wtorek, 30 lipca 2019

Filipiny - podsumowanie

Filipiny to chyba najmilszy kierunek, jaki obraliśmy do tej pory. Według Stuarta to jego ulubione miejsce na Ziemi, ze wszystkich krajów, które odwiedził, wracałby ciągle na Filipiny. Szczerze mówiąc trochę mnie to zdziwiło, ale przyznaję, że kraj to niewątpliwie piękny i na pewno jeszcze tam wrócimy. Chociażby na wyspę Palawan, gdzie wciąż chciałabym nauczyć się nurkować.

Teraz trochę o tym, co nas zaskoczyło.
1. Małżeństwa mieszane
Nie wiem, czy słyszeliście o fenomenie tajskich panien młodych (Thai brides), które swego czasu można było „zamówić z dostawą” do Europy czy innych miejsc na świecie. Nadal się da, ale teraz istnieją internetowe agencje matrymonialne oraz mężczyzn stać na podróżowanie, więc przyjeżdżają do Azji, aby znaleźć wybrankę na miejscu. Filipiny są obecnie na topie w tej materii. Widziałam na YouTube dokument (dość smutny) o mężczyznach szukających w ten sposób żon w krajach, gdzie jest więcej kobiet, np. na Ukrainie. Z jakichś powodów kobiety Wschodu są uznawane za lepsze żony. Nie będę się nad tym rozwodzić, w każdym razie wiele Filipinek ma zagranicznych mężów, głównie Amerykanów, Australijczyków i Brytyjczyków. Zdecydowanie o wiele starszych, niejednokrotnie o więcej niż 30 lat. Czy są to małżeństwa z miłości, można by dywagować, ale nie moja to sprawa. W każdym razie jest ich ogromna ilość, bardzo nas to zaskoczyło.
2. Kulejąca matematyka
Filipińczycy są tragiczni w liczeniu. Wiele razy zbierałam szczękę z podłogi. Raz, kiedy próbowałam się dowiedzieć o cenę prania i pani nie wyrażała się jasno, czy 70 pesos za jeden kilogram, czy za trzy, więc poprosiłam o wycenę dla pięciu kilo. Pani wyjęła kalkulator i pomnożyła 5x70 = 350. Jeśli to był dla mnie szok, to nie wiem jak nazwać to, co przeżyłam w sklepie, gdzie pani na kalkulatorze liczyła cenę napojów: 30+20=50. Może nie jestem jakimś orłem, ale to są naprawdę podstawowe działania matematyczne... Efekty nieobowiązkowej edukacji (chyba dopiero 10 lat temu to zmienili, ale i tak nikogo nie da się zmusić do nauki). Co za tym idzie, wielokrotnie wydawano nam źle resztę, zazwyczaj na naszą korzyść, ponieważ nikomu nie chciało się dokładnie liczyć, o czym w następnym punkcie.
3. Lenistwo
Ludziom się zwyczajnie nic nie chce. W wielu knajpach sami musieliśmy się fatygować po menu, potem podejść do kelnera, żeby zamówić. Stuart się kilka razy wkurzył i mruczał pod nosem, że może mamy sobie też sami iść i ugotować ;-) Obsługa często ma wyraz cierpienia na twarzy, kiedy ktoś wchodzi do pustego lokalu; trzeba się ruszyć, no i po cooooo to komu. Zdarzało nam się wyjść z restauracji, bo nie było szans na jakąkolwiek obsługę. Czasami zostawialiśmy sobie duży zapas czasu np. na śniadanie przed wyjazdem, bo na każdy ruch kelnera trzeba było liczyć po 20 minut. Nie ma znaczenia czy lokal jest pusty, czy pełen ludzi; tempo jest tak samo ślamazarne, mina zbolała, a rachunek źle wystawiony, bo nawet menu się nie chce otworzyć, żeby sprawdzić ceny. Wiele razy też nie dostaliśmy wszystkiego, co zamówiliśmy, bo nie zapisali całego zamówienia i zapomnieli. Raz, po tym jak na obiad czekaliśmy gdzieś godzinę, poszłam anulować zamówioną jeszcze jedną rzecz (chyba sałatkę), w razie, gdyby trzeba było kolejną godzinę na nią czekać. Pani mnie natomiast poinformowała, że nic takiego nie zamawiałam. No i problem z głowy. To nie ona się pomyliła, to ja mam urojenia ;-) Ludzie generalnie mają wszystko w dupie i nie zależy im na klientach. Tylko raz czy dwa ktoś próbował się ze mną targować. Jak mi się nie podoba cena, to mam się bujać i nie zawracać głowy, o.
4. Brak ustalonych przystanków autobusowych
W miastach brak jest transportu publicznego, więc korzysta się z jeepneyów, przerobionych amerykańskich jeepów z dwiema ławkami w środku, które zatrzymują się, gdziekolwiek pasażer sobie zażyczy (na ustalonej trasie). Wystarczy krzyknąć lub zapukać w dach. Tak samo można jeepneya zatrzymać gdzie bądź, wystarczy zamachać. Dalekobieżne autobusy działają na tej samej zasadzie. Jedyna rzecz, której nie mogę zrozumieć, to to, że w obrębie jednej wioski ludzie nie gromadzą się w jednym miejscu. Autobus zatrzymuje się dosłownie co kilkanaście metrów, bo nikomu się nie chce zrobić kilku kroków. Przez to wszystko czas podróży się wydłuża, ale nikomu nie wydaje się to dziwne. Pięć przystanków w jednej wiosce? Czemu nie.
5. Jedzenie
Moda na fast food, o której już wspominałam. Hamburgery to jakieś zwykłe bułki z podłym, cieniutkim kotlecikiem w środku, o sosach lub warzywach można zapomnieć. Wśród sieci fastfoodowych króluje lokalny Jollibee, notabene całkiem przyjemne miejsce. Serwują spaghetti, jakieś kiełbasy i hamburgery na modłę amerykańską. Tanio.
6. Brak sprzątania/housekeeping
Tylko w dużych, sieciowych hotelach można się spodziewać codziennego sprzątania i wymiany ręczników. W większości miejsc, w których nocowaliśmy, sprząta się tylko po wymeldowaniu gości.
7. Bezpańskie psy
O tym też już wspominałam. Jest to niestety duży problem, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Rządowe plakaty trąbią o wściekliźnie, więc trzeba uważać.
8. Dziwne toalety
Toalety w Azji bywają dzielone na „wschodnie” (kucane) i „zachodnie” (siadane). Na Filipinach poszli o krok dalej i zrobili miks ;-) Nie wiadomo jak z tego korzystać. Są to mianowicie toalety w stylu zachodnim, ale ... bez deski sedesowej. Spłuczki też często brak i trzeba polewać z wiadra, które zawsze jest w toalecie wraz z mniejszym jakby „rondelkiem” do polewania i kranem. Zdarzało się to nawet w pensjonatach.
9. Transwestyci
O tajskich ladyboyach wszędzie głośno, ale po Filipinach nie spodziewałam się tak wysokiej liczby transwestytów. Jest to wszak kraj katolicki, tzn. świecki w takim samym stopniu jak Polska, czyli wiadomo. Na początku nie wiedziałam, gdzie podziać oczy, człowiek z Europy Wschodniej i nieprzyzwyczajony. Zawsze gdzieś się kołatał we mnie lęk, że zaraz wyskoczy jakiś kark i będzie zadyma. Otóż nie, transseksualiści i szeroko pojęte środowisko LGBT jest jak najbardziej powszechnie akceptowane. Ponoć nigdy nie było to problemem i nawet nadejście chrześcijaństwa tego nie zmieniło. Podstarzali panowie na „wakacjach” często się ostrzegają, żeby uważać na „chłopców w przebraniu”, ale chyba trzeba być ślepym, żeby tego nie zauważyć (chociaż w ich wieku już wzrok nie ten). Większość się stara za bardzo i próbują chodzić w szpilkach na niemożliwym obcasie, mają obciachowy makijaż, no i głos ciężko zmienić... Niektórzy faceci nawet nie zapuszczają włosów, jeden pan (pani?) paradował z makijażem i kobiecym ubraniem w połączeniu z typowo męską łysiną a la placek na środku głowy ;-) Nie wiem, jak do końca wygląda sytuacja LGBT prawnie, ale wydaje się, że jest to jeden z najbardziej tolerancyjnych krajów na świecie w tej kwestii.
10. Pralnie
Wygląda na to, że nikt nie ma pralki w domu. W miastach na każdym kroku można znaleźć pralnie samoobsługowe w amerykańskim stylu, tj. pralki i suszarki bębnowe. Można wszystko zrobić samemu, albo zostawić pranie obsłudze i za drobną opłatą dostarczą je do hotelu, kiedy będzie gotowe. Tylko raz robiliśmy pranie ręczne, bo przyjechaliśmy do miasta późno i pralnie już się zamykały, a w kolejnym miejscu (małe miasteczko) nie było pralni. Oferowano nam usługi siedem razy droższe niż normalnie i podejrzewamy, że było to pranie ręczne, które możemy sobie zrobić sami. I tak też uczyniliśmy. W niektórych miejscach pranie jest ważone, w niektórych płaci się za cały załadunek. Zazwyczaj maksimum 7 lub 10 kg, większość pralni wygląda tak samo i są to pralki na 7kg.

Ile to wszystko kosztuje?
Przez 29 dni wydaliśmy około 3750 zł, wyłączając jeden lot wewnętrzny w cenie 330 zł. Daje to razem kwotę około 140 zł na dzień i jest to póki co najtańsze miejsce na naszej liście. Na pewno da się taniej, na pewno można o wiele drożej. Spaliśmy w miejscach raczej tanich. Nie szlajamy się po Hiltonach, bo bylibyśmy w podróży przez siedem dni, a nie miesięcy; jedynym naszym wymogiem jest czystość, cisza i prywatność. Żadnych hosteli, imprez i tego typu rzeczy. Ceny za dobę zaczynały się już od 30 zł - tyle zapłaciliśmy za nocleg w pokoju dwuosobowym z prywatną łazienką oczywiście, w hotelu o słabym standardzie. Było czysto i nic poza tym. Najlepszy nocleg, w domku na plaży, kosztował nas ok. 90 zł. Najdroższy zaś kosztował 100 zł za dobę, również bungalow, ale nie na samej plaży. Najmniej wydaliśmy na zwiedzanie. Filipiny nie są najbogatsze, jednak ceny są dla wszystkich takie same, podczas gdy wiele krajów w regionie ma osobne ceny dla rodaków i obcokrajowców. Wiele wstępów jest w ogóle za darmo, albo za jakąś symboliczną opłatą typu 75 groszy - 1 zł.
Pozostałe przykładowe ceny:
wynajęcie skutera - ok. 25 zł/ dzień
parking skutera - średnio 50 gr, jeśli w ogóle pobierano opłaty
benzyna- ok. 4 zł/ litr
butelka wody - 1,5 zł
kawa- 4-5 zł
pranie i suszenie, ładunek max 7kg -  10-12 zł
obiad -  5- 25 zł
piwo - 3-4 zł 
bilet na prom, ok. 2h drogi - 35 zł
autobus międzymiastowy - 15-30 zł, w zależności od odległości

Dla kogo Filipiny?
Tak naprawdę dla każdego. Jest w czym wybierać, w zależności od upodobań. Wypoczynek na plaży, aktywny, sporty - dla każdego coś miłego. Dla rodzin z dziećmi również. Ceny lotów z Polski wypadają najtaniej chyba ok. 1600 zł, koszty na miejscu są znikome. Egzotyczne wakacje marzeń, polecam.

Czy nie znudziło nam się podróżowanie? Ani trochę. Muszę przyznać, że ani przez minutę nie zatęskniliśmy za jakąkolwiek pracą, domem, zakupami, sprzątaniem, garami... Chyba jesteśmy stworzeni do wiecznych wakacji, szkoda tylko, że kasa się kiedyś skończy ;-) Póki co postanowiliśmy przedłużyć sielankę i wydłużyliśmy trasę o Birmę. Prawdopodobnie będziemy w podróży do końca roku. Co dalej? Nie wiem. Mamy kilka pomysłów, a propozycje (dla Stu) spływają z różnych miejsc, w tym dość kuszące z Chin (z dwukrotnie wyższym wynagrodzeniem niż wcześniej) oraz z bardziej „egzotycznych” miejsc. Do pracy nauczycielskiej i tak się nie damy rady wyrobić do października, może raczej na kolejny semestr. Póki co korzystamy z najdłuższych wakacji w życiu.
Trasy śledzić się już nie da, bo zarówno aplikacja travefy jak i google trips kończy swoją działalność. Jeśli ktoś zna jakieś podobne aplikacje, to niech proszę da znać.
Zdjęcia z Filipin można obejrzeć tutaj: https://photos.app.goo.gl/ed8niNV9P6LKscMdA

2 komentarze:

  1. A co tam jadasz, jak jesteś w podróży? Da się wegańską szamę złapać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. będzie o tym osobny wpis kiedyś... z wegańskim jedzeniem bardzo słabo

      Usuń