam wstawać codziennie o piątej. Jak to się stało? Nie wiem, chyba aż do Azji musiałam wyjechać, żeby się ogarnąć i nauczyć punktualności. A może to przychodzi z wiekiem?
Zawsze chciałam gdzieś to umieścić :D
Wracając do pracy itp.
Zakupiłam takiego oto rumaka i nim pomykam po mieście.
mój japoński rumak
Mam do pracy około 5 km, to jest 20 minut drogi. Prędkość wychodzi ok 15 km/h (mówiłam już, że uczę matmy? :D) i jest to dokładnie tyle samo, ile wyciąga tuktuk, którym dojeżdżałam przez pierwsze dwa tygodnie. Z dojazdów Wam nie pokażę żadnych filmików, bo jest to szaleństwo w czystej postaci i nie bez powodu jak się nie odezwę do mamy przez jeden dzień, to się boi, że miałam wypadek. Kto pierwszy ten lepszy, zasad właściwie nie ma, trzeba być tylko asertywnym i cisnąć. Prawo jazdy to tutaj chyba trochę jak Yeti, każdy o tym słyszał, ale nikt nie widział. Małe dzieci, powtarzam: małe dzieci jeżdżą motorami (!!!), oczywiście na oślep i przed siebie i bez żadnego myślenia. Używanie kierunkowskazu jest dla frajerów, ja na przykład sygnalizując skręt ręką mogę ją łatwo stracić, bo jak tylko zwalniam, to ktoś chce mnie od razu wyprzedzić na pełnej prędkości, przemykając tuż obok mnie. Czekanie na światłach też jest dla frajerów, tak samo jak stanie w korku czy chociażby korzystanie z lusterek. Dostosowałam się i cisnę, chociaż trzeba mieć oczy dookoła głowy i nogę/rękę na hamulcu w razie czego. I tak to się żyje w tej Kambodży.
W pracy mam przede wszystkim fajny zespół, w tym jeden kolega jest z Polski, także nie zapominam języka w gębie. Wszyscy inni zagraniczni nauczyciele pochodzą z RPA, nikt nie ma im za złe, że sobie gadają często w afrikaans, więc jak my sobie pogadamy po polsku to co takiego.
Ja pracuję za miesięczną pensję, co oznacza, że mam płatne też święta (których jest tu od groma). W dodatkowej pracy mam płatne za godzinę.
Święta najczęściej wypadają w środku tygodnia, np. kilka razy była już wolna środa lub wtorek. Ostatnio były dłuższe święta, poniedziałek i wtorek wolny, ale niestety się rozchorowałam i spędziłam ten czas w łóżku. Wśród obsmarkanych dzieci nietrudno coś złapać. Wyległam dopiero w poniedziałek wieczorem na chwilę, żeby zobaczyć obchody. Święto nazywało się Water Festival, znaczy święto wody, nie do końca wiem o co chodzi - czy to zwiastuje koniec pory deszczowej, czy co. Ponoć rzeki mają wtedy zmieniać bieg (?). W każdym razie ludzie leją się wodą i to tak na całego, nie jakiś tam nieśmiały Śmigus Dyngus z pistolecikiem, tylko w mieście stały wozy strażackie i lały chętnych, podskakujących w rytm muzyki, od stóp do głów. Mam z tego filmiki gdzieś w galerii. Poza tym wszędzie w centrum były różnorakie sceny sponsorów, można było wygrać jakieś tam nagrody. W weekend były wyścigi łodzi, których nie widziałam, a na koniec wieczorem w poniedziałek puszczano lampiony na rzece. Niby ma to być dla spełnienia marzeń. Nie wiem, czy coś się komuś spełniło, natomiast zapełniła się rzeka i to śmieciami. Niektóre lampiony są w większości zero waste- kwiaty i jakieś tam liście, natomiast wiele było plastikowych i styropianowych :(
moje przebranie na Halloween, dzieci zagłosowały na mnie i wygrałam konkurs na najlepiej przebranego nauczyciela :)
W miarę możliwości będę wrzucać jakieś notki/filmiki z aktualizacjami. Wiem, że macie pytania, podsumuję kilka:
Jak nam się żyje? Tak sobie, jest wiele plusów i wiele minusów życia tutaj. Przede wszystkim życie na europejskim poziomie w nieeuropejskim klimacie jest na plus, na minus ogrom pracy i niewspółmierne zarobki.
Jak długo zostaniemy? Maksimum rok, tak nam się wydaje.
Kiedy się wreszcie ustatkujemy? Cholera wie. :-)
Co dalej? Nie mam pojęcia.
I podsumowanie jak w innych postach.
Ile to wszystko kosztuje?
Niemało.
Przykładowe ceny
(obecny kurs dolara to 3,90 zł, ale nie przeliczam, bo to waluta, która jest bardzo podatna na wahania różnego typu)
benzyna - ok. 1 USD/litr
obiad - ok. 5-8 USD
hotel - ok. 25 USD za dobę
butelka wody - średnio 50 centów za 1,5 l
autobus długodystansowy - 7-12 USD
kawa- ok. 1,5-2,5 USD
pranie i suszenie- 1 USD/kg
piwo - 0,5- 1,5 USD
Tuktuk- 1-2 USD za mały dystans po mieście, dalej 4 USD i więcej
mieszkanie - 250- 400 USD/ miesiąc (wliczony internet)
prąd- 60- 80 USD/miesiąc, w zależności od zużycia (klima i piekarnik dużo ciągną)
woda ok. 15 USD/miesiąc za dwie osoby
rower- 50 USD (używany)
moto - średnio 300 USD (używany)
Co nas zaskoczyło?
Poziom zeuropeizowania życia, to, że wszędzie da się dogadać po angielsku, pogoda ducha i wszechobecny uśmiech. Wysokie koszty utrzymania.
Na co trzeba uważać?
Na kieszonkowców i innych złodziei, na dziury na drodze, bezpańskie psy no i szalonych kierowców.
Dla kogo Kambodża?
Dla zainteresowanych historią albo poszukiwaczy przygód. Raczej nie dla rodzin z dziećmi czy biednych backapckerów.
Do poczytania:
1. Philip Short, "Pol Pot. Pola śmierci". Najlepsza książka, ta i pozycja nr 2 wyjaśniają dokładnie o co poszło i starają się znaleźć odpowiedź na pytanie "dlaczego?". Miała to być biografia Pol Pota, czyli przywódcy Czerwonych Khmerów, wyszła szczegółowa historia. Warto przebrnąć.
2. Peter Fröberg Idling. "Uśmiech Pol Pota. O pewnej szwedzkiej podróży przez Kambodżę Czerwonych Khmerów". Świetna książka, dużo wyjaśnia z tej zawiłej khmerskiej historii.
3. Wojciech Tochman, "Pianie kogutów, płacz psów". Jak zwykle Tochman, krótko, zwięźle, dramatycznie i na temat. Styl nietypowy, temat bardzo ważny, pewnie jeden z niewielu reportaży na świecie na temat zdrowia psychicznego w Kambodży. Polecam.
4. Tiziano Terzani, "Duchy. Korespondencje z Kambodży". Zbiór artykułów, które włoski dziennikarz pisał do europejskich gazet, próbując wyjaśnić, co się właściwie dzieje na tych terenach. Terzani to ciekawa postać, młody komunista, zakochany w Chinach, wyjechał do Azji i się zdziwił, jak zobaczył w komunizm w praktyce. Polecam też inne jego książki, m.in. "Zakazane wrota", o tym, jak go wyrzucono z Chin.
Na pewno jest więcej książek po polsku, ale osobiście ich nie czytałam. Beaty Pawlikowskiej nie polecam i nie będę polecać, bo nie czytam takiej pseudoliteratury, szkoda papieru na jej wypociny. Z takich, po które warto sięgnąć ( jeszcze nie przeczytałam, ale myślę, że warto) są np. książki profesora Adama Jelonka, oraz:
Francois Bizot, "Brama". Francuz przetrzymywany w niewoli przez Czerwonych Khmerów zapisał swoje wspomnienia. Mam, jeszcze nie przeczytałam.
Trylogia Long Ung, dziewczynki, która przeżyła reżim. Pierwsza książka ma tytuł 'First they killed my father', na jej podstawie nakręcono film. Mam wszystkie trzy, jeszcze nie czytałam, Stu czytał pierwszą i twierdzi, że jest świetna.
Elizabeth Becker, 'When the war was over'. Ta dziennikarka była jedną z niewielu, którzy widzieli przemianę Kambodży w Kampuczę po przejęciu władzy przez Czerwonych Khmerów. Mam, jeszcze nie skończyłam. Tak na marginesie, pani Becker jest indologiem :)
Jest jeszcze wiele innych, ale nie ma co się rozpisywać, jak ktoś chce, to znajdzie chociażby w bibliografiach książek podanych powyżej.
w internecie:
https://www.apopo.org/en Fundacja APOPO, od Szczurów-Bohaterów. Można poczytać i ewentualnie wesprzeć.
https://explosivedetectiondogs.org/ fundacja od Piesków-Bohaterów, jw.
https://www.national-geographic.pl/traveler/jak-prawie-umarlam-na-denge-w-tajlandii o gorączce denga z doświadczenia pewnej podróżniczki
Do obejrzenia:
https://youtu.be/1RlRom-CiLU Filmik z naszego mieszkania. Przepraszam za bałagan, nagrałam to niedługo po tym, jak się wprowadziliśmy, nie chce mi się nagrywać od nowa. Teraz mamy już więcej rzeczy, w tym na przykład piekarnik.
'First they killed my father' Film na podstawie książki. Jest na Netflixie.
Wszystkie zdjęcia z Kambodży można zobaczyć tutaj:
https://photos.app.goo.gl/o8CmgeYzJ8aMBFP16


























