poniedziałek, 16 września 2019

Brunei

Brunei. Malutki kraj, o którym mało się słyszy. Ja sama słyszałam niewiele. Wiedziałam jedynie, że to kraj stuprocentowo muzułmański, bardzo bogaty i znałam nazwę stolicy. To ostatnie tylko dzięki temu, że w liceum musieliśmy się uczyć na pamięć mapy świata -państwa i stolice. Trzeba było znać każdą, nawet najmniejszą wysepkę i rozpoznać na pustej mapie z konturami kilka losowych państw. Jako że byłam zawsze noga z geografii i miałam same dwóje z normalnego materiału (jakieś gleby i inne takie), mapami można sobie było poprawić oceny, bo nawet i szóstki z tego były. Raz na semestr był sprawdzian z mapy Polski (województwa i stolice oraz rzeki - to była tragedia) i chyba raz z mapy świata. Dokładnie już nie pamiętam, za to dzięki tym sprawdzianom pamiętam stolicę Brunei: Bandar Seri Begawan, w skrócie BSB. Za nic nie mogłam tego przyswoić, wkułam metodą skojarzeniową: Bandaż z Serii Bakłażan i tym sposobem pamiętam do dziś, z resztą małych państw już gorzej ;-) Poza tym jakieś kilka miesięcy temu w mediach huczało o Brunei, ponieważ sułtan wprowadził (a raczej stopniowo wprowadza) tam prawo szariatu. W tym roku akurat dodał między innymi przepisy o odcinaniu rąk złodziejom oraz kamieniowaniu homoseksualistów. Dokładnie nie wiem, czy to już obowiązuje, czy ma zacząć obowiązywać w przyszłości: wprowadzają prawo szariatu stopniowo, ostatnim etapem będą kary dotyczące dekapitacji (obcięcia głowy). Prawo szariatu ponoć obejmuje też niemuzułmanów, ale tych nie ma zbyt wielu. Trąbili o tym w BBC chyba aż przez cały jeden dzień, zewsząd spadły głosy potępienia dla sułtana, a za chwilę wszystko przycichło. Czemu? Bo sułtan Brunei to nie byle kto, bo przez jakiś czas był najbogatszym człowiekiem świata i tak się składa, że posiada mnóstwo biznesów, zwłaszcza w Europie (między innymi sieć luksusowych hoteli). Nikt mu nie będzie więc wprost podskakiwał. Sułtan ma zatem wywalone na to, co sobie myśli ONZ czy inne organizacje broniące praw człowieka. Mniej za to było w mediach słychać o jego rozpustnym młodszym bracie Jefrim, który ponoć ma (lub miał) spory harem (czy też haremy tymczasowe, bo dziewczyn się tam przewinęło sporo), z którym zabawiał się na jachcie o sugestywnej nazwie "Cycki" ('Tits') z dwiema równie obrazowo nazwanymi łodziami ratunkowymi (odpowiednio "sutek nr 1" i "sutek nr 2") i który przepuścił niesamowite ilości kasy (miliardy dolarów) na różnorakie bzdury (między innymi pomnik przedstawiający go w dość intymnej sytuacji z narzeczoną, koszt, bagatela, ok. 3 mln zł). Ponoć brat mu wybaczył, a Jefri miał oddać zdefraudowane hajsy, a czy tak się stało, to już inna sprawa.
Wiedząc o tym kraju tylko tyle, spodziewałam się raczej najgorszego. Nie byłam nigdy w kraju ultrakonserwatywnie muzułmańskim i zdawało mi się, że będzie to miniatura Arabii Saudyjskiej. Ultramuzułmański między innymi dlatego, że alkohol nie jest tam dostępny i nie można go też przywozić. Wybraliśmy się tam tylko na dwa dni, bo dużo do roboty nie ma, chcieliśmy tak tylko "poczuć klimat" i jechać dalej, a Brunei znajduje się mniej więcej w połowie Borneo i głupio by było ominąć. Uznałam więc, że jakoś przeżyjemy (zwłaszcza ja, bo wiadomo, kobiety mają w takich miejscach jednak gorzej). Z Kota Kinabalu w Malezji zdecydowaliśmy się do BSB dotrzeć samolotem, bo choć to niedaleko, to jazda autobusem miała trwać 14 godzin. Tutaj trochę się wygłupiliśmy, bo AirAsia twierdziła w rozkładzie, że lot trwa godzinę, więc standardowo zamówiliśmy posiłek. Zawsze musimy wykupić tam dodatkowo bagaż, a w pakiecie z posiłkiem jakoś zazwyczaj wychodziło taniej. Na miejscu okazało się, że w samolocie jest zaledwie parę osób, stewardesa przed startem zapowiedziała, że lot trwa ... 20 minut i zaraz po starcie pędem rzuciła się do rozdania nam posiłków. Oczywiście zamówiliśmy je jako jedyni i jeszcze dojadaliśmy lądując ;-) AirAsia oczywiście zawyża czas lotów, żeby potem móc się chwalić, że dolecieli na czas - standardowa praktyka linii lotniczych (zwłaszcza tanich), a jakoś się nie domyśliliśmy. No nic, nie pierwszy raz człowiek wyszedł na głupka i nie ostatni. Jeszcze dygresja dotycząca lotnisk. Obsługa ma tam zazwyczaj wszystko gdzieś i na większość lotów dostałam się z butelką wody i innymi niedozwolonymi rzeczami. Najpierw zwyczajnie zapominałam, że mam np. butelkę wody, a potem już brałam ją świadomie, bo wiedziałam, że mi nikt nie zwróci uwagi. Na lotnisku w KK, przed lotem do Brunei akurat Stuart miał nieprzyjemności - kazali mu wszystko wyjąć z plecaka, bo stwierdzili, że ma butelkę z wodą, mimo że nie miał. Dziewczyna stojąca przed nim miała widoczną z daleka dużą butelkę i ją przepuścili, a sprawdzali Stuarta, bo im się plecaki pomyliły, a potem było już głupio się przyznać. Była godzina 5:56, celnik przez około 3 minuty grzebał mu po plecaku, po czym go puścił, bo była 5:59, a o 6 kończył pracę i się zwyczajnie zawinął ;-) To była jedyna sytuacja, gdzie coś faktycznie sprawdzali na lotnisku - albo udawali, że sprawdzają, dla picu. W niektórych miejscach jak dopijałam na szybko wodę, mówili mi, że woda ok i mogę z nią iść. No to spoko. Oprócz tego mam jeszcze niespakowane kosmetyki, cążki, a czasem nawet nie wyjmuję laptopa do kontroli i nic. Tak było na wszystkich 14 lotach, jakie do tej pory odbyłam w Azji Południowo-Wschodniej.
Po wylądowaniu w BSB obawy dotyczące saudyjskości tego miejsca tylko się pogłębiły - wszędzie napisy po arabsku, marmury, puste przestrzenie, okutane kobiety i pokoje modlitewne. Procedura wizowa była stresująca, mimo że wiza jest niepotrzebna obywatelom UE - tylko stempelek w paszporcie, jednak trzeba wypełnić formularz pełen durnych pytań. Chyba najbardziej skomplikowany papier, jaki nam się trafił, ze wszystkich miejsc, gdzie takie coś trzeba wypełniać. O dziwo tylko o religię nie pytali, chociaż tego się spodziewałam, natomiast zbiło nas z tropu pytanie o rasę xD

Byliśmy ostatni w kolejce do sprawdzania paszportów i trochę się zaczęłam dygać, czy sprawdzą, czy faktycznie mówimy prawdę (np. ilość pieniędzy jaką się wwozi, chociaż limitu na pewno nie przekroczyłam), bo facet przed nami był długo maglowany i w końcu odsunięty na bok z jakichś przyczyn. Nam się jakoś udało szybciej. Na marginesie, wielu celnikom się chyba podoba moje imię (albo uważają je za dziwne lub śmieszne?), chyba każdy celnik je powtarza po kilka razy z radością. 
Po przedostaniu się na drugą stronę pozostało nam odnaleźć naszego kierowcę. Hotel, który zarezerwowaliśmy, zaproponował nam darmowy odbiór z lotniska. Było to, muszę przyznać, zbawieniem, bo taksówki w BSB to widok rzadki. Przy lotnisku bywają, ale przejazd do najtańszych nie należy. W każdym razie oszczędziliśmy trochę dolarów, bo obowiązującą w Brunei walutą jest brunejski dolar. Co ciekawe, można też używać singapurskiego dolara, bo te kraje mają umowę o wymienności waluty. Jeden dolar brunejski to tyle samo, co jeden dolar singapurski i można używać obu walut w obu krajach (w Singapurze nie byłam, ale ponoć tam tego nie wiedzą xD). W drodze do hotelu "podziwialiśmy" widoki za oknem, z tym że niewiele było do podziwiania. Chyba się nawet trochę rozczarowałam, bo myślałam, że to będzie jakiś drugi Dubaj, a tu zwykłe miasto, nawet powiedziałabym miasteczko, niczym nieróżniące się od tych malezyjskich. Byliśmy na miejscu bardzo wcześnie, nasz pokój nie był jeszcze gotowy, więc zostawiliśmy bagaże i poszliśmy w miasto.
Do centrum nie było daleko, jednak pieszy jest w Brunei zjawiskiem jeszcze rzadszym, niż w Malezji, bo benzyna jest jeszcze tańsza - niecałe 1,5 zł za litr. Przybysze na malezyjskich numerach rejestracyjnych muszą ponoć tankować z osobnych dyspozytorów i płacić więcej, żeby nie robili machlojek z benzyną.  Z tego powodu wszyscy oczywiście jeżdżą samochodami, chociaż autobusy też były - tylko na taksówki jakoś nie ma popytu. Nie istnieje coś takiego jak postój taksówek, podobno można tylko telefonicznie zamówić z wyprzedzeniem. Na ulicy też się taksówki nie zatrzyma, bo nie jeżdżą sobie od tak, bez powodu. Nie była nam jednak taryfa potrzebna, bo poruszać się można pieszo. Bandar Seri Begawan nie jest jakąś metropolią, do centrum było niedaleko i właściwie wszystko można obejść piechotą, a do reszty ważnych miejsc trzeba popłynąć łódką. Pierwsze wrażenia ze spaceru po mieście: ładnie, ale strasznie pusto. Gdzie są wszyscy ludzie? Może jeszcze za wcześnie. A może, jak zwykle Arabowie, siedzą po klimatyzowanych centrach handlowych? Poszliśmy to sprawdzić, bo i tak musieliśmy wypłacić pieniądze. Z chińską kartą łatwo nie było, ale właśnie w jednym z centrów handlowych (znów, to raczej malutkie centra) bankomat przyjął kartę i wypłacił studolarówki. I wtedy zaczęła się jazda z płaceniem. Nikt nie ma wydać reszty. W sklepie nie można kupić wody, pani mi pokazuje pustą kasę i rozkłada ręce. Flashbacki z Polski, gdzie płaciłam już tylko kartą, bo zawsze to samo: nie mam wydać. Niestety bankomaty nie wypłacają bilonu, skąd mam mieć drobne, jak nikt nie ma wydać? Nie wiem, czy ktoś ma podobne odczucia, czy to ja miałam pecha co do różnorakich pań Grażynek wyskakujących z pretensjami do klienta, że chce zapłacić za zakupy legalną walutą. Stu po kilku latach pobytu w Polsce będąc w Anglii robi z siebie głupka, kiedy w sklepie płacąc za jakieś drobne zakupy przeprasza kasjerki, że ma tylko np. banknot dwudziestofuntowy xD Patrzą na niego jak na wariata - przecież od tego jest sklep, żeby mieć resztę przygotowaną, o co mu chodzi. Taka dygresja nt. różnic kulturowych. Okazało się, że w Brunei jest podobnie. Poszliśmy więc do banku, który szczęśliwie miał oddział w tym centrum ( i właśnie z ich bankomatu skorzystaliśmy). Pobraliśmy numerek, odczekaliśmy swoje i pani nam wymieniła stówki na mniejsze banknoty - pytała czy chcemy dwudziestki, czy dziesiątki, wzięłam dziesiątki. I co dalej? Gówno, 10 to i tak za dużo i nie mają wydać. Myślałam, że zwariuję. Z wielką łaską w jednym sklepie pani pofatygowała się do kasy i wygrzebała drobne, robiąc przy tym minę, jakbym jej robiła krzywdę. W ten sposób zdobyliśmy kilka jednodolarówek i piątkę, ale 5 to i tak za dużo. Jakby ktoś się wybierał, to wymieniajcie kasę od razu na jedynki, inaczej nic nie kupicie :P
Wracając do centrum handlowego: no cóż, tam tłumów też nie było. Miasto sprawiało wrażenie lekko wyludnionego. Samo centrum jest bardzo ładne, a wszędzie jest przede wszystkim bardzo czysto - za śmiecenie też są kary i to grube (grzywny kilkutysięczne), a przy trzecim takim wykroczeniu idzie się do więzienia. To się nazywa dyscyplina, chociaż policjanta ani strażnika nie widzieliśmy ani jednego. 
Co do cen, spodziewaliśmy się, że będzie bardzo drogo, co okazało się nieprawdą. Poza tym ludzie bardzo sympatyczni, chyba cieszą się, że coraz więcej turystów odwiedza ich kraj. No i co do tej "saudyjskości", to szybko okazało się, że to złudzenie: faktycznie, wiele osób chodzi tradycyjnie ubranych, ale są też panie w dżinsach i dresach i nikomu to nie przeszkadza. A napisy po arabsku były wszędzie: na sklepach, samochodach firmowych. Strasznie mnie to zaciekawiło, bo początkowo myślałam, że to dla odwiedzających Arabów i że mają ścisłe związki z Saudami itp. Jednak żadnych Arabów nie było widać (a ich łatwo rozpoznać, w Malezji ich pełno, najczęściej to banda facetów drących się na okutaną w burkę kobietę). Wreszcie się skupiłam, bo znam przecież trochę alfabet arabski (zmodyfikowany perski) i okazało się, że to język malajski (czyli ten obowiązujący w Brunei), tylko z arabskim zapisem. Poczytałam trochę i okazuje się, że jest to alfabet Jawi, którym kiedyś był zapisywany język malajski, zanim zastąpiono go alfabetem łacińskim. Obecnie obowiązuje jedynie w Brunei. Muszę przyznać, że chyba nigdzie indziej się z nim nie spotkałam, chyba że w kilku miejscach w Malezji (do tej pory myślałam, że to arabski i się nie wczytywałam, więc nie mam pewności; sporo Arabów jeździ tam na wakacje). 
Co do samego miasta, do zwiedzania nie ma znów tak wiele. Meczet, muzea (darmowe), spacery nad rzeką i wycieczka łódką. Spacerując po mieście poznaliśmy jednego z przewodników, z którym się umówiliśmy na następny dzień na poranną wycieczkę łódką, żeby zobaczyć małpy nosacze (znane w Polsce z memów o Januszach, hehe) i miasteczko na wodzie. Pan przewodnik o imieniu Mel był bardzo zabawny, jakby ktoś się wybierał, to chyba mamy gdzieś na niego namiary. W naszej grupie była jeszcze para Japończyków. Popłynęliśmy do lasu namorzynowego, zobaczyliśmy trochę małp i ptaków, poza tym pałac sułtana, widoczny tylko z daleka. Pałac ten, o nazwie Istana Nurul Iman, pretenduje do nazwy największego pałacu na świecie, co ciężko stwierdzić jednoznacznie, ale niewątpliwie jest ogromny - 1788 pokojów i bodajże 257 łazienek.  Byliśmy spóźnieni o kilka dni, bo tylko raz w roku, w czasie święta Id al-Fitr (zwanym tu Hari Raya Aidilfitri), kończącego Ramadan, można odwiedzić pałac sułtana i uścisnąć jego dłoń (jak się jest mężczyzną, rzecz jasna; kobiety mogą uścisnąć dłoń jego małżonki, a oboje przyjmują gości w osobnych pomieszczeniach). Ponoć każdy też wtedy dostaje drobny prezent od rządzącej pary. Sułtana można też zobaczyć w dniu jego urodzin, kiedy w mieście są specjalne obchody, co też nas ominęło, bo urodziny miał chyba z tydzień po naszym wyjeździe. Tak to jest, jak się nie planuje z wyprzedzeniem. Pan przewodnik pokazał nam był pałac sułtana, ale nie uwierzyliśmy mu - wskazał na jakiś zwykły dom wśród wielu innych. Myśleliśmy, że jak zwykle śmieszkuje, ale przysięgał i zaklinał. W końcu powiedział, że możemy tam iść, bo wciąż przed wejściem stoją strażnicy i już są przyzwyczajeni, że przyprowadza tam turystów- niedowiarków ;-)
Istana Darussalam - były pałac sułtana (źródło: http://dulichvietnam.com.vn/data/Brunei2.jpg)


Istana Nurul Iman - obecny pałac sułtana (źródło: https://www.articlelist.com/wp-content/uploads/2018/12/Istana-nurul-Iman.jpg)


W każdym razie zobaczyliśmy jeszcze wioskę zbudowaną na wodzie. Ponoć największa taka na świecie. Sporo osób tam mieszka, na pewno jest taniej niż na lądzie. W wiosce zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zatankować łódź. Japonka z naszej grupy, jak to Japonka, cykała fotki wszystkiemu i wszystkim, ale pan tankujący łódkę zaczął krzyczeć i się wzbraniać. Myśleliśmy, że popełniła jakieś straszne faux pas, ale pan przewodnik Mel tylko się śmiał. Wyjaśnił nam potem z pełną szczerością, że tamten pan sprzedaje benzynę nielegalnie (jeszcze taniej niż normalnie!!!) i bał się kłopotów, w razie gdyby ktoś tę fotkę zobaczył.
Na wiosce zakończyliśmy wycieczkę, Japończycy wybrali się dalej, koniecznie chcieli odwiedzić domy i szkoły w wiosce i coś tam jeszcze - przylecieli tylko na weekend i chcieli zwiedzić jak najwięcej. My wróciliśmy do miasta. Pan Mel nam powiedział, że w każdą niedzielę rano na kilka godzin zamykają się dla samochodów ulice centrum i odbywają się pikniki. Wybraliśmy się popróbować specjałów. Stu jadł jakieś smażone rybne chrupki (dziwnie to wygląda), a ja kulki ziemniaczano-cebulowe (chyba, dziewczyna sprzedająca na tym stoisku była jakaś nieśmiała, ledwo ją słyszałam), przepyszne. Do tego chyba coś na kształt pakory, warzyw smażonych w cieście. 
Po południu wybraliśmy się do parku, gdzie według przewodników można fajnie pospacerować na dobrze wyznaczonych szlakach. Spacerem bym tego nie nazwała. Faktycznie, z grubsza jest to zwykły park, staruszkowie tam spacerują i ćwiczą, można biegać i tak dalej. Jest nawet wodospad. Ale szlaki to już była wyższa szkoła jazdy, żeby nie powiedzieć survival. Ciągłe spadki góra-dół, w większości miejsc trzeba było się wspinać na linach albo po nich zjeżdżać. Ja dziękuję, po kilku kilometrach byliśmy wyczerpani (bo mokrzy byliśmy już po kilku krokach). Półtora litra wody na głowę to było za mało i musieliśmy wracać, żeby się nie odwodnić. To była fajna przygoda, taki niepozorny park - dżungla w środku miasta. Do parku narodowego, który Brunei również oferuje, nie wybraliśmy się, bo koszty były ogromne- bodaj 150 USD na osobę!
To chyba na tyle, jeśli chodzi o Brunei. Byliśmy tam tylko dwa dni, wiele się nie działo. Z przygód to chyba tylko tyle, że Stu zgubił swoją kartę wyjazdową ('departure card') i baliśmy się, co będzie na granicy. Nie wiem jak można zgubić kartkę z paszportu, ale on zgubił. Rzucił się do przeszukiwania kosza na śmieci, co było skazane na porażkę, bo śmieci są niesegregowane i wyrzuciliśmy tam dużo torebek po herbacie. Jednak odnalazł zawiniątko... Tak to jest, jak się nie sprawdza, co się wyrzuca :P Kartka była nawet reprezentatywna, trochę pomiętolona, ale szczęśliwie niepoplamiona. Nie wiem, co by się stało, gdyby jej nie miał.
 Co do zwiedzania, zecydowanie jeden lub dwa dni wystarczą na samą stolicę. Jeśli chce się odwiedzić inne miasta, to oczywiście można zostać dłużej. Z BSB pojechaliśmy autobusem dalej do Miri w Malezji. W okolicach autobusu poznaliśmy ciekawego pana, niestety nie pamiętam, jak miał na imię. Był również przewodnikiem, jak usłyszał, że jestem z Polski, zaczął do mnie mówić po polsku ;-) Pokazał mi wycinek z polskiego przewodnika po Brunei wydawnictwa Pascal, gdzie jest wspomniany. Nawet nie wiedziałam, że jest polski przewodnik po Brunei (nie korzystam z Pascala wcale, bo nie mają ebooków). P.S. Nie mogę znaleźć tego przewodnika w internecie, jest tylko jakiś z Bezdroży (w połączeniu z Singapurem i Malezją).


Ile to kosztuje?
Te dwa dni (czy też niecałe 3) kosztowały nas niecałe 300 zł na osobę.

nie mogłam się powstrzymać ;-)


przykładowe ceny:
benzyna - ok. 1,5 zł/litr
obiad - ok. 15-20 zł
herbata - ok. 3 zł
hotel - ok. 100 zł za dobę
butelka wody - 1 zł
autobus długodystansowy - 55 zł
wycieczka łódką - ok. 55- 60 zł od osoby


Co nas zaskoczyło?
  • Pustki na ulicach, cisza
  • Mili ludzie
  • Ilość turystów (coraz więcej chińskich grup, które słychać z daleka...)
  • Spora ilość Indusów i Chińczyków mieszkających tam na stałe
  • Wege restauracja buddyjska
  • Wszędzie portrety sułtana i jego żony (w każdej restauracji, hotelu, sklepie - obowiązkowo)

Dla kogo Brunei?

Dla miłośników przyrody, dla zainteresowanych kulturą muzułmańską, dla zwiedzających Borneo. 
Na pewno nie dla miłośników rozrywek, bo takowych brak - jest bodajże kino i kręgielnia i oprócz centrów handlowych to by było na tyle. Poza tym zero picia alkoholu i publicznej golizny, zapewne można za to pójść siedzieć (a za narkotyki jest chyba kara śmierci).


Do poczytania:
  1. Książka, o której już wspominałam, a w której rozdział dotyczący Brunei jest akurat całkiem sensowny (autorzy są w BSB akurat podczas urodzin sułtana): Alicja Kubiak, Jan Kurzela- "Indonezja. Ludożercy wczoraj i dziś"
  2. Relacja na jednym z blogów z wizyty w pałacu sułtana: http://bachurzeiichpodroze.pl/z-wizyta-u-brunejskiej-rodziny-i-w-palacu-sultana-brunei/
Cykał nam fotki, ale tylko Japończyków ostatecznie umieścił na stronie :) ma tam sporo zdjęć z turystami, ostatnio kilku z Polski.

Wszystkie nasze zdjęcia z Brunei można obejrzeć tutaj: https://photos.app.goo.gl/jDLWNwCpFsxMkvRn9