środa, 28 sierpnia 2019

Malezja


Malaysia, truly Asia. Takim hasłem reklamuje się ten kraj. Trudno mi się z tym do końca zgodzić, bo jaka jest prawdziwa Azja? Czy taka jak Malezja? Nie wydaje mi się ;-) Azja kojarzy się, nie oszukujmy się, z biedą, chaosem i może jeszcze zanieczyszczeniem powietrza. Malezja jest natomiast zaprzeczeniem tego wszystkiego. To kraj nowoczesny w pełnym tego słowa znaczeniu. I chyba mój ulubiony ze wszystkich do tej pory.

Przygodę z Malezją zaczęliśmy na Borneo, w miejscowości Kota Kinabalu. Pierwsze wrażenie, kiedy rozglądaliśmy się zza okien taksówki: wow. Tu jest pięknie. Jedyne obawy, jakie miałam, dotyczyły stroju: przyleciałam trochę nie myśląc w szortach i się bałam, że nie wypada. Malezja to kraj w główniej mierze muzułmański, tzn. oficjalnie świecki, ale wiadomo, jak to z krajami świeckimi. Polska też jest niby świecka, hehe ;-) Okazało się, że nie ma się czego bać, bo tubylczynie (sprawdziłam, to poprawna forma!) chodzą ubrane, jak chcą, szorty do kolan nie były więc niczym strasznym. Panie muzułmanki noszą na głowach chusty i tyle. Żadnego okutania po zęby. Szczerze mówiąc, to muzułmanki na Filipinach chyba są bardziej konserwatywne, bo wiele z nich nosiło burki lub suknie i nikab (widać tylko oczy). Nie oznacza to, że malezyjskie wyznawczynie islamu chodzą półnago, ale jednak panuje większy luz. Lokalesi to w ogóle miks kultur, wyznań i języków: Malezyjczycy, Chińczycy, Indusi, Tamilowie ze Sri Lanki, Bengalczycy... i jeszcze ekspaci. Kogo tam nie ma ;-) Najbardziej niesamowite jest to, że wszyscy sobie żyją w spokoju i się wzajemnie szanują. I znowu wyszła moja polskość, bo nie mogłam się temu nadziwić, że nikt się nie naparza, świątynie różnych wyznań stoją obok siebie, a życie płynie.

O Malezji nie będę się wiele rozpisywać, bo szczerze mówiąc w porównaniu do Filipin, to raczej się leniliśmy. Nie zobaczyliśmy wielu rzeczy, które zaplanowaliśmy, z różnych względów tj. chorób, pogody, kosztów. Na Filipinach słońce zachodziło często nawet i o 17:30, więc zrywaliśmy się raniutko i nieraz już o 8 rano byliśmy w drodze. W Malezji się wyluzowaliśmy, zresztą po raz pierwszy w czasie podróży zaczęły nas dopadać różne dolegliwości w stylu przeziębienia czy zatrucia. Dodatkowo pogoda była bardziej kapryśna, a to są rzeczy, na które nie ma się wypływu. Co do kosztów, to niestety jedyny minus Malezji: ceny potrafią być nieźle wywindowane. Często drożej niż w Warszawie. W tej części świata takich cen się można spodziewać po Hong Kongu czy Singapurze, ale w Malezji jakimś dziwnym trafem jest duża przepaść. Można zjeść obiad za 5 zł, a w knajpie obok za 50. No i co najgorsze, dla obcokrajowców są osobne ceny, przez co trafiał mnie szlag. To nie jest biedny kraj, ma złoża ropy i gazu oraz wielu innych surowców mineralnych. Gospodarka ma się dobrze, są wysoko we wszystkich rankingach azjatyckich, nawet światowych. Ale wciąż obcokrajowiec płaci 5-6 razy więcej niż Malezyjczyk. Rozumiem to w krajach typu Indie, zrozumiałabym na Filipinach - oni tego potrzebują. Ale Malezja?!?!

Wracając do ubioru, to z szortami jednak nie przesadzałam. Drugiego dnia po przyjeździe wybrałam się pobiegać w bardzo krótkich spodenkach i raczej zwracałam na siebie uwagę. Nie samym faktem, że biegam, bo wielu ludzi tam biega, więc uznałam, że raczej chodziło o za skąpy strój. Nosiłam szorty (lekko przed kolano) tylko na jakieś trekkingi w lesie, gdzie i tak nikogo nie ma, bo tak mi było wygodniej. Wspominam o tym dlatego, że uważam, że trzeba szanować lokalną kulturę, a po ilości turystek, które widziałam z niemalże gołym tyłkiem (noszę majtki dłuższe niż niejedne szorty, jak się okazało), wydaje mi się, że edukacja w tym zakresie leży. Na razie ranking wygrała dziewczyna przechadzająca się po mieście w bikini ze stringami. Takie zachowanie może być w najlepszym wypadku odebrane jako faux pas, w najgorszym skończyć się bardzo źle. Widywałam roznegliżowane dziewczyny w Indiach i nie jest to najlepszy pomysł, żeby eksponować ciało w kraju, gdzie raczej się je zakrywa. Zresztą w jakimkolwiek kraju chyba nie jest to normą poza plażą, czy o czymś nie wiem? Może Australia czy USA są takie „otwarte”, ale w kraju konserwatywnym, z większością muzułmańską, raczej bym uważała. Zresztą osoby przyzwyczajone do plażowego życia na wybrzeżach takiej dajmy na to Australii chyba są przyzwyczajone do wysokich temperatur? Ja rozumiem, że jest gorąco, każdemu jest, ale świecenie golizną problemu nie rozwiązuje. Tym bardziej, że więcej ciała się wtedy wystawia prosto na słońce, a to bezpieczne nie jest. Pomijam już fakt, że w większości miejsc do zwiedzania trzeba okazać szacunek między innymi przez godny strój, z czego już chyba w polskich kościołach zrezygnowano, natomiast na pewno nie w meczetach czy świątyniach buddyjskich. Strój trzeba więc rozplanować, jeśli ma się niezakryte nogi, to najlepiej nosić ze sobą jakąś spódnicę czy pareo. Gołe ramiona też odpadają, nie wspominając o dekolcie, bo to chyba oczywiste. A może nie jest to jednak takie oczywiste, bo (coś mnie chyba znów ominęło) zauważyłam wśród turystek modę na nienoszenie biustonoszy. Litości, równie dobrze można iść całkiem nago, jeśli się ma na sobie obcisły top, a w wielu miejscach klimatyzacja jest ustawiona na poziomie zamrażarki... Żeby nie było, że panuje dyskryminacja, panów to też dotyczy: brak koszulki, topy na ramiączka czy szorty długości bokserek, oprócz tego, że wyglądają paskudnie, też „godnym” strojem nie są.

Wracając do Borneo. Kota Kinabalu to dosyć przyjemne miasteczko. Samo w sobie nie jest specjalnie warte spędzenia dużej ilości czasu, natomiast jest to dobra baza wypadowa do kilku miejsc w okolicy, przede wszystkim góry Kinabalu (Mount Kinabalu). Na szczyt nie mieliśmy zamiaru się wspinać, bo jest to zadanie dla alpinistów z prawdziwego zdarzenia (albo amatorów z jakimś doświadczeniem), poza tym wymaga pozwoleń, sprzętów i wysokich opłat. Chcieliśmy się tam jednak wybrać, pochodzić po okolicy - Kinabalu leży na terenie Parku Narodowego Kinabalu i jest tam kilka ciekawych szlaków dla takich wędrowniczków-amatorów jak my. Niestety nie było nam to dane, ponieważ trochę źle rozplanowaliśmy nasz pobyt. Początkowo zarezerwowaliśmy trzy noce w hotelu, który zresztą jak się okazało znajdował się w centrum handlowym i za każdym razem się gubiliśmy w gąszczu korytarzy wychodząc i wracając. Znalezienie samego hotelu po przyjeździe do tego centrum w ogóle zajęło nam z godzinę. Tych „centrów” handlowych jest w Malezji sporo i nie są one wszystkie molochami pokroju Arkadii czy Złotych Tarasów, większość to takie trochę już leciwe, po naszemu można by powiedzieć, domy towarowe. (W Polsce w latach osiemdziesiątych, z tego, co mi wiadomo, centrów handlowych nie było.) Hotel był w porządku, miejscowość też, chcieliśmy więc przedłużyć pobyt. Okazało się to niemożliwe. Po pierwsze, obsługa nie należała do ludzi, z którymi da się negocjować: przyjechaliśmy o godz. 13 i musieliśmy czekać do punkt 14 do zameldowania, ani minuty wcześniej. Po drugie, rezerwowaliśmy ten hotel ponad miesiąc wcześniej, zaraz po zakupie lotu, chwilę po przylocie na Filipiny, i jak się okazuje musiała to być jakaś specjalna okazja, bo na miejscu ceny były o wiele wyższe. Zmusiło nas to do przeprowadzki do innego hotelu nieopodal. Ale po kolei. Po przyjeździe byliśmy zmuszeni zostawić bagaże w hotelu i przejść się po okolicy, oczekując na pokój. Znalezienie czegoś do jedzenia nie było trudne, gorzej ze znalezieniem czegoś smacznie wyglądającego i wyglądającego znajomo. Typowo malajska kuchnia, co dotyczy Malezji i Indonezji, nie jest specjalnie smaczna ani urozmaicona. Największym jej problemem w tradycyjnych „restauracjach”, które raczej bym nazwała jadłodajniami, jest to, że jedzenie jest ugotowanie rano i potem cały dzień stoi wystawione, bez przykrycia, lodówki czy podgrzewania. W takich właśnie miejscach, jadłodajnia a la bufet, gdzie nakłada się jedzenie wybierając z wielu potraw, jedzenie serwują... zimne. Tak jest, zimne. Jaka to przyjemność jeść zimny posiłek? Ano żadna, ale chyba w tej kulturze spożywanie posiłków to bardziej konieczność, niż przyjemność i specjalnie się jedzenia nie celebruje. Pomijając ten aspekt, jest to zwyczajnie niebezpieczne. Jedzenie przechowywane w takich temperaturach to proszenie się o kłopoty i to niemałe. Jednym z najniebezpieczniejszych pod tym względem pokarmów jest ryż, w którym bardzo szybko rozwijają się bakterie o ładnej nazwie: laseczka woskowa. Ryż nie powinien być długo przechowywany po ugotowaniu ani odgrzewany w nieskończoność. Nie muszę dodawać, że jest to podstawa malajskiej kuchni. Z jedzeniem zbyt długo źle przechowywanym nie ma żartów, może to nawet prowadzić do śmierci. Może słyszeliście o przypadku studenta, który zmarł po zjedzeniu odgrzanego spaghetti. Zadziałała dokładnie ta sama bakteria. Oczywiście jedzenie czegoś po pięciu dniach trzymania na blacie w kuchni mądre nie jest i był to przypadek wyjątkowy, niemniej jednak serwowanie jedzenia trzymanego cały dzień w tropikach i nieosłoniętego przed insektami uważam za głupotę i niewątpliwie może to prowadzić do co najmniej lekkich problemów żołądkowych (wymioty, biegunka). Jeśli nawet ja to potępiam, to chyba nie wyobrażacie sobie nawet jakie obrzydzenie to wywołuje u Stuarta, wychowanego w kraju paranoi związanej z zatruciem pokarmowym. ;-) Niemniej jednak taki posiłek spożyliśmy jako pierwszy i przeżyliśmy, być może dlatego, że ledwo go skubnęliśmy, przynajmniej ja. Moje bakłażany capiły rybą, jakieś inne „warzywa” były obrzydliwe, a całość oczywiście zimna. Jedynym ratunkiem było tempeh, które pani mi błyskotliwie zaoferowała, ku mojej wielkiej radości. Stuart też zamówił, widząc mój entuzjazm, a potem przyszedł do stolika i spytał, co to takiego, że aż się rozemocjonowałam jak dziecko na Gwiazdkę. ;-) Tempeh to fermentowany produkt sojowy, bardzo zdrowy i pożywny. W tamtym miejscu był akurat bardzo dobrze przyprawiony, cieniutko pokrojony, przysmażony z chilli i chrupiący. Mój entuzjazm szybko wygasł, bo było to jedyne miejsce w Malezji, gdzie spotkałam tempeh.

Wieczorem zaś przyszedł czas na entuzjazm u Stuarta, kiedy wybraliśmy się na kolację. Postanowiliśmy wybrać coś z knajpek nad rzeką. Przed każdą restauracją niemalże byli „naganiacze”, choć nienachalni wcale. W jednym miejscu nas zachęcano do zjedzenia w tajskiej restauracji. Stu tylko spojrzał w menu i wypruł do środka ile sił w nogach, musiałam niemalże za nim biec. Jak go spytałam, co tak biegnie, to powiedział, że wreszcie może gdzieś pójść i nie mógł się z tej radości posiąść. Faktycznie, na Filipinach z jedzeniem dla mnie było nieraz tragicznie. Bywało, że musieliśmy łazić w poszukiwaniu absolutnie czegokolwiek bez mięsa przez długi, długi czas, nawet w galeriach handlowych z kilkoma piętrami restauracji. Co za tym idzie, Stu się musiał dostosować i jeść co było tam, gdzie było coś dla mnie. W Malezji chłopak odżył. O jedzeniu wege w podróży pewnie kiedyś popełnię post bardziej szczegółowo opisujący problemy i wyzwania, bo łatwo oczywiście nie jest.

Wracając do trasy. Trochę źle wszystko rozplanowaliśmy. Stu jest zafascynowany krokodylami i innymi gadami i niestety na Filipinach nic podobnego nie widział, więc byłam skazana na wycieczkę do Crocolandii zaraz po przyjeździe do Malezji. Wynalazł w okolicy farmę krokodyli, którą przedstawił mi raczej jako azyl dla zwierząt, no i pojechaliśmy. Najpierw musieliśmy złapać minibusa do miasta obok, a potem się przesiąść. Z minibusem do miasta było łatwo. Nieopodal hotelu był postój i szybko złapaliśmy busika. Odjeżdżał znajomym trybem: po zapełnieniu, natomiast nie brał więcej ludzi, niż może zmieścić się w środku, co więcej, był to sprawny samochód i nawet miał drzwi (zamykane i otwierane przez kierowcę w zautomatyzowany sposób specjalną wajchą!). W miasteczku, gdzie mieliśmy się przesiąść, zaczęły się schody, bo nikt nie potrafił nam wskazać postoju minivanów. Czekaliśmy w okolicy wskazywanej przez największą ilość osób, ale kręcił się tam tylko jeden kierowca, dokręcając różne fragmenty bodajże drzwi w czymś, co trudno byłoby mi nazwać samochodem. Próbowaliśmy go podpytać o dojazd, ale nie szło się dogadać; jego znajomi też coś próbowali pomóc i doszliśmy jedynie do tego, że chcemy zobaczyć krokodyle, ale nadal nic to nie pomogło w kierunku znalezienia transportu. W końcu zjawiła się jakaś kobieta mówiąca po angielsku. Po pierwsze okazało się, że jechała w tą samą stronę, po drugie załatwiła z panem, że nas podwiezie. Za 15 ringgitów (1 ringgit to mniej więcej 1 zł, jakieś 90 groszy bodajże). Z Kota Kinabalu około godzina drogi kosztowała nas 10, czego nie omieszkałam wytknąć, cena więc spadła do 10 i ruszyliśmy. Niestety kiedy wynajmuje się taki van i nie staje on na przystankach, trzeba opłacić miejsca innych pasażerów. Chociaż tak jak wspomniałam, był to raczej zdezelowany wrak niż van i do tej pory nie wiem, jak to się stało, że dojechaliśmy, ale pan nas podwiózł pod samą bramę farmy. No właśnie, farmy. Tu zaczęły się dla mnie schody: to co to właściwie jest, zoo? Okazało się, że gorzej, i żałowałam, że się tam wybraliśmy. Faktycznie, uratowali trochę krokodyli; wiele z żyjących w rzekach krokodyli jest przeznaczonych do odstrzału, jeśli atakują ludzi i jedyną opcją przeżycia dla nich jest zoo lub taka farma, w zależności od tego, kto się zaoferuje przyjąć gada. A zaznaczam, że transport takiego zwierza to rzecz niełatwa i nietania.



Informacje o krokodylu-zabójcy, najgroźniejszym z trzymanych tam zwierząt. Trafił na farmę za zjedzenie jakiegoś pana w 2006.


Natomiast sam „park” czy jakkolwiek to nazwali to raczej krokodyle zoo; niektóre były trzymane w osobnych, hmm... pomieszczeniach? A niektóre żyły w większych „jeziorkach”, grupowo. Wszystko zgodnie z wytycznymi ministerstw i przepisami dotyczącymi dobrobytu zwierząt i tak dalej, jednak dalej jest to miejsce do robienia pieniędzy. W programie znajdziemy między innymi krokodyle „show”, karmienie itp. Jako że byliśmy jedynymi zwiedzającymi, „show” trwało chyba 3 minuty i było raczej żałosne. Wyszło dwóch facetów, poprzytulało się do ogromnego krokodyla, dali mu buzi i tyle.




Karmienie było chyba jeszcze gorsze: kazali nam się ustawić na mostku, facet otworzył bramę do jednego z jeziorek, rzucił z pięć kurczaków i tyle. Krokodyli było tam ponad piętnaście, jak nie więcej, nakarmił może ze cztery i tyle z tego było. Zakładam, że to tylko tak na pokaz i są karmione w innych godzinach, ale już by sobie darowali. Na dobitkę można było sobie zrobić zdjęcie z malutkim krokodylkiem, trzymanym w ... plastikowym pojemniku. Jak dla mnie żenada. A przy wyjściu sklep z produktami z krokodylej skóry, jakimś niby cudownym olejkiem i co gorsza krokodylim mięsem. Nigdy więcej.

Poza tą wycieczką nie udało nam się zbyt wiele zdziałać w okolicach Kota Kinabalu. Pierwszego dnia wybraliśmy się na „mokradła”, czyli do specjalnego rezerwatu wyznaczonego na terenie bagien, gdzie można obserwować wiele zwierząt, w tym ptaków. Niestety nie mieliśmy szczęścia, prawdopodobnie poszliśmy o wiele za późno, poza tym nie mamy wprawy w tzw. birdwatchingu i zanim złapałam lornetkę, ptak odlatywał i tyle go było. Było to jednak miejsce ciekawe, wyjaśniające znaczenie lasu namorzynowego (inna nazwa: mangrowce). Niestety przykro było patrzeć na ilość śmieci w błocie, wcale nie z powodu śmiecących zwiedzających, ale wody napływającej z morza z całym tym dobytkiem. Okropieństwo. Plaże Borneo są strasznie zaśmiecone i jakoś nikt nie potrafi znaleźć winowajców, każda wyspa zwala na kogoś innego, a problem się sam nie rozwiąże. Ludzie po prostu wyrzucają śmieci do wody, to jest niepodważalny fakt, który jak na razie Azja Południowo-Wschodnia trochę ignoruje, przerzucając się oskarżeniami metodą przedszkolną, tj. „to nie my, to oni”. Stuart o mało nie dołożył swojej cegiełki do tego bajzlu, bo osłona obiektywu wpadła mu prosto w bagno. Na szczęście byliśmy w parku sami i mogliśmy pokombinować. Nie obyło się bez przygód, ale udało się znaleźć patyk i wyciągnąć go z bagien (gałęzi przecież nie będziemy odrywać, innych opcji nie było) i jakoś udało się tę osłonkę wydłubać i wciągnąć na górę po deskach pomostu.



Lasy namorzynowe




Po mokradłach wybraliśmy się na stadion, gdzie Stu chciał obejrzeć jakiś mecz za parę dni. Znaleźliśmy stadion, wszystko sobie obczaił, przysiedliśmy więc na jakiś napój w kafejce nieopodal. Pan właściciel, starszy pan, czuł się dziwnie zaszczycony naszą obecnością, chociaż po angielsku nie mówił, ale wystawił nam specjalnie stolik z widokiem na stadion, a dokładnie rzecz biorąc udostępnił stół, gdzie sam siedział. Zamówiliśmy dwie herbaty i był to ogromny błąd. Herbata w ich rozumieniu to był jakiś mleczny ulepek. Dostałam właściwie chyba skondensowane mleko z lodem. Pan właściciel siedział nieopodal i bacznie obserwował każdy nasz ruch, nie chciałam mu robić przykrości, udawałam więc, że piję. Jak gdzieś zniknął, Stuart wziął to na klatę i wypił za nas oboje, co poskutkowało mdłościami i do hotelu wracaliśmy autobusem, chociaż wcześniej przyszliśmy piechotą.



stolik z widokiem na boisko, KK

Namierzenie przystanku nie sprawiło problemu, gorzej z ogarnięciem kierunku, w który mieliśmy jechać. Na szczęście na przystanku była jakaś młodzież i nam pomogli. Okazało się, że przystanek dobry. Spytałam o numer autobusu, żeby dojechać do hotelu, a oni powiedzieli, że... fioletowy. Trochę mnie to zdziwiło, ale jak fioletowy, to fioletowy, nie ma co wnikać. Faktycznie za chwilę podjechał bus oznaczony fioletowym paskiem i wsiedliśmy. W środku kazano nam zasiąść na tyle i ruszyliśmy. Nie wiedzieliśmy tylko, jak zakupić bilet. Nigdzie nie było żadnego konduktora, a czasem się kupuje właśnie u niego. Nikt nic nie płacił, nie miał biletu, ani nie było żadnych kasowników. W połowie drogi zaczęliśmy się nieśmiało zastanawiać, czy może autobusy nie są za darmo? Nie znam kraju, gdzie transport publiczny byłby darmowy (Google podpowiada, że jest tak w Estonii i Luksemburgu, brawo dla nich), ale biorąc pod uwagę ceny benzyny w Malezji i możliwość dotacji od państwa, byłoby to pewnie wykonalne. Nie chcę nikogo denerwować, ale benzyna tu kosztuje mniej niż 2 zł za litr. Z tego powodu każdy jeździ samochodem. Pomyśleliśmy, że może dlatego dofinansowują autobusy, żeby być bardziej eko, ale pod koniec trasy okazało się, że trzeba podać kierowcy zapłatę przed wysiadaniem, 1 ringgit na osobę (czyli ok. 90 groszy). Co do tych samochodów jeszcze, to jako że każdego na samochód stać, korki są wszechobecne (każdy samochód oczywiście z jedną osobą w środku), a piesi właściwie nie istnieją. Co gorsza, chodniki też często są albo zaniedbane, albo nagle się urywają i nie ma jak przejść przez skrzyżowanie. Po prostu nikt tu nie chodzi, bo po co. Jak sobie spacerowaliśmy, to zawsze jakaś taksówka zatrąbiła - no przecież niemożliwe, żebyśmy sobie szli tak o, na pewno szukamy transportu. Każdy jeździ autem, ale niestety nie każdy to umie, można dostać cholery na drodze. Większość można nazwać takimi naszymi niedzielnymi kierowcami. Ledwo się snują (uczono mnie, że to niebezpieczeństwo na drodze, zarówno jak się jedzie zbyt szybko jak i zbyt wolno), nie używają kierunkowskazu, ogólny dramat. Ze znakami drogowymi też nie jest najlepiej, strasznie mylące.

Co do dalszego pobytu w KK, popsuła się najpierw pogoda, a potem żołądek Stuarta. Jak to się uspokoiło, rozłożyło go przeziębienie i tyle z naszego pobytu. Deszcze były naprawdę ulewne i nie było sensu się wybierać do parku narodowego, bo szlaki były zbyt śliskie i niebezpieczne, poza tym łażenie po błocie w deszczu nie należy do naszych ulubionych rozrywek. Dalsze wycieczki autobusem odpadały, ze względu na wrażliwy stan żołądka Stu, przez co z żalem musieliśmy zrezygnować z odwiedzenia południa stanu Sabah na Borneo, gdzie znajdują się między innymi rezerwaty przyrody (prawdziwe, serio) zajmujące się orangutanami, niedźwiedziami malajskimi i żółwiami. Ze względu na przeziębienie, jeden dzień przesiedzieliśmy w hotelu. Tzn. ja nie musiałam, ale i tak lało. Ostatecznie zdecydowaliśmy się jechać na zachód, do Brunei, o którym to państwie będzie osobny wpis.

Przypomniała mi się jedna historia z KK: jednego wieczoru wybraliśmy się „na miasto”. Jak na kraj w dużej mierze muzułmański, barów było całkiem sporo. Klientela jednak to albo turyści, albo chrześcijanie, którzy jakimś dziwnym trafem w Malezji utożsamiani są z Chińczykami... Może nie jest to dziwne, dla mnie jednak jest, bo Chiny to jednak mało chrześcijański kraj, ale Malezyjczycy pochodzenia chińskiego to albo buddyści, albo chrześcijanie, przez co widać w wielu miejscach katolickie szkoły z chińskimi napisami, a w hotelach można znaleźć Biblię po chińsku (Koranu chyba nie widziałam, aczkolwiek każdy pokój ma zaznaczony kierunek Mekki, niefortunnie jak dla mnie nazwany po malezyjsku „Kiblat”). W każdym razie, z zasady muzułmanie alkoholu nie piją. Wybraliśmy się do lokalu o nazwie coś tam „resto bar”, który na miejscu się okazał być jedynie barem, a wcale nie resto. Postanowiliśmy jednak jakiś drink zamówić, żeby nie wyjść tak od razu, jakoś głupio, zwłaszcza, że lokal prawie pusty. Na grupkę siedzących w kącie ludzi nie zwróciliśmy początkowo uwagi. Przy zamówieniu okazało się, że można kupić piwo, ale ... co najmniej 8 sztuk. Nie wiem, co nam strzeliło do głowy, ale zamówiliśmy te 8. Tutaj muszę dodać, że nie jesteśmy jakimiś alkoholikami i były to malutkie kufle, ale jednak trochę czasu trzeba tam było spędzić. Czynnikiem decydującym była zapewne cena, alkohol w Malezji jest raczej drogi (jakieś minimum 20 zł za piwo), przy zakupie ośmiu wychodziło jakoś bardzo tanio. Baliśmy się tylko, żeby nie przynieśli tego wszystkiego na raz, co w Chinach by nikogo nie zdziwiło, ciepłe, rozgazowane piwo to tam nie problem. Na szczęście obowiązywał system kuponów, tj. zamówiliśmy, opłaciliśmy, pani wydała osiem kuponów i jak się chciało „dolewkę”, podawało się kolejny kupon. Byłoby miło, ale niestety grupka siedząca w kącie szybko się nawaliła i zachowywali się gorzej niż bydło. Większość rzecz jasna pochodzenia chińskiego. Wątpię, że byli to turyści, bo rozmawiali po malajsku. Widocznie można wywieźć Chińczyka z Chin, ale nie Chiny z Chińczyka, chociaż jestem pewna, że było to co najmniej drugie pokolenie wychowane w Malezji. Można było zwariować od tego hałasu, siedzieli blisko siebie, a darli się nieziemsko. Nie wiem, jak oni nie ogłuchli, a może już byli głusi? Krzyczeli sobie prosto do uszu. Nie słyszeliśmy własnych myśli, ani siebie nawzajem - rozmawiać się nie dało, chociaż lokal mały nie był, a my siedzieliśmy w odległej części. Barmanki były zdruzgotane, ale starały się trzymać fason - zapewne to jedyna klientela, a klient, jak wiadomo, nasz pan. Spili się do tego stopnia, że nie odróżniali już potem toalety męskiej od damskiej. Nie będę wnikać w szczegóły, a grupa w końcu wyszła (a raczej się wyczołgała) niedługo przed nami. Okropny wieczór.

Po Kota Kinabalu polecieliśmy do Brunei, a stamtąd pojechaliśmy z powrotem autobusem do Miri w Malezji, w stanie Sarawak. Miri okazało się przyjemnym miejscem, nie zostaliśmy tam jednak długo, bo robić nie było specjalnie co: w okolicy były dwa ciekawe parki narodowe, ale do jednego z nich można się dostać wyłącznie helikopterem (sic!). Wybraliśmy się więc do drugiego z nich. W środku byliśmy sami. Wspaniały, nieco wymagający trekking - przed wejściem wisi ostrzeżenie, że jest to spacer raczej dla ludzi w formie, a po drodze są wywieszone oznaczenia z kodami QR, które można skanować, żeby dać strażnikom znać, w którym miejscu się aktualnie znajdujemy. Oznaczenia są naprawdę świetne, co jakiś czas jest informacja o tym, ile czasu potrzeba, żeby wrócić do siedziby głównej i jeśli jesteśmy zmęczeni, to żeby zawracać i tak dalej. Bardziej niż zmęczeni byliśmy spoceni, bo wilgotność w takiej dżungli jest niesamowita. Mniej więcej po kilku minutach marszu człowiek się czuje, jakby właśnie wyszedł spod prysznica. Tyle, że w ubraniu. Krótkie spodenki są wygodniejsze na takie eskapady, ale jest jeden minus: pot spływa do skarpetek. W parku znajdowało się kilka wodospadów, co ciekawe, w każdym z nich można się kąpać. Stuart skorzystał z tej opcji dla ochłody, mimo że nie wiedzieliśmy o tym i nie mieliśmy strojów. Wielkiej różnicy to nie robiło, bo ciuchy i tak mieliśmy przemoczone. Właściwie można się tam kąpać nawet na golasa, bo i tak nie było innych odwiedzających - jakiś niepopularny park. Po powrocie do miejsca startu przebraliśmy się (zawsze nosimy już w takich sytuacjach jakieś suche ciuchy) i zjedliśmy coś w „restauracji” na miejscu. Było pusto, ale miło, pani nam ugotowała co miała. I to właściwie tyle ze zwiedzania w okolicach Miri.



jeden z wodospadów w Lambir Hills National Park

Przeszliśmy się jeszcze nad morze, gdzie zbudowano piękny park (plaży brak). Zasady zachowania w parku były dosyć zabawne, żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia. Mianowicie panował między innymi zakaz nieprzyzwoitego zachowania (‘no indecent behaviour’), a do zobrazowania tej zasady użyto grafiki z przekreśloną, całującą się parą ;-) Zachód słońca nad morzem był przepiękny.




słońce zaczyna zachodzić, Miri

Wieczorem wybraliśmy się na kolację. Zdążyliśmy usiąść, a koło nas zaczęto przygotowywać stół dla dużej ilości osób. Nauczeni doświadczeniem z Filipin, pomyśleliśmy, że trzeba się szybko uwijać, bo będzie jakaś duża grupa, co gorsza, być może nawet chińska (na Filipinach jak zjawiała się większa grupa w restauracji, to już nie było szans, żeby inni zostali obsłużeni). Grupa okazała się jednak być pracownikami Heineken Malaysia na wieczorku motywacyjnym. Siedzieliśmy zaraz koło nich i z jakichś przyczyn za każdym razem, kiedy wznosili toast, podawali alkohol też nam. Najpierw były jakieś szoty (Stuart wypił), potem wino ryżowe- tu się zawahaliśmy, bo Chińczycy nazywają alkohol Baijiu winem ryżowym, a tak naprawdę jest to wódka o smaku mniej więcej spirytusu zmieszanego z domestosem. Niestety, trzeba było pić, bo nalegali, ale okazało się, że faktycznie było to wino ryżowe. Nawet smaczne. Potem były kolejne szoty - barmani ustawili mniejsze kieliszki z jakimś alkoholem na większych z czymś innym i na zasadzie domina wrzucili jedne w drugie. Niezły pokaz. Nam też to zaserwowano, Stuart już miał dosyć, odmawiać nie wypadało, więc pił za nas dwoje. Po tym wszystkim dyrektor Heinekena ogłosił, że wszyscy w barze dostaną za darmo piwo. Wtedy postanowiliśmy się zmywać, a jeszcze na odchodne wcisnęli nam tego wina ryżowego. Piwo na szczęście już nas ominęło. Do tej pory nie wiem, czemu nas tak raczyli za darmo, w knajpie byli też inni turyści. W każdym razie bardzo sympatyczni ludzie. Malezja nie produkuje własnego alkoholu jako takiego, ale browary typu Heineken czy Guiness mają tam swoje oddziały. Zastanawialiśmy się, czy jacyś muzułmanie tam pracują, bo chyba im trochę nie wypada, ale to ciężko stwierdzić - żadna z kobiet nie miała chusty, a inaczej się rozpoznać nie da. Dyrektor był na pewno pochodzenia chińskiego, reszta miks - Chińczycy, Malezyjczycy, Indusi, Brytyjczycy i inni ekspaci.

Z Miri polecieliśmy do Kuchingu, które jest naszym najulubieńszym miastem w Malezji. Niestety polecieliśmy, bo stan dróg na Borneo nie jest najlepszy - odległość nie była duża, ale autobus jechałby... 14 godzin. Spędziliśmy w Kuchingu chyba 5 dni lub więcej, bo było naprawdę przesympatyczne. Pierwszego dnia znaleźliśmy miłą restaurację, gdzie Stu lubił wracać i w końcu obchodził tam przypadkowo swoje urodziny - obsługa przygotowała dla niego torcik, odśpiewali też „Happy birthday” (chyba w wersji malajskiej, nie mam pewności) z akompaniamentem gitary. Kuching znaczy po malajsku „kot”, wszędzie po mieście są rozsiane figurki tych zwierząt, jest również muzeum kotów, całkiem ciekawe.



w muzeum kotów


Z Kuchingu można się wybrać również do Parku Narodowego Bako, czego nie uczyniliśmy, bo najlepiej zostać tam na noc, żeby w ogóle jakieś zwierzę zobaczyć, a park akurat bardzo mądrze w środku sezonu przeprowadzał remont pensjonatu. Zresztą zarezerwowanie tam noclegu i tak zawsze graniczy z cudem, a wybrać się na jeden dzień, to tak właściwie na kilka godzin- dopłynąć tam można tylko łódką. Pierwsza odpływa około 8 rano, a ostatnia powrotna jest bodajże o 15. Odpuściliśmy więc i oddaliśmy się szeroko pojętemu relaksowi. Byliśmy na przykład na kręglach, w które nie grałam z 10 lat. Okazało się, że w Malezji płaci się za osobę i za grę, nie za godzinę na przykład. Poza tym zapisaliśmy się na lokalny bieg charytatywny. W tej części świata takie biegi odbywają się bardzo wcześnie rano, lub w nocy, bo w ciągu dnia jest zwyczajnie za gorąco. Stawiliśmy się na miejscu bodajże o 5:30. Całe wydarzenie było organizowane przez lokalny serwis informacyjny po raz pierwszy i było trochę niedociągnięć. Były trzy trasy: 3 km, 7 km i 12 km. Ja biegłam 7, Stuart 12. Najpierw startowały dwunastki i puścili ich chyba o 15 minut za wcześnie, nas za to za późno. Na koniec się okazało, że zamiast 7 km trasa wyniosła 6,2, a zamiast 12... 13,5 km xD Co więcej, biegliśmy podobną trasą, więc ci, którzy ukończyli 3 km, po prostu wracali piechotą na miejsce startu, zachodząc drogę biegnącym 7 km. Nic to, każdy dostał pamiątkowe koszulki, flagi, w dodatku była loteria nagród. Wiele osób nie zostało do końca, więc ci, którzy czekali, mieli zwiększone szanse na wygraną- czasem losowali po sześć lub więcej numerów startowych dla jednej nagrody, zanim znaleźli zwycięzcę na miejscu. Do wygrania były, co ciekawe, sprzęty gospodarstwa domowego, takie jak czajniki, grille elektryczne i tym podobne. Do tego zniżki do jakiejś restauracji. Nagroda główna to było bodajże 2000 ringgitów, ale nie wiem dokładnie, nie zostaliśmy aż tak długo, żeby to sprawdzić. Panie muzułmanki biegły w chustach na głowie, niektóre w specjalnych, sportowych, niektóre w zwykłych. Nam robiono zdjęcia, ale chyba nigdzie ich nie udostępniono, bo nigdy ich nie znalazłam.



uczestniczki biegu

W Kuchingu wynajęliśmy motor i trochę z duszą na ramieniu, bo ruch uliczny jest jaki jest, pojechaliśmy do rezerwatu orangutanów. Niestety lał deszcz, ale orangutany można oglądać tylko w porze karmienia w godzinach 14-16 (jeśli jakieś przyjdą po jedzenie, bo uczą się być samodzielne) i nie było wyjścia, jeśli chcieliśmy je zobaczyć, mieliśmy tylko ten dzień. Wróciliśmy przemoczeni jak kury, ale było warto. Niestety nie mam dobrych zdjęć, bo mój telefon nie robi najlepszych, zresztą żaden chyba telefon nie nadaje się do zbliżeń (zoom cyfrowy a optyczny to wielka przepaść), a co więcej do robienia zdjęć ruchliwym obiektom, takim jak zwierzęta. Przegapiłam już wcześniej zdjęcia nosaczy w Brunei i po godzinie cykania fotek orangutanom, kiedy okazało się, że może z jedno zdjęcie w ogóle wyszło, postanowiłam zakupić porządny aparat. O tym dalej.



jeden z orangutanów

Z Kuchingu polecieliśmy do Kuala Lumpur. Tutaj już nie było wyjścia, bo Kuala Lumpur jest na innej wyspie i z Borneo można tam tylko polecieć. Lot był późno wieczorem, więc w ciągu dnia nie mając co ze sobą zrobić poszliśmy do kina. Trochę się baliśmy co do dubbingu/napisów, a do wyboru było tylko „Toy story” lub „Faceci w czerni”, poszliśmy więc na to drugie. Okazało się, że film leci w oryginale, a do tego puszczają napisy jednocześnie po malajsku i chińsku. Całkiem spoko. Do KL udałam się przede wszystkim dlatego, że potrzebowałam nowego paszportu, a tutejsza ambasada polska jest uznawana za najsprawniejszą w tych kwestiach. Czy tak jest faktycznie, tu mogłabym polemizować. W każdym razie wybrałam się, aby złożyć wniosek o nowy paszport. Ambasada jest czynna kilka razy w tygodniu przez dwie godziny, zjawiłam się więc trochę przed otwarciem. Pod budynkiem stał już tłum Filipińczyków. Nie wiedzieć czemu, mnóstwo z nich chce wyjechać do Polski pracować. Nie moja sprawa, ale muszą być nieźle zdesperowani. W każdym razie próbowałam pertraktować ze strażnikiem, żeby nie stać w kolejce, bo nigdy nic nie załatwię przy takim tłumie. W końcu jest to ambasada Polski i chyba jako Polka mam jakieś prawa chociaż w tym jednym miejscu. Ostatecznie po prostu stanęłam pod bramą, kiedy oni wszyscy stali w cieniu nieopodal i weszłam i tak pierwsza. Nie zajęłam dużo czasu, bo oczywiście system nie działał i kazali mi wrócić za tydzień. Tylko mi podnieśli ciśnienie, bo nie będę siedzieć w Kuala Lumpur tydzień, musiałam się wracać tydzień później z innej miejscowości. O tym za chwilę.

W samym Kuala Lumpur w sensie turystycznym nie za bardzo jest co zwiedzać. Są oczywiście muzea, niektóre nawet za darmo, większość atrakcji jednak uszczupla portfel dosyć srogo. Wjazd na znane wieże Petronas Towers- 100 zł, Bird Park- 60 zł i tak po jednym dniu zwiedzania można zostać w samych skarpetkach. My wybraliśmy się do kilku muzeów, między innymi ciekawego muzeum o nazwie Planetarium, które bardziej niż planetom poświęcone jest astronautyce. Można poczuć, jak to jest bez grawitacji, można dosłownie usiąść na toalecie działającej jak ta w statku kosmicznym, można przymierzyć strój astronauty i wiele innych atrakcji. Poza tym przechadzaliśmy się po mieście i chłonęliśmy atmosferę. Zatrzymaliśmy się w centrum, nieopodal słynnej Petaling street (Jalan Petaling) w Chinatown, czyli chińskiej dzielnicy. Nieopodal jest też Little India, czyli dzielnica indyjska. Miasto samo w sobie jest całkiem przyjemne, acz nieco zakorkowane. Poruszanie się komunikacją miejską niestety może sprawiać kłopot - jest kilka różnych linii metra/pociągów i można zwariować, zanim się zrozumie, gdzie i jak jechać. LRT, SBK, MRT, KL Rapid, KTM komuter... Niestety nie mają wspólnych biletów, co gorsza przesiadanie się nawet w obrębie linii z tej samej „firmy” jest dziwne, bo trzeba wysiąść i zakupić kolejny bilet. Ogólny dramat. Mieszkańcy mają karty miesięczne i jakoś sobie radzą, turysta może zakupić kartę kilkudniową, ale nam się nie opłacało. Na jednorazowych żetonach poruszanie się po KL to nie lada wyczyn. Do autobusów nawet nie robiliśmy podejścia, bo też można przy tym zwariować - Rapid KL, Go Kl i inne- ale przede wszystkim przez korki nie ma to większego sensu. Poza tym w autobusach nie można kupić biletu, tylko skądś trzeba najpierw mieć kartę elektroniczną i ją doładowywać. Poruszaliśmy się często taksówkami, a raczej tutejszym uberem, bo jest tani jak barszcz. W KL wybraliśmy się jeszcze do psiej kawiarni, ale wyszliśmy zniesmaczeni- psy były non-stop dokarmiane przez odwiedzających. Był wymóg jednego zamówienia na osobę, a mimo to wiele osób przyszło, robiło tłum i męczyło zwierzęta, a obsługa nie reagowała. Żenada.



KL nocą. zdjęcie słabe, ale oddaje nieco klimat miasta: rozświetlone, kolorowe, nowoczesne

Z KL pojechaliśmy do osławionej miejscowości Malakka. Dojechać tam można autobusem i tutaj muszę powiedzieć, że mają w KL najlepszy dworzec autobusowy, jaki kiedykolwiek widziałam. Najpierw trzeba kupić bilet, można w automacie albo w okienku a reszta wygląda mniej więcej jak na lotnisku. Wstęp mają tylko pasażerowie z biletem, który skanuje się przy bramkach, a każdy autobus ma wyznaczony „gate”, czyli drzwi, przy których się czeka. Tylko skanować bagaży nie trzeba. Cały proces przebiega naprawdę sprawnie. Droga do Malakki zajęła nam około dwie godziny. Miasto jest osławione przez UNESCO i tak właściwie to wcale nie wiem czemu. To znaczy oficjalnie przez dziedzictwo kulturowe, różne grupy etniczne żyjące wspólnie, kilka różnych świątyń stojących obok siebie i tak dalej. Wspaniale, ale to wszystko jest wszędzie w Malezji. Wyjątkiem jest tutaj fakt, że Malakka była niegdyś kolonią portugalską i holenderską, poza tym ludzie łączyli się w mieszane pary i powstały grupy np. portugalsko-indyjskie, chińsko-malajskie i tak dalej, każda z własnym językiem i tradycjami. UNESCO uznało, że to wystarcza do wpisania tego miasta na ich listę, co doprowadziło do masowego najazdu turystów, w tym grup chińskich. Historyczna uliczka Jonker street została zamieniona w festiwal chińskiego badziewia i to ma być niby dziedzictwo. Na szczęście bazar wystawiają tam tylko w weekendy. Jak widać nie podobało nam się tam za specjalnie. Byliśmy tam pod koniec czerwca, kiedy akurat potomkowie Portugalczyków obchodzili święto w portugalskiej wiosce. Wybraliśmy się tam, bo nam opowiadano, jakie to wspaniałe święto, ale szczerze to nic się nie działo.



Malakka

Poza tym Malakka jest pełna okropnych riksz rowerowych, wymalowanych w dziwne wzory typu Hello Kitty i wydających okropne dźwięki. Zostaliśmy tam kilka dni, bo ja musiałam się wrócić do KL tak czy siak, a stamtąd było w teorii najłatwiej. No właśnie w teorii, bo mimo że postanowiłam jechać dzień wcześniej, to po weekendzie mnóstwo ludzi wracało do KL i biletów na autobus zabrakło. Kazano mi się stawić w ambasadzie w poniedziałek, bo we wtorek było święto i nic bym nie załatwiła, a nie chcieliśmy siedzieć w KL albo okolicy w nieskończoność. Musiałam więc obrać dłuższą i droższą trasę autobusem jadącym w okolice KL, na lotnisko, stamtąd zaś podjechać do centrum autobusem lotniskowym. Korki były tak nieziemskie, że zamiast 2h jechaliśmy ponad 5. Nawet o 22 były jeszcze korki na trasie poza miastem. Z dworca w centrum do hotelu jechałam już taksówką, bo było bardzo późno a nie miałam już sił na metro, generując tym samym dodatkowe koszty na poczet paszportu. Ktoś może spytać, czemu po paszport nie pojechałam do Polski. Otóż bilet do Polski jest droższy, niż wszystkie koszty jakie tu poniosłam razem wzięte (a tanio nie było), poza tym w Polsce musiałabym czekać miesiąc, nie wiadomo co robiąc. Tutaj czekałam prawie dwa, ale mimochodem ;-) Zdążyłam przez ten czas objechać Tajlandię i Indonezję. Wracając do ambasady, jak się pojawiłam za drugim razem też już stał tłum Filipińczyków i tym razem grzecznie stanęłam w kolejce. Tutaj muszę dopisać, że ambasada w Kuala Lumpur działa na Malezję, Brunei i Filipiny. Na Filipinach od nowa się otwiera polska ambasada, ale jakoś długo im schodzi i po wizy muszą lecieć aż do Malezji. Pani odpowiedzialna za nadzorowanie kolejki wypatrzyła mnie w tłumie (trudno nie było) i okazało się, że faktycznie Polaków kolejka nie obowiązuje. Znowu więc weszłam pierwsza i przynajmniej upewniłam się, że poprzednio wcale nie zachowałam się chamsko. Wszyscy „wizowi” umawiają się co najmniej z miesięcznym wyprzedzeniem na konkretną godzinę, żaden Polak by nie miał szans nic załatwić. W każdym razie udało mi się złożyć wniosek i odciski palców i kazano mi czekać 5-7 tygodni. Czekałam cierpliwie, ale nie dawali znaku, zbliżał się czas wyjazdu z Indonezji i zaczęłam się trochę niepokoić. Tym bardziej, że wymieniałam paszport, bo w każdym kraju w okolicy wymagana jest ważność co najmniej pół roku. U mnie to mniej niż pół roku nastąpi już za kilka dni, a poza tym w niektórych miejscach jak Wietnam trzeba aplikować o wizę przed przyjazdem. Tak czy siak, paszport był mi potrzebny na dniach. Wysłałam maila, bez odzewu. Zadzwoniłam, odebrali jacyś ... Indusi? W każdym razie na infolinii polskiej ambasady nikt nie mówi po polsku, taka niespodzianka :-) Po telefonie na szczęście konsul mi wreszcie odpisał, że paszport jest, więc po niego przybyłam. Dalsza część tej historii będzie pod koniec postu.


Z Malakki udaliśmy się na polecaną nam przez lokalsów wyspę Penang. Zaskoczyła nas tam ilość turystów. Wyspa jak wyspa, całkiem przyjemna. Kilka dni spędziliśmy w cichym miejscu, nieopodal parku narodowego i wioski rybackiej. Zwiedzać było co, wybraliśmy się między innymi do ogrodu przypraw, gdzie pokazano jak rosną różne rośliny i przyprawy, był też ogródek z truciznami. Bardzo ciekawe miejsce.



bananowiec




krzak ananasa :) tak jest, ananasy nie rosną na drzewach!

Poza tym wybraliśmy się na nocną wycieczkę do parku narodowego. Oczywiście z przewodnikiem. Byliśmy tylko we dwoje, przewodnik twierdzi, że to niepopularna godzina na zwiedzanie, zwłaszcza dla lokalsów- ponoć boją się duchów! Liczyliśmy na jakieś węże, pająki czy inne nocne stwory, ale skończyło się na świetlikach, różnych insektach i jakimś spłoszonym lisie, który przebiegł tak szybko, że zauważył go tylko Stuart. Z przygód to coś wleciało mi do ucha i darłam się wniebogłosy, bo to strasznie boli, jak taki owad się pcha do środka i bzyczy w uchu. Potem miałam cały czas wrażenie, że to coś nie wyleciało i siedzi mi w uchu, masakra. Chłopaki mi nalali wody do środka, obejrzeli przy latarce i uznali, że wszystko ok. Ucho mnie bolało jeszcze kilka dni, ale nic poważnego się nie stało. Gorzej było następnego dnia z moim żołądkiem. Mieliśmy się wybrać na dzienny trekking inną trasą w tym samym parku, ale niestety w drodze dopadły mnie straszne bóle brzucha i musieliśmy zawrócić. Resztę dnia spędziłam w toalecie :/ Jeden dzień więc przepadł. Przemieściliśmy się potem do Georgetown, które również jest miastem UNESCO, ale tym razem moim zdaniem na to zasługuje. Wspaniała architektura. Niestety również jest pełne turystów, zwłaszcza chińskich, ale również malezyjskich. Zrobienie zdjęcia zakrawa o cud. W ogóle w dobie instagramu wszyscy są nagle influencerami albo co, nie wiem, ale robią sobie zdjęcia na tle dosłownie wszystkiego. Nie wiem po co komu zdjęcie na tle każdego możliwego murala na przykład. Mnie interesuje sam mural, po co mam przed nim pozować? Żeby udowodnić, że się tam było? Do tego mają mnóstwo innych zdjęć.



jeden z wielu murali w Georgetown, autorstwa litewskiego artysty

No ale fotki są cykane wszędzie i to dotyczy niemalże każdego zabytku, ludzie dosłownie cmokają z niezadowoleniem jak się im wejdzie w kadr. Zabytek jest do zwiedzania i jak płacę za bilet i chcę pozwiedzać, to mam do tego prawo takie samo jak każdy inny turysta. Nie po to tam idę, żeby nic nie obejrzeć, bo inni chodzą tylko po fotki. Ale ludzie się rozwalają np. w wejściu na 5 minut i pozują na schodach do pięćdziesięciu zdjęć. Najzabawniejszym miejscem „sesyjnym” do tej pory był jednak ... śmietnik przy ulicy w KL, gdzie jakaś Chinka miała robioną sesję. Może coś nas ominęło, na wszelki wypadek spytałam Stuarta, czy może też chce fotkę przy śmietniku, ale jakoś nie chciał ;-)

A propos zdjęć, to właśnie w Georgetown zakupiłam aparat z super zoomem i jestem bardzo zadowolona. Zupełnie inna jakość zdjęć, chociaż mój telefon wcale tragiczny nie jest, ale to jednak nie to samo.
W czasie, gdy byliśmy w Georgetown, trwał akurat festiwal miasta. Bardzo ciekawe wydarzenie. Do udziału zaproszeni są przedstawiciele wszystkich grup etnicznych. Można się zapoznać z ich kulturą. Każda grupa miała swoje stanowisko, gdzie prezentowali tańce, tradycyjne wyroby itp. Zwiedzający dostali przewodnik-książeczkę z objaśnieniami. Generalnie uważam, że wszystko było świetnie zorganizowane. Ludzie się wspaniale bawili. Nagrałam chyba tylko jeden filmik, z sikhijskiego stoiska, gdzie przygrywała pendżabska grupa, a ludzie tańczyli w kółeczku :-) Turyści, lokalsi, Indusi, Sikhowie, Chińczycy... Wszyscy razem. Wydarzeń było więcej, bo całość chyba trwała ze 2 tygodnie, my byliśmy tylko kilka dni.

Wybraliśmy się również na Penang Hill, ale wyprawa była chyba trochę zbyt późno - w takie miejsca chodzi się chyba nad ranem, około 5 rano. My byliśmy chyba około 11 i było tak gorąco, że każdy krok był męczarnią. Ledwo wleźliśmy chyba do połowy tego pagórka (a było niełatwo) i postanowiliśmy wracać. Na wzgórze można wjechać kolejką, ale ceny dla Malezyjczyków i obcokrajowców znacząco się różnią- lokalesi 5 zł, obcy 30 zł. Dziękuję bardzo. Po drodze spotkaliśmy wielu Malezyjczyków, na szczęście oni też byli zmęczeni, więc nie wyszliśmy na frajerów, po prostu było gorąco. Oprócz wędrowców, na Penang Hill mieszka trochę ludzi, a niektórzy mają też działki. Jedna pani uprawiająca tam owoce dała nam trochę limonek prosto z drzewka, żebyśmy sobie wcisnęli do wody na orzeźwienie. Bardzo miło. Doszliśmy do stacji środkowej, trochę odpoczęliśmy i uznaliśmy, że jak wleźliśmy, to i zleziemy i tak też uczyniliśmy. Inną trasą, schodami w dół. Po drodze w dół spotkaliśmy grupę buddyjskich mnichów wchodzących do góry, ale byli tak zziajani, że nawet nie odpowiadali na nasze pozdrowienia.

W Georgetown znajduje się też z ciekawych w miarę rzeczy świątynia węży. Nie było dane nam jej odwiedzić, bo nikt nie potrafił nam wytłumaczyć, jak tam dojechać komunikacją miejską. Potem przeczytałam w internecie, że wszystkie węże tam są pozbawione kłów i jakoś nie żałowaliśmy, że nas tam nie było.

W Georgetown trafiliśmy też przypadkowo na ciekawe (z socjologicznego punktu widzenia) miejsce w postaci sklepu z alkoholem, który wystawił plastikowe krzesełka na terenie dookoła sklepu i działa jak bar. Sprzedają alkohol tanio jak barszcz i non stop walą tam straszne tłumy. Mówiąc "tanio jak barszcz" mam na myśli na pewno poniżej ceny zakupu i na pewno o wiele taniej niż w jakimkolwiek innym sklepie. Wpadliśmy tam jednego wieczoru i przysiedli się do nas bardzo mili panowie. Przegadaliśmy parę godzin, chociaż nie zawsze szło się dogadać. Jeden z nich był etnicznym Chińczykiem i słabo mówił po angielsku (zresztą trochę seplenił, bo brakowało mu zębów, więc ciężko było go zrozumieć). Drugi był Malajczykiem i byli kumplami, poznali się w tym pubie/sklepie. Wiek gdzieś tak 50+, ale fajnie się rozmawiało. Polecili nam popłynąć na wyspę Langkawi, co i tak już mieliśmy w planach. Popłynęliśmy tam dwa dni później. Langkawi słynie z tego, że jest wyspą duty-free, czyli bezcłową. W teorii ma tam być niby tanio, w praktyce chyba tylko alkohol jest tani. Poza tym Langkawi ma jedyną piaszczystą plażę z prawdziwego zdarzenia, jaką widziałam w Malezji. Można tam uprawiać różne sporty wodne i inne, typu paralotniarstwo. Nie znam się na cenach takich atrakcji, ale wydawało mi się drogo- bodajże 300 zł od osoby to minimum za cokolwiek.






Langkawi


Z atrakcji były też wycieczki łódkami, ale wynajęcie łódki było w jakichś horrendalnych cenach typu 350 zł za godzinę, a wycieczka minimum 3h. Bez jaj. Wypożyczyliśmy motor, objechaliśmy wyspę, trochę połaziliśmy. Wybraliśmy się też na farmę owocową, ale to było raczej nietrafione. Nie można tam chodzić, nie ma żadnych objaśnień, nikt nie tłumaczy nic o uprawie owoców, trzeba się więc szybko rozglądać dookoła, żeby dojrzeć nazwę drzewa jadąc samochodem (obwózka w cenie biletu wstępu). Na początku jest próbowanie owoców, ale żadnych prawdziwie egzotycznych nie oferują, raczej arbuzy itp. Jest kilka przystanków np. na karmienie przekarmionych już dawno ryb albo na zdjęcie z jakimś ananasem (obowiązkowe, panu przewodnikowi nie można było odmawiać, karnie pozowaliśmy). Całość trwała z pół godziny i wyszliśmy jedynie biedniejsi o 30 zł x 2, wiedzy nie zdobyliśmy żadnej. Chociaż widoki były.



na farmie owocowej

I to koniec naszej podróży po Malezji. Nie wiedzieliśmy co ze sobą począć dalej, bo Indonezja nam jakoś wypadła z trasy- mieliśmy tam popłynąć z Malakki, ale jakoś nie wyszło, bo pojechaliśmy dalej. Stąd już połączeń nie było. Udaliśmy się więc do Tajlandii, oddalonej o jakieś półtorej godziny drogi łódką z Langkawi. O Tajlandii będzie kiedyś oczywiście osobny wpis.

Piszę te słowa znów siedząc w Kuala Lumpur, gdzie przyjechałam odebrać paszport. Jak zwykle było pod górkę - paszport jest, ale jako że przyjechałam z użyciem innego paszportu, muszę załatwić pozwolenie na wyjazd. Konsul poinformował mnie o tym dopiero przy odbiorze. Myślałam, że po prostu pokażę dwa paszporty przy wyjeździe, podstemplują i tyle. A tu figa. Urząd imigracyjny, do którego miałam się udać, znajduje się około godziny drogi od miasta. Miałam się tam udać z wydrukowanym biletem i oczywiście plikiem banknotów, bo za darmo jak wiadomo nic nie ma. Tym sposobem władowałam się w kolejne koszty. Papierek pozwalający mi na wyjazd ma kosztować około stu złotych, plus dojazdy... Konsul łaskawie wydrukował mi bilet lotniczy, który, chyba nie muszę dodawać, miałam na następny dzień. Tak więc rozpoczęłam wyścig z czasem, niestety skończyło się to wynikiem 1:0 dla czasu, bo zanim znalazłam (działający) bankomat i zamówiłam taksówkę, była godzina 15:30. Urząd otwarty do 17 bądź 17:30, oddalony o godzinę drogi, ale korki były tak nieziemskie, że zamówiona taksówka nawet się nie poruszała. Serio. Zrezygnowałam i postanowiłam uderzyć, w sensie dosłownym, do urzędu następnego dnia z rana. Otwierają o 7:30, lot jest o 11:50, lotnisko oddalone od urzędu o 30 km. Co może pójść nie tak? (Oprócz tego, że wszystko). Wściekła i niepocieszona wizją przepychania się przez tłum nielegalnych imigrantów, przez których w ogóle muszę te papierki zdobywać, bo ponoć to przez ludzi udających, że "zgubili" paszport to wszystko, poszłam spać. Chociaż spać i tak nie mogłam z nerwów, bo się naczytałam, że to wbicie stempelka do nowego paszportu może zająć co najmniej 2 godziny i to jeszcze liczone od momentu, kiedy z kolejki się dostanie w ogóle do okienka. Na szczęście znalazłam jakieś dokładniejsze informacje z instrukcją, co robić i gdzie iść, na stronie ... ambasady USA w Malezji. Adres, który dostałam od pana konsula nie był poprawny. Przewracając się w łóżku układałam różne scenariusze i postanowiłam, że jeśli się nie uda z tym papierkiem, to po prostu pojadę na głupa na lotnisko i udam, że nie wiem o co chodzi. Inne warianty zakładały płacz i błaganie na Allaha, a nawet argumenty na "horom curke" czekającą na mnie w Kambodży. Wariantów, które obmyśliłam było jeszcze kilka i żaden nie zakładał zachowania godności człowieka. Co gorsza, zaczęłam googlować przypadki zatrzymania ludzi przez celników malezyjskich na lotnisku i zrobiło mi się jeszcze gorzej, bo nie wahają się oni aresztować nikogo nawet z błahych powodów (ostatnio jeden Singapurczyk siedział 48h w więzieniu za próbę wjazdu na paszporcie ważnym 5, a nie wymagane minimum 6 miesięcy). Wcale mi to nie pomogło zasnąć. Po około trzech godzinach snu zerwałam się z rana o 6, obudziłam drzemiących na dole recepcjonistów, żeby się wymeldować i zamówiłam taksi, znaczy Grab (taki uber). Jak to zwykle bywa, kiedy się człowiek spieszy, taksa lawirowała w okolicy przez ponad 20 minut, nie dając znaku życia, aż się zdenerwowałam i anulowałam przejazd. Zamówiłam następny i znów to samo, tym razem kierowca był rozmowny i wprost mi powiedział, że ulice są zamknięte i do mojego hotelu nie da się dojechać. Zaproponowałam, że gdzieś podejdę, choć nie bardzo wiedziałam gdzie, ale jakaś większa ulica była nieopodal przy stacji metra. Kazał mi jednak czekać pod hotelem, zaparkował w okolicy i po mnie przyszedł. Pan się okazał mieć serce ze złota. Szybko się zgadaliśmy i pan kierowca postanowił mi pomóc. Było już bardzo późno, bo ruszyliśmy chyba o 7:30, akurat wtedy, gdy otwierali już biuro imigracyjne i dawno powinnam tam być. Lot był, przypominam, o 11:50. Ja cała w nerwach, pewna, że nie zdążę na samolot i muszę kupić następny lot i wywalić kolejną kasę przez biurokrację i niekompetencję różnorakich urzędników (w tym pracowników polskiej ambasady), pan za to mnie uspokajał, że damy radę. Istniała szansa, że z pomocą kierowcy się uda, zastanawiałam się tylko ile mnie to wszystko może kosztować, skoro on chce na mnie czekać w urzędzie i zawieźć mnie na lotnisko.




kiedy siedziałam pod hotelem jak ostatnia sierota, krążył wokół mnie zdziwiony kot. wydawał się pytać wzrokiem, co ja tam w ogóle robię ;-)

Od momentu pojawienia się pana kierowcy i jego optymizmu, wszystko zaczęło się jakoś układać. Po drodze dostałam sms od linii lotniczych z informacją, że mój lot jest opóźniony o godzinę, dzięki czemu w razie czego mogę zmienić lot na jakikolwiek inny za darmo. Wiedziałam jedno, jeśli dziś nie dostanę tego świstka (czwartek) to muszę tu kisnąć co najmniej do poniedziałku, bo od jutra są obchody dnia niepodległości. Póki co cisnęliśmy, żeby zdążyć na 12:50. Pan działał bardzo sprawnie. Bodajże około 8:45 zajechaliśmy do wydziału do spraw imigracji. Pozostało jeszcze znaleźć odpowiednie sale i okienka. Pan miał rację, mówiąc po malajsku oczywiście można załatwić wszystko szybciej. Rachu-ciachu znalazłam się bez kolejki przy właściwym okienku. Musiałam zrobić kopie paszportu (o dziwo ksero było w normalnej cenie), po dwa razy składać odciski palców i mieć zrobioną fotkę. Dałam im też potwierdzenie lotu. Potem musiałam pobrać numerek, ludzi było sporo, ale byłam jakimś dziwnym trafem druga w kolejce. Co jakiś czas mnie wołano po imieniu bez kolejki. Już sama nie wiem, co oni tam robili, ale w końcu mi dali jakiś świstek i kazali iść do kasy. Ucieszyłam się, że można płacić kartą, bo nie miałam przy sobie wiele gotówki, a trzeba było jeszcze opłacić drivera. Niestety, jak to bywa w takich miejscach, logika nie obowiązuje i w wydziale obsługi obcokrajowców akceptowane są tylko lokalne karty płatnicze. Wspaniale, nie ma co. To mój drugi ulubiony urząd "przyjazny petentowi", zaraz po wydziale obsługi obcokrajowców w naszej wspaniałej ojczyźnie, gdzie nikt nie mówi po angielsku i każda pani Halinka na widok obcokrajowca wyskakuje z jakże miłym "tu jest Polska, mówimy po polsku". Żenada zalewa mi klawiaturę jak to piszę. W każdym razie nie wiedziałam, ile jeszcze mój paszport będzie "procesowany", więc zdecydowałam się poprosić support AirAsia o zmianę lotu na kolejny o 14:55, co o dziwo się udało i obeszło się bez większych scen. Po tym, jak zapłaciłam, wydano mi jakieś kolejne świstki i wreszcie zwrócono oba paszporty. Wszystko zajęło około godzinę.



ten wpis kosztował mnie stówkę. był jeszcze dołączony dokument w formacie A4, ale nie mam fotki.


Wtedy zaczęła się kolejna farsa z poszukiwaniem bankomatu. Albo nie akceptowały mojej karty, albo nie miały kasy, albo nie dało się nigdzie dostać, bo ulicą szła próbna parada przed jutrzejszym świętem niepodległości... Pan kierowca cierpliwie mnie wiózł po okolicy, aż znaleźliśmy wypłacalny bankomat. Żartował sobie, że po tych wszystkich przeżyciach powinnam napisać książkę lub bloga. Wspomniałam, że mam takiego mini bloga dla znajomych i na pożegnanie zrobiliśmy sobie wspólną fotkę :-) Normalnie nie robię selfie i nawet nie wiedziałam, że mój telefon robi takie beznadziejne. Wygląda jak robione kartoflem, ale jest.




z panem kierowcą


Na lotnisku karuzela tego pecha oczywiście się nie mogła jeszcze zatrzymać. Miałam jeszcze trochę czasu do odlotu (byliśmy na lotnisku przed 11). Potrzebowałam poczty i według stron internetowych zarówno Pos Malaysia jak i lotniska poczta znajduje się na terminalu nr 2. Niestety na żywo poczta ta nie istnieje i według obsługi terminala również nie. W internecie natomiast jeszcze dwa dni temu ktoś sobie robił zdjęcia pod tą placówką. Zagadki nie rozwikłałam, zrezygnowałam i udałam się na odprawę. Jak mogłam się spodziewać, celnik nie miał pojęcia co ja mu w ogóle pokazuję za dokumenty. Pewnie gdybym przyjechała bez tego i pokazała mu tylko dwa paszporty, to by mnie przepuścił. Ale znając życie wtedy byłby inny celnik i awantura. Po naradzie z innymi celnikami wreszcie mnie puścił, zatrzymał sobie tylko jeden ze świstków.


Ile to wszystko kosztuje?

Cholerny paszport kosztował mnie łącznie z tysiąc złotych, w nerwach o wiele więcej. Wciąż taniej niż gdyby lecieć do Polski, choć zastanawiam się, czy nie łatwiej by było tego wszystkiego załatwić np. w Bangkoku.

Przez około miesiąc w Malezji wydaliśmy podobną kwotę, co na Filipinach. Generalnie na każdy kraj w Azji Płd-Wsch trzeba liczyć wydatek około 1000 USD/miesiąc/osobę. Czemu więc narzekam, że trochę drogo? Bo za te pieniądze zwiedziliśmy i zdziałaliśmy o wiele mniej.

Tanie były hotele, w dodatku całkiem przyjemne. Najtańszy hotel to chyba było jakieś 30 zł za dobę i w dodatku był całkiem porządny jak na hotel budżetowy.


przykładowe ceny:


wynajęcie skutera - ok. 40 zł/ dzień
parking dla skutera - ok. 50 gr
benzyna- ok. 2 zł/ litr
butelka wody - 10 groszy za litr w dostępnych wszędzie automatach do napełniania butelek wielorazowych!
kawa- 1-15 zł (ta za 1zł to nescafe z proszku)
pranie i suszenie, ładunek max 7kg - 10-15 zł
obiad - 5- 50 zł
piwo - 18-30 zł 
rejs łódką - 35- 70 zł, w zależności od odległości i klasy
autobus międzymiastowy - 10-30 zł, w zależności od odległości
taxi - średnio 10 zł
bilet na metro - 1,5 zł do około 4,5 zł
bilet na autobus - 1- 2 zł

Co nas zaskoczyło?

Właściwie to chyba nic, może tylko to, że nikt się za bardzo nie przejmuje nawoływaniami i modlitwami w meczecie. Nikt też nie modli się publicznie, a w pokojach modlitewnych (dostępnych na lotniskach, dworcach itp.) sporadycznie można kogokolwiek zobaczyć.
Może jeszcze ilość kotów. Psy, jak wiadomo, są niemile widziane w kulturach muzułmańskich. Koty natomiast wylegują się wszędzie.



Kot patrzący na mnie z wyrzutem, stacja metra

Na co trzeba uważać?

Jeśli ktoś pomyślał, że na islamskich terrorystów, to wygrał konkurs na rasistę i islamofoba ;-) A uważać trzeba na spadające z drzew owoce (zwłaszcza kokosy!) i dziury w chodnikach. Mówię serio, chodniki są często niezadbane, rozwalone, studzienki ściekowe ledwo przykryte albo i nie, a ulice nieoświetlone. Można się władować w niezłe bagno i to w sensie dosłownym, albo co najmniej złamać nogę. Żeby nie być gołosłowną załączam zdjęcie przypadkowego chodnika w KL. Tak jest niemalże wszędzie.




Dla kogo Malezja?

Dla każdego chętnego ;-) Wiele widzieliśmy tutaj rodzin z dziećmi na wakacjach, również Polaków. Moim zdaniem to bardzo fajne miejsce na wakacje z dziećmi, tylko trzeba się przygotować na koszty.
Borneo to miejsce dla miłośników przyrody, Langkawi dla plażowiczów, Georgetown dla miłośników sztuki... Każdy znajdzie coś dla siebie.

Do poczytania:
Właściwie to jedyne książki, jakie znam o Malezji, są tylko o Borneo.

1. Redmond O’Hanlon - „W sercu Borneo”. Pozycja dosyć leciwa i nieaktualna, polecam wyłącznie zainteresowanym etnografią i dżunglą zapaleńcom. O’Hanlon pisze z humorem, krótka lektura.

2. Alicja Kubiak, Jan Kurzela- "Indonezja. Ludożercy wczoraj i dziś". Tak, wiem jaki jest tytuł, jest niestety mylący, bo oprócz Indonezji autorzy odwiedzają też Malezję i Brunei. Są tu bodajże dwa rozdziały o Borneo, w tym o Miri i Kuchingu. Nic ciekawego. Książka słaba, treść na poziomie tego bloga, albo jeszcze gorsza.


Do obejrzenia:

‘Frontier Borneo’ - Wspaniała seria dokumentalna zrobiona przez Discovery Channel. Wszystkie odcinki dostępne na YouTube, niestety wyłącznie po angielsku. Polecam z całego serca, nie jest to żaden nudny film przyrodniczy okraszony głosem Krystyny Czubówny. Film dokumentuje zmagania różnych specjalistów walczących o ochronę przyrody i poprawę losu zwierząt na Borneo. Odwalają kawał dobrej roboty, próbując naprawić to, co inni przedstawiciele gatunku homo (niekoniecznie) sapiens spieprzyli. Bardzo żałujemy, że nie udało nam się odwiedzić wszystkich pokazanych tam miejsc.

wtorek, 30 lipca 2019

Filipiny - podsumowanie

Filipiny to chyba najmilszy kierunek, jaki obraliśmy do tej pory. Według Stuarta to jego ulubione miejsce na Ziemi, ze wszystkich krajów, które odwiedził, wracałby ciągle na Filipiny. Szczerze mówiąc trochę mnie to zdziwiło, ale przyznaję, że kraj to niewątpliwie piękny i na pewno jeszcze tam wrócimy. Chociażby na wyspę Palawan, gdzie wciąż chciałabym nauczyć się nurkować.

Teraz trochę o tym, co nas zaskoczyło.
1. Małżeństwa mieszane
Nie wiem, czy słyszeliście o fenomenie tajskich panien młodych (Thai brides), które swego czasu można było „zamówić z dostawą” do Europy czy innych miejsc na świecie. Nadal się da, ale teraz istnieją internetowe agencje matrymonialne oraz mężczyzn stać na podróżowanie, więc przyjeżdżają do Azji, aby znaleźć wybrankę na miejscu. Filipiny są obecnie na topie w tej materii. Widziałam na YouTube dokument (dość smutny) o mężczyznach szukających w ten sposób żon w krajach, gdzie jest więcej kobiet, np. na Ukrainie. Z jakichś powodów kobiety Wschodu są uznawane za lepsze żony. Nie będę się nad tym rozwodzić, w każdym razie wiele Filipinek ma zagranicznych mężów, głównie Amerykanów, Australijczyków i Brytyjczyków. Zdecydowanie o wiele starszych, niejednokrotnie o więcej niż 30 lat. Czy są to małżeństwa z miłości, można by dywagować, ale nie moja to sprawa. W każdym razie jest ich ogromna ilość, bardzo nas to zaskoczyło.
2. Kulejąca matematyka
Filipińczycy są tragiczni w liczeniu. Wiele razy zbierałam szczękę z podłogi. Raz, kiedy próbowałam się dowiedzieć o cenę prania i pani nie wyrażała się jasno, czy 70 pesos za jeden kilogram, czy za trzy, więc poprosiłam o wycenę dla pięciu kilo. Pani wyjęła kalkulator i pomnożyła 5x70 = 350. Jeśli to był dla mnie szok, to nie wiem jak nazwać to, co przeżyłam w sklepie, gdzie pani na kalkulatorze liczyła cenę napojów: 30+20=50. Może nie jestem jakimś orłem, ale to są naprawdę podstawowe działania matematyczne... Efekty nieobowiązkowej edukacji (chyba dopiero 10 lat temu to zmienili, ale i tak nikogo nie da się zmusić do nauki). Co za tym idzie, wielokrotnie wydawano nam źle resztę, zazwyczaj na naszą korzyść, ponieważ nikomu nie chciało się dokładnie liczyć, o czym w następnym punkcie.
3. Lenistwo
Ludziom się zwyczajnie nic nie chce. W wielu knajpach sami musieliśmy się fatygować po menu, potem podejść do kelnera, żeby zamówić. Stuart się kilka razy wkurzył i mruczał pod nosem, że może mamy sobie też sami iść i ugotować ;-) Obsługa często ma wyraz cierpienia na twarzy, kiedy ktoś wchodzi do pustego lokalu; trzeba się ruszyć, no i po cooooo to komu. Zdarzało nam się wyjść z restauracji, bo nie było szans na jakąkolwiek obsługę. Czasami zostawialiśmy sobie duży zapas czasu np. na śniadanie przed wyjazdem, bo na każdy ruch kelnera trzeba było liczyć po 20 minut. Nie ma znaczenia czy lokal jest pusty, czy pełen ludzi; tempo jest tak samo ślamazarne, mina zbolała, a rachunek źle wystawiony, bo nawet menu się nie chce otworzyć, żeby sprawdzić ceny. Wiele razy też nie dostaliśmy wszystkiego, co zamówiliśmy, bo nie zapisali całego zamówienia i zapomnieli. Raz, po tym jak na obiad czekaliśmy gdzieś godzinę, poszłam anulować zamówioną jeszcze jedną rzecz (chyba sałatkę), w razie, gdyby trzeba było kolejną godzinę na nią czekać. Pani mnie natomiast poinformowała, że nic takiego nie zamawiałam. No i problem z głowy. To nie ona się pomyliła, to ja mam urojenia ;-) Ludzie generalnie mają wszystko w dupie i nie zależy im na klientach. Tylko raz czy dwa ktoś próbował się ze mną targować. Jak mi się nie podoba cena, to mam się bujać i nie zawracać głowy, o.
4. Brak ustalonych przystanków autobusowych
W miastach brak jest transportu publicznego, więc korzysta się z jeepneyów, przerobionych amerykańskich jeepów z dwiema ławkami w środku, które zatrzymują się, gdziekolwiek pasażer sobie zażyczy (na ustalonej trasie). Wystarczy krzyknąć lub zapukać w dach. Tak samo można jeepneya zatrzymać gdzie bądź, wystarczy zamachać. Dalekobieżne autobusy działają na tej samej zasadzie. Jedyna rzecz, której nie mogę zrozumieć, to to, że w obrębie jednej wioski ludzie nie gromadzą się w jednym miejscu. Autobus zatrzymuje się dosłownie co kilkanaście metrów, bo nikomu się nie chce zrobić kilku kroków. Przez to wszystko czas podróży się wydłuża, ale nikomu nie wydaje się to dziwne. Pięć przystanków w jednej wiosce? Czemu nie.
5. Jedzenie
Moda na fast food, o której już wspominałam. Hamburgery to jakieś zwykłe bułki z podłym, cieniutkim kotlecikiem w środku, o sosach lub warzywach można zapomnieć. Wśród sieci fastfoodowych króluje lokalny Jollibee, notabene całkiem przyjemne miejsce. Serwują spaghetti, jakieś kiełbasy i hamburgery na modłę amerykańską. Tanio.
6. Brak sprzątania/housekeeping
Tylko w dużych, sieciowych hotelach można się spodziewać codziennego sprzątania i wymiany ręczników. W większości miejsc, w których nocowaliśmy, sprząta się tylko po wymeldowaniu gości.
7. Bezpańskie psy
O tym też już wspominałam. Jest to niestety duży problem, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach. Rządowe plakaty trąbią o wściekliźnie, więc trzeba uważać.
8. Dziwne toalety
Toalety w Azji bywają dzielone na „wschodnie” (kucane) i „zachodnie” (siadane). Na Filipinach poszli o krok dalej i zrobili miks ;-) Nie wiadomo jak z tego korzystać. Są to mianowicie toalety w stylu zachodnim, ale ... bez deski sedesowej. Spłuczki też często brak i trzeba polewać z wiadra, które zawsze jest w toalecie wraz z mniejszym jakby „rondelkiem” do polewania i kranem. Zdarzało się to nawet w pensjonatach.
9. Transwestyci
O tajskich ladyboyach wszędzie głośno, ale po Filipinach nie spodziewałam się tak wysokiej liczby transwestytów. Jest to wszak kraj katolicki, tzn. świecki w takim samym stopniu jak Polska, czyli wiadomo. Na początku nie wiedziałam, gdzie podziać oczy, człowiek z Europy Wschodniej i nieprzyzwyczajony. Zawsze gdzieś się kołatał we mnie lęk, że zaraz wyskoczy jakiś kark i będzie zadyma. Otóż nie, transseksualiści i szeroko pojęte środowisko LGBT jest jak najbardziej powszechnie akceptowane. Ponoć nigdy nie było to problemem i nawet nadejście chrześcijaństwa tego nie zmieniło. Podstarzali panowie na „wakacjach” często się ostrzegają, żeby uważać na „chłopców w przebraniu”, ale chyba trzeba być ślepym, żeby tego nie zauważyć (chociaż w ich wieku już wzrok nie ten). Większość się stara za bardzo i próbują chodzić w szpilkach na niemożliwym obcasie, mają obciachowy makijaż, no i głos ciężko zmienić... Niektórzy faceci nawet nie zapuszczają włosów, jeden pan (pani?) paradował z makijażem i kobiecym ubraniem w połączeniu z typowo męską łysiną a la placek na środku głowy ;-) Nie wiem, jak do końca wygląda sytuacja LGBT prawnie, ale wydaje się, że jest to jeden z najbardziej tolerancyjnych krajów na świecie w tej kwestii.
10. Pralnie
Wygląda na to, że nikt nie ma pralki w domu. W miastach na każdym kroku można znaleźć pralnie samoobsługowe w amerykańskim stylu, tj. pralki i suszarki bębnowe. Można wszystko zrobić samemu, albo zostawić pranie obsłudze i za drobną opłatą dostarczą je do hotelu, kiedy będzie gotowe. Tylko raz robiliśmy pranie ręczne, bo przyjechaliśmy do miasta późno i pralnie już się zamykały, a w kolejnym miejscu (małe miasteczko) nie było pralni. Oferowano nam usługi siedem razy droższe niż normalnie i podejrzewamy, że było to pranie ręczne, które możemy sobie zrobić sami. I tak też uczyniliśmy. W niektórych miejscach pranie jest ważone, w niektórych płaci się za cały załadunek. Zazwyczaj maksimum 7 lub 10 kg, większość pralni wygląda tak samo i są to pralki na 7kg.

Ile to wszystko kosztuje?
Przez 29 dni wydaliśmy około 3750 zł, wyłączając jeden lot wewnętrzny w cenie 330 zł. Daje to razem kwotę około 140 zł na dzień i jest to póki co najtańsze miejsce na naszej liście. Na pewno da się taniej, na pewno można o wiele drożej. Spaliśmy w miejscach raczej tanich. Nie szlajamy się po Hiltonach, bo bylibyśmy w podróży przez siedem dni, a nie miesięcy; jedynym naszym wymogiem jest czystość, cisza i prywatność. Żadnych hosteli, imprez i tego typu rzeczy. Ceny za dobę zaczynały się już od 30 zł - tyle zapłaciliśmy za nocleg w pokoju dwuosobowym z prywatną łazienką oczywiście, w hotelu o słabym standardzie. Było czysto i nic poza tym. Najlepszy nocleg, w domku na plaży, kosztował nas ok. 90 zł. Najdroższy zaś kosztował 100 zł za dobę, również bungalow, ale nie na samej plaży. Najmniej wydaliśmy na zwiedzanie. Filipiny nie są najbogatsze, jednak ceny są dla wszystkich takie same, podczas gdy wiele krajów w regionie ma osobne ceny dla rodaków i obcokrajowców. Wiele wstępów jest w ogóle za darmo, albo za jakąś symboliczną opłatą typu 75 groszy - 1 zł.
Pozostałe przykładowe ceny:
wynajęcie skutera - ok. 25 zł/ dzień
parking skutera - średnio 50 gr, jeśli w ogóle pobierano opłaty
benzyna- ok. 4 zł/ litr
butelka wody - 1,5 zł
kawa- 4-5 zł
pranie i suszenie, ładunek max 7kg -  10-12 zł
obiad -  5- 25 zł
piwo - 3-4 zł 
bilet na prom, ok. 2h drogi - 35 zł
autobus międzymiastowy - 15-30 zł, w zależności od odległości

Dla kogo Filipiny?
Tak naprawdę dla każdego. Jest w czym wybierać, w zależności od upodobań. Wypoczynek na plaży, aktywny, sporty - dla każdego coś miłego. Dla rodzin z dziećmi również. Ceny lotów z Polski wypadają najtaniej chyba ok. 1600 zł, koszty na miejscu są znikome. Egzotyczne wakacje marzeń, polecam.

Czy nie znudziło nam się podróżowanie? Ani trochę. Muszę przyznać, że ani przez minutę nie zatęskniliśmy za jakąkolwiek pracą, domem, zakupami, sprzątaniem, garami... Chyba jesteśmy stworzeni do wiecznych wakacji, szkoda tylko, że kasa się kiedyś skończy ;-) Póki co postanowiliśmy przedłużyć sielankę i wydłużyliśmy trasę o Birmę. Prawdopodobnie będziemy w podróży do końca roku. Co dalej? Nie wiem. Mamy kilka pomysłów, a propozycje (dla Stu) spływają z różnych miejsc, w tym dość kuszące z Chin (z dwukrotnie wyższym wynagrodzeniem niż wcześniej) oraz z bardziej „egzotycznych” miejsc. Do pracy nauczycielskiej i tak się nie damy rady wyrobić do października, może raczej na kolejny semestr. Póki co korzystamy z najdłuższych wakacji w życiu.
Trasy śledzić się już nie da, bo zarówno aplikacja travefy jak i google trips kończy swoją działalność. Jeśli ktoś zna jakieś podobne aplikacje, to niech proszę da znać.
Zdjęcia z Filipin można obejrzeć tutaj: https://photos.app.goo.gl/ed8niNV9P6LKscMdA

sobota, 20 lipca 2019

Filipiny, część druga

Wracamy do Jagny, do kolejki po bilety na prom.

Powinnam się była kurczowo trzymać tego Hiszpana, on się niemal przykuł do okienka i nie dał się ruszyć. Potem zaczęli napływać ludzie i jakoś się trochę oddaliłam od początku kolejki- Stuart chodził po wodę i rozeznanie okolicy, a ja pilnowałam kolejki i bagaży. Po jakimś czasie było jasne, że na bilety nie ma co liczyć, więc już czekaliśmy na bilety na następny dzień. W tym czasie nowo przybyli ludzie, którzy się zorientowali w sytuacji, szli od razu rezerwować nocleg i wracali stać w kolejce. W dodatku za Hiszpana z boku się przepchnął jakiś Amerykanin w podeszłym wieku, ale nie miałam serca się na niego drzeć, bo miał Parkinsona i zapewne różne inne choroby ( i notabene bardzo młodą, filipińską żonę u boku). Co się okazało później? Tuż przed odpłynięciem promu sprzedali jeszcze cztery bilety na ten dzień, zgarnął je Hiszpan i Amerykanin. Ale byłam zła, że się nie uczepiłam Hiszpana. Ale co było robić, jak człowiek jest miły i nie pcha się z łokcia, to tak właśnie się to kończy. W tym czasie Stuart chodził szukać noclegu i poznał jakiegoś Brytyjczyka (też z filipińską żoną), który mu powiedział, że też już obeszli pół miasta i wszystko prawie wynajęte. Potem ten Brytyjczyk się wepchnął za nami w kolejkę- było mi wszystko jedno, bo był za nami, a ludzie nie protestowali. Jeśli komuś przepadł bilet, to ma za swoje, jak się pchali inni to też nikt się nie odzywał. Brytyjczyk nam przynajmniej pomógł z bagażami i dał cynka co do noclegu. Po spędzeniu ponad trzech godzin w kolejce, wreszcie dostaliśmy bilety na kolejny dzień. Wreszcie był czas na jedzenie no i poszukiwanie noclegu. Niestety, wszystko zostało zajęte; w dalszej części miasta dorwałam wifi i zarezerwowałam jeden z dwóch dostępnych pensjonatów, nie najtańszy, ale co było robić. Notabene przez „nie najtańszy” mam na myśli najdroższy ze wszystkich do tej pory, a po przeliczeniu na złotówki to było chyba 90 zł za noc. Filipińska waluta jest trochę myląca, jak człowiek płaci w tysiącach, to mu się wydaje, że drogo. W każdym razie miejsce okazało się wspaniałe: domek na prywatnej plaży, cisza, spokój, wspaniała obsługa, jedzenie, w dodatku mieli pięć psów i kotów. Bardzo nam się tam podobało. Pani recepcjonistka zadzwoniła w naszym imieniu do hotelu, który już mieliśmy nawet opłacony na wyspie Camiguin; poinformowała, że przyjedziemy z opóźnieniem, żeby nie odwołali rezerwacji. A wieczorem poszliśmy popływać w morzu. To znaczy wyszliśmy z domku i po paru krokach już było morze ;-) I tylko my w całej okolicy.
widok z hotelu

 Następnego dnia wyruszyliśmy trochę wcześniej i jak się okazało, dobrze zrobiliśmy. Najpierw trzeba przejść mnóstwo różnych kontroli i wnieść kilka dodatkowych opłat (nazywa się to ‘terminal fee’ i nie wiadomo za co to tak właściwie jest), a potem trzeba się przepchać, bo na statku miejsca są nienumerowane. Prom był duży, przewozi również samochody itp. Siedzieliśmy na samej górze, bagaż musieliśmy wziąć ze sobą (na innych promach płaciło się za bagaż dodatkowo i brali go do jakiegoś luku). Tam spotkaliśmy „kolegę” Brytyjczyka, wymiana uprzejmości itp. Oczywiście umawianie się na wspólne wyjścia i wycieczki. Chyba nie muszę dodawać, że nigdy więcej ich już nie spotkaliśmy ;-) Po dotarciu na Camiguin zostaliśmy zaczepieni przez rykszarza - tzn. On nie miał trójkółki, tylko taki większy przerobiony jeep, zwany ‘motorilla’. Zabrał nas do hotelu za 50 pesos, czyli 3,5 zł! Zaoferował też wynajęcie skutera i darmowe odstawienie na prom, jak będziemy wyjeżdżać. No i niestety na wynajem skutera przystaliśmy. Następnego dnia pan zjawił się raniutko, nawet przed czasem. Zapłaciliśmy za jeden dzień, a jak ruszyliśmy, to się okazało, że hamulce nie są najlepsze i w ogóle skuter lata świetności ma już dawno za sobą. Jazda była trochę męczarnią, więc postanowiliśmy, że następnego dnia wynajmiemy skuter gdzieś indziej. Pan umówił się na odbiór pojazdu... i się nie zjawił. 2 h czekaliśmy wieczorem i nic. Zero odzewu. Stuart przełożył zwrot na następny ranek, wtedy czekał „tylko” 45 minut. Co za niesłowny facet, gdyby faktycznie miał nas zawieźć na prom, to nie wiem jak mielibyśmy zdążyć. Postanowiliśmy wynająć skuter od Rosjan, którzy byli właścicielami pobliskiego baru. Swoją drogą nie wiem, jak mogą robić interesy na Filipinach; było ich czworo, a ich angielski był tragiczny, co jeden to gorszy. Co więcej, jeden z nich spędzał całe dnie w barze - około 10 rano już pił, a jak przejeżdżało się o 22, to pił nadal, co więcej, jeszcze skurczybyk się trzymał na nogach, chociaż już ledwo. Jakoś się dogadaliśmy co do skutera; oferowali nam też kursy nurkowania, co mnie interesowało, bo chcę się nauczyć i miałam zamiar to zrobić na Filipinach. Ceny mieli podejrzanie dobre, ale szczęśliwie się nie zdecydowałam, bo chyba już by mnie nie było na świecie. Nie dość, że komunikacja szła słabo, a przecież nurkowanie to nie hop-siup jak jazda na rowerze, trzeba wszystkie polecenia rozumieć i przejść porządny kurs, to jeszcze goście byli wypici przez większość czasu. Rosja to stan umysłu. Mieliśmy trochę zagwozdek językowych, ja po rosyjsku ni w ząb (jakieś kak twaja familia czy inne haraszo mi się kołatało, ale to niewiele pomagało); Stuart trochę liznął rosyjskiego, w dodatku był w Rosji kilka razy, więc wspólnymi siłami próbowaliśmy coś zdziałać, bez większych sukcesów. Chciałam zamówić tosty z dżemem, które mieli w menu (toast with jam), ale pani nie rozumiała ‘jam’. Wreszcie zrezygnowana zaczęłam po polsku i trafiłam w dziesiątkę, po jak się okazuje, „dżem” to też „dżem” po rosyjsku. Uff. Może ja jestem jakaś dziwna, ale moim zdaniem ‘jam’ i ‘dżem’ to praktycznie to samo słowo. W każdym razie skuter był nowiutki i bez zarzutu, a co ciekawe pan Rosjanin jako jedyny poprosił Stu o okazanie prawa jazdy (normalnie wypożyczają skuter na gębę). Postanowiliśmy zostać na wyspie dłużej i chcieliśmy zmienić hotel. To, co wynajęliśmy, okazało się klitką bez klimatyzacji, wiatrak nie wyrabiał i temperatura była jak w saunie. W dodatku nie było usługi sprzątania/wymiany ręczników, a wilgotność była spora, więc ręczniki po jednym użyciu zaczynały śmierdzieć, bo nie miały jak wyschnąć. Odwiedziliśmy wiele miejsc, w końcu zdecydowaliśmy się na domek nad morzem, jedyny w rozsądnej cenie. Przez kolejne dni jeździliśmy po wyspie. Przyjechaliśmy z zamiarem wejścia na wulkan, ale okazało się to niemożliwe o tej porze roku. Camiguin ma bodajże cztery wulkany, chyba nawet wszystkie aktywne. Poza tym atrakcje to wodospady, gorące źródła, wycieczki na okoliczne wysepki. Wybraliśmy się na jedną o nazwie White Island, więc myśleliśmy, że to wyspa. Okazało się, że to bardziej pasek piasku, taka mini-plaża na środku morza. Ludzie tam płyną poopalać się, popływać, ponurkować. A my jak idioci popłynęliśmy tak o. Przynajmniej widoki były piękne, zrobiliśmy trochę zdjęć, pomoczyliśmy nogi i niedługo wróciliśmy z powrotem. Inną atrakcją jest podwodny cmentarz: na zdjęciu widać tylko krzyż, reszta jest pod wodą i można zobaczyć cmentarz nurkując. Próbowaliśmy zaplanować dalszą podróż i średnio nam to szło. Ostatecznie postanowiliśmy wrócić jeszcze do Jagny, do tego samego pensjonatu i odpocząć przez dwa dni. Postanowiliśmy zwrócić skuter i tu zaczęły się schody. Mieliśmy odstawić skuter do baru, ale wiedzieliśmy, że Rosjanie posiadają hostel nieopodal naszego hotelu (bar był w mieście, kilka kilometrów od nas), więc zapytałam, czy możemy odstawić go tam. Rosjanin się zgodził i prosił o zostawienie kluczyków w barze. Myśleliśmy, że chodzi o hostelowy bar. Na miejscu pracownica odmówiła przyjęcia kluczyków. Ona nam może skuter wypożyczyć, ale z powrotem nie przyjmie, bo to do jej obowiązków nie należy i już. W hotelu obok znaleźliśmy bar, ale pani tam śpiąca (?) oznajmiła nam, że jest zamknięte i nic ją nie obchodzi, po co przyszliśmy. Wreszcie dogadaliśmy się z właścicielem tego hotelu (który okazał się być też właścicielem hotelu, w którym my spaliśmy), przyjął od nas kluczyki i obiecał oddać Saszy. Poszliśmy spokojnie na kolację, kiedy Rosjanin zaczął do mnie wydzwaniać (pijany, a jakże), gdzie jest skuter i dlaczego w hostelu, skoro miał być w barze. Ostatecznie odebrał go z hostelu, ale co się przy tym namęczyliśmy, to nasze.

Camiguin, widoki

Innym wspomnieniem z Camiguin jest pewien Amerykanin ze złamaną ręką, który zaczepił Stuarta siedzącego na motorze, kiedy ja poszłam sprawdzić ceny w pralni (kobieta próbowała ze mnie zedrzeć jakąś chorą kwotę, ostatecznie znaleźliśmy potem obok normalną pralnię samoobsługową). Pan Amerykanin mieszka na tej wyspie i postanowił się z nami podzielić historią swojego życia. Tzn. Nie do końca, bo mówił tylko o swoim wypadku na motorze (ktoś go zepchnął z drogi i miał poważne złamanie). Nie obyło się bez oglądania prześwietlenia, które akurat miał przy sobie. Dalej zaczął narzekać na życie na Filipinach i na lokalsów i im ubliżać, co było niesmaczne. Nie chciało nam się już go słuchać, więc czekaliśmy, aż skończy te gorzkie żale, chociaż korciło mnie, żeby spytać, po co tam mieszka skoro jest tak źle. Myśleliśmy, że już się monolog zakończy (nasze zdanie go nie interesowało, chciał się tylko wygadać), kiedy nagle przeszedł do pochwał dla prezydenta Donalda Trumpa. Mamy nie wierzyć w propagandę CNN, bo Trump jest najlepszym prezydentem, jakiego miała Ameryka. Czyli typowa logika wyborcy Trumpa, nienawidzi imigrantów sam będąc jednym z nich, zapewne żonaty z Filipinką. Po tym, co wygadywał, wcale się nie dziwię, że ktoś go zepchnął z drogi.
Z Camiguin popłynęliśmy z powrotem do Jagny; co ciekawe, w drugą stronę problemów z biletami nie było żadnych i obyło się bez cyrków i kolejek. W Jagnie spędziliśmy dwa relaksujące dni. Jednego dnia wynajęliśmy skuter, żeby zobaczyć jeszcze dwa nieodwiedzone miejsca na wyspie Bohol: Andę i Loboc. Do Andy było niedaleko, ale niestety drogi w samym miasteczku kiepskie i nie wszędzie udało się dojechać - amortyzacja w skuterze niedomagała. Widzieliśmy tylko dwie jaskinie-baseny tzw. Swimming pool, bo jest w nich woda i można pływać.
jaskinia z basenem

 W Lobocu atrakcją miał być rejs na pięknej rzece na jednej z łodzi-restauracji, ale była znowu akurat niedziela chyba (czy sobota, w każdym razie weekend) i ludzi było co niemiara. Dostaliśmy jakiś numerek i kazano nam czekać, ale nie bardzo było wiadomo na co, a tłum był taki, że nawet się nie dało odszukać nikogo z obsługi. Po małym rozeznaniu wyszło mi, że jest tylko jedno menu i nie można płynąć bez jedzenia, zrezygnowaliśmy i poszliśmy na obiad do normalnej knajpy. Z większych przygód to jedyne co nam się przytrafiło, to odłamany kawałek plastiku w zapięciu jednego z kasków, długo musieliśmy jeździć zanim namierzyliśmy w jednym ze sklepików klej super-glue. W jednym sklepie próbowali nam sprzedać jakiś silikonowy wypychacz czy coś w tym stylu oraz klej do butów, który w desperacji też kupiliśmy. Ale kropelką się skleiło bez zarzutu.
Dalej postanowiliśmy jechać w góry, bo mieliśmy już dość tych wszystkich plaż, słońca, wysp i tak dalej. Wiem, jak to brzmi, może bluźnię, ale w ogóle nie jesteśmy plażowi. Łącznie przez miesiąc byliśmy na plaży jako takiej może z pół godziny a i to też tylko na spacer przy zachodzie słońca i zamoczenie nóg w wodzie. Plaże przyhotelowe to co innego, ale to takie miniskrawki pełne kamieni, żadne plaże z prawdziwego zdarzenia. Postanowiliśmy więc jechać do górskiej prowincji na wyspie Luzon. W tym celu musieliśmy wrócić do Cebu i stamtąd polecieć do miasta Angeles. Do Cebu odpływał prom z miejscowości Tagbilaran, gdzie można było się dostać autobusem lub minivanem. Próbowaliśmy zatrzymać autobus, ale na widok naszego bagażu kierowca nawet nie zwolnił. Ostatecznie zrobiło się nas szkoda panu z pobliskiej myjni samochodowej i poradził nam pojechać vanem, który zresztą dla nas zatrzymał. Van różni się przede wszystkim cenowo: płaci się za zajęte miejsce, więc zapłaciliśmy za trzy: dwa dla nas, a na jednym upchnięto bagaż. Van to taki samochód bagażowy, gdzie mieści się około dziesięciu osób, więc na Filipinach co najmniej piętnaście plus bagaż. Ściśnięci jak sardynki, ale za to z klimatyzacją, dojechaliśmy do dworca w Tagbilaran, skąd szybka przejażdżka trójkółką do portu, dwugodzinna podróż promem i znów Cebu. Przy porcie był oficjalny postój taksówek, którego pilnował bodajże policjant. Każdy pasażer dostaje karteczkę z informacjami o cenach i o swoich prawach, w razie niewłaściwego zachowania kierowcy są też namiary, gdzie można składać skargi. Taksówkarze są zaskakująco uczciwi i płaciliśmy zgodnie z wyliczeniami taksometru. Pan taksówkarz był bardzo pomocny przy znalezieniu miejsca naszego noclegu. Zarezerwowaliśmy jakiś tani pokój niedaleko od lotniska, bo następnego dnia lot był chyba o 6 rano. Okazało się, że to jakiś (chyba) nieoficjalny pensjonat, takie jakby „kwatery” czy też po postu „pokoje do wynajęcia” na prywatnym osiedlu. Nie mieliśmy dokładnego adresu, taksówkarz nas ostatecznie zostawił przy bramie wjazdowej na osiedle i tam już nam pomogli panowie ochroniarze. Notabene osiedle strzeżone jest naprawdę strzeżone: każda osoba wjeżdżająca na teren, która nie jest mieszkańcem osiedla, np. taksówkarz, musi zostawić przy wjeździe prawo jazdy w budce, pan ochroniarz sprawdza ile jest osób w samochodzie, a przy wyjeździe znów sprawdza wnętrze samochodu i bagażnika i wtedy oddaje dokument. Po kilku telefonach udało nam się ustalić, że nikogo akurat nie ma w domu, ale zaraz ktoś się zjawi, wskazano nam właściwy dom i już niedługo trafiliśmy na miejsce. Rano pobudka, taksówka, lotnisko i lot do Angeles- Clark. Angeles to interesujące miasto, o którym jeszcze będzie potem. Na razie jedynie powiem, że Clark jest lotniskiem oddalonym od Manili o około 80 km i ma za zadanie odciążyć stołeczne lotniskoależało na uniknięciu Manili na tyle, na ile było to możliwe, a poza tym jechaliśmy na północ, więc z Angeles było bam bliżej. W dodatku prosto z lotniska odjeżdżają autobusy do interesującej nas miejscowości Baguio, tak więc padło na Clark.
Na lotnisku było stoisko informacji turystycznej, gdzie nie za wiele faktycznej informacji nam udzielono. Zostałam skierowana do okienka linii autobusowej, która wcale do Baguio nie jeździ, a przynajmniej nie z tego lotniska ani nie o 11, jak twierdziła pani informatorka. Przekierowano mnie na postój autobusów, gdzie już stał nasz autobus (innej firmy). Poinformowano mnie, że odjeżdża o 10:30 oraz że droga do Baguio zajmie około 6h (według przewodnika miało być 3.5).

Ostatecznie dojechaliśmy po niecałych pięciu godzinach. Baguio bardzo nam się spodobało, to bardzo przyjemne, uniwersyteckie miasteczko, w którym wiele się dzieje. To chyba jedyne miasto na Filipinach, które nam się podobało. Nie było nadmiernie hałaśliwe, dookoła mnóstwo zieleni, dużo atrakcji i wiele miejsc, gdzie można miło spędzić wieczór. Baguio miało być tylko naszą bazą startową w dalsze rejony górskie, ale postanowiliśmy tam wrócić w drodze powrotnej do Manili (skąd mieliśmy lot do Malezji 10 czerwca). Niestety okazało się, że znowu nie przewidzieliśmy warunków pogodowych; Filipiny są ogromne i pory suche/deszczowe nie występują wszędzie tak samo. Tak więc w górach trafiliśmy na porę deszczową i wreszcie odpoczęliśmy od ciągłego skwaru i kremów z filtrem. W Baguio przywitał nas deszcz, który nie przestał padać do wieczora, więc musieliśmy się schronić w pierwszym napotkanym po drodze hotelu. Następnego dnia mieliśmy ruszyć do malutkiej wioski Kabayan, ale nie byliśmy przygotowani - minibus jeździł tam dwa razy dziennie, ale pensjonat był zdaje się tylko jeden i nie odpisywał na moje maile (do tej pory nie mam odpowiedzi). Żaden inny nocleg nie wchodził w grę, dlatego zdecydowaliśmy się ominąć tę miejscowość i jechać dalej, do Sagady. Autobusy miały odjeżdżać co godzinę (według przewodnika oraz internetu), ale na dworcu okazało się, że ostatni odjeżdża o 13 i wszystkie bilety są już wykupione (była 10 rano). Najgorsze było to, że zarezerwowaliśmy i w dodatku opłaciliśmy już nocleg na miejscu, więc nie uśmiechało nam się stracić tej kasy. Zwłaszcza, że ten nocleg był podejrzanie drogi jak na okolicę. Skierowano nas na inny dworzec, skąd miał odjeżdżać jeszcze jeden autobus. Owszem, odjeżdżał, ale o 17. Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że droga miała zająć co najmniej 6 godzin. Nie mieliśmy wyjścia, zakupiliśmy bilety, zostawiliśmy większe bagaże na dworcu i poszliśmy w miasto na sześć godzin. Zwiedziliśmy przy okazji lokalne muzeum - bardzo ciekawe eksponaty i informacje dotyczące lokalnych plemion. Filipiny nie są jednolite etnicznie; pierwotni mieszkańcy byli czarnoskórzy (to znaczy nadal są, bo wciąż żyją na niektórych terenach). Potem centrum handlowe i próba znalezienia czegoś do jedzenia, zakończona sukcesem, a jak już mieliśmy wracać na dworzec, to oczywiście zaczął lać deszcz i to nieziemski. Ustawiliśmy się więc w baaaardzo długiej kolejce do taksówek. Szło całkiem szybko, ale jak przyszła nasza kolej, to akurat przestało padać i ostatecznie zrezygnowaliśmy. Tu muszę dodać, że taksówki w Baguio są tanie jak barszcz i wszyscy taksówkarze uczciwi, cud jakiś. Wróciliśmy na dworzec i postanowiliśmy zakupić lokalną kartę sim, bo nie dało się inaczej skontaktować z pensjonatem. Daliśmy im znać, że będziemy późno. Około 16:10 podjechał autokar, załadowaliśmy się do środka i czekaliśmy na odjazd. W środku okazało się, że sprzedano także miejsca „środkowe”, czyli stołeczki lub specjalne wysuwane a la taborety siedzenia w przejściu. Autobus był wypełniony. Większość ludzi zachowywała się kulturalnie, ale bydło musiało usiąść oczywiście za nami. Kolejne 6 i pół godziny słuchaliśmy dzikich wrzasków, muzyki i byliśmy kopani w siedzenia przez siedzącą za nami młodzież. Dodatkowo Stuart, siedzący przy oknie, regularnie co 5 minut obrywał gwałtownie otwieranym i z jakiegoś powodu za chwilę zamykanym oknem. Nie wiem, czemu mu nie oddał, bo mógł też to okno przesunąć i widziałam, że go korciło ;-) Dojechaliśmy o 23:30 i na szczęście właściciele pensjonatu obiecali nas odebrać. Daleko nie było, ale ciągle pod górę! Właściciele byli bardzo sympatyczni, ale „pensjonat” okazał się ich domem, w którym pierwsze piętro zamienili na pokoje do wynajęcia, a drugie piętro... było ciągle w budowie. Od rana było słychać różne stuki i puki z budowy/wykończenia, plus płacze i krzyki ich dzieci, a do tego wszystkiego mieli jeszcze kilka psów, z których jedno miało sześć dopiero co urodzonych szczeniąt, które piszczały w nocy. Wszystko to, a zwłaszcza cena oraz psy właścicieli broniące dostępu nie tyle do domu, co nawet do uliczki do niego prowadzącej (!), szczekające, szczerzące zęby i goniące nas, skłoniły nas do zmiany noclegu na inny. Zdecydowaliśmy się zostać cztery noce, bo miejscowość nam się bardzo podobała i znaleźliśmy o wiele tańszy hotel przy głównej ulicy, co eliminowało również problem psów. Niestety Filipiny mają z bezpańskimi psami dość duży problem, a co za tym idzie również ze wścieklizną. Nawet w ruchliwych miejscach nie mogliśmy się ruszyć bez długiego kija do odganiania psów! Nie wszystkie są bezpańskie, ale wszystkie biegają sobie wolno. One atakują tylko obcych, lokalni ludzie nawet sobie nie zdają sprawy z problemu i mało kto trzyma psy na łańcuchu, nie mówiąc o jakimś osobnym wybiegu czy innym miejscu specjalnie dla psa. Z fauną był jeszcze jeden problem: w łazience przywitał mnie rano wielki, czarny, włochaty, skaczący (!) pająk... O mało nie zeszłam z tego świata. Stu poleciał po właścicielkę, bo nie wiedzieliśmy, czy to groźny stwór. Ona się tylko śmiała, powiedziała, że niegroźny i go zaciukała. Właściciele mieli nas za strasznych frajerów i mieszczuchów- a to psów się boją, a to pająków... Ja wiem, że pies musi szczekać i bronić domu, ale jest różnica między szczekaniem, a gonieniem ludzi po wsi. Takie ugryzienie to same problemy, szukaj szpitala, zastrzyki itp. A kąpiel z tarantulą to też żadna przyjemność.
Sagada jest znana przede wszystkim z „wiszących trumien” (Hanging Coffins). Chrześcijańscy misjonarze dotarli tam dopiero w dwudziestym wieku i do tamtej pory lokalne, pogańskie plemiona urządzały własne ceremonie pogrzebowe na skałach lub w jaskiniach. Trumny zmarłych albo wieszano na skałach, albo układano stertami w jaskiniach. Przewodniczka (koniecznie trzeba mieć przewodnika w każdym miejscu w Sagadzie) twierdziła, że teraz już wszyscy są chrześcijanami i chowa się ich na cmentarzu (notabene darmowym), ale nie bardzo chce mi się w to wierzyć. Sama się przyznała, że w jej rodzinie ostatni pogrzeb „naskalny” odbył się w 2010 roku.

wiszące trumny

Cała okolica to święta ziemia lokalnych mieszkańców i należy przestrzegać kilku reguł. Przede wszystkim nie wolno się nigdzie zapuszczać bez przewodnika, a w niektóre miejsca w ogóle nie można pójść (np. W dolinie nieopodal trumien jest absolutny zakaz wchodzenia). Po przyjeździe trzeba się zarejestrować w centrum informacji turystycznej i uiścić „opłatę środowiskową”. Poza tym należy być skromnie ubranym (żadnego „szczucia cycem”) i nie wolno się obściskiwać ;-) (‘no necking’ LOL). Wiele miejsc zostało udostępnionych dla turystów dopiero niedawno.
przykład upcyklingu ;-)


 Oprócz trekingów, miejsc pochówku, pól ryżowych, wodospadów i lokalnych wyrobów, największą atrakcję stanowią jaskinie. Kilka z nich jest połączonych w tzw. Cave Connection. Informacje w przewodniku były skąpe, na miejscu też brak szczegółów, więc niczego nie podejrzewając wybraliśmy się do jednej z jaskiń. Założyliśmy ciuchy szybkoschnące i buty trekkingowe, bo przewodnik twierdził, że trzeba mieć buty z dobrą przyczepnością. Na miejscu okazało się, że najlepsze są japonki i strasznie żałowałam, że nie wzięłam sandałów. W Azji chyba wszyscy noszą japonki od urodzenia. Zakupiliśmy je na miejscu, wynajęliśmy przewodnika i zeszliśmy do jaskini. Byliśmy wcześniej w wielu jaskiniach na Filipinach i jakoś żadna nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia. Spodziewaliśmy się kolejnej trochę nudnawej wycieczki pt. to są stalaktyty, to są stalagmity, a to stalagnaty, ten wygląda jak brokuł, a ten jak królowa angielska itp. Ku naszemu zdziwieniu, to była naprawdę trudna trasa, ciągła wspinaczka po śliskich kamieniach, góra-dół, w niektórych miejscach trzeba było zjeżdżać na tyłku prosto do wody, albo zjeżdżać po linie... Rany, ale byliśmy przemoczeni. Nasz przewodnik nie pomagał; on tę trasę przebywa kilka razy dziennie, oczywiście w japonkach, w których nam było ciężko chodzić w takich warunkach. W dodatku szedł szybko i tylko powtarzał „proszę za mną”, a jako że tylko on miał latarkę, to ciężko mi było odtworzyć dokładnie jego kroki i tym sposobem raz zwaliłam się prosto do wody. Do tamtej pory byłam mokra do kolan, od tamtej pory po uszy. Mam nauczkę i teraz zawsze noszę ze sobą ubrania na zmianę, łącznie z bielizną.


Z Sagady pojechaliśmy do Banaue. Trasa górska, serpentyny, cały czas zakręty. Nigdy nie miałam żadnej choroby podróżnej ani morskiej, ale całą drogę przesiedziałam z głową w plastikowej torbie, bo mi wszystko podchodziło do gardła. Obyło się bez wymiotów na szczęście, a samą torebkę ciężko mi było wygrzebać w bagażu, bo w niektórych miejscach na Filipinach bardzo dbają o środowisko ostatnio i redukują zużycie plastiku, co bardzo się chwali. Sama miejscowość jest bardzo znana, okoliczne tarasy ryżowe są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Niektórzy turyści odwiedzając Filipiny jeżdżą na wyspie Luzon prosto z Manili tylko do Banaue, a potem lecą na inne wyspy. Moja szczera opinia o tym miejscu: dupy nie urywa. Tarasy ryżowe oczywiście miłe dla oka, historia ich budowy ciekawa i jak najbardziej ważna, ale poza tym miejsce raczej nieprzyjemne. Przyjechaliśmy z cichej i spokojnej Sagady, a Banaue okazało się mieć akurat dzień targowy... Hałas gorszy niż w jakiejś indyjskiej metropolii typu Delhi (którego to miasta szczerze nie znoszę). Brud, smród, spaliny, hałas i wszędzie czerwone plwociny po betelu (to taki lekki narkotyk). Tragedia. 

dzień targowy w Banaue, ludzie wracają z zakupów

Zarezerwowaliśmy jedną noc w hoteliku, którego obsługa nie miała o niczym pojęcia - zapytali nas wprost, który pokój jest nasz, bo oni nie wiedzą (???). Byliśmy jedynymi gośćmi od kilku dni, bo w porze deszczowej sezon się kończy. Internet nie działał, a jak zapytaliśmy o to „recepcjonistkę” (dziewczyna, która cały czas siedziała w korytarzu, recepcji jako takiej nie było), to zapytała nas, czy umiemy to rozwiązać. Nie mogliśmy się dogadać, powiedziałam, że jeśli trzeba zresetować router, to ja mogę, ale nie bardzo rozumiem, o co dokładnie chodzi. Dziewczyna nie umiała się wysłowić, ostatecznie zrezygnowaliśmy z prób komunikacji. Później ta sama dziewczyna przyszła oznajmić z rozbrajającą szczerością, że internet nie działał, bo nie zapłacili rachunku... Rozłożyła nas na łopatki. A internet znów trochę działał. Następnego dnia chcieliśmy przedłużyć pobyt i próbowaliśmy negocjować z dziewczyną- booking.com pobiera 20% prowizji, niech nam trochę obniży cenę i dogadamy się bezpośrednio. A skąd, nie można, nie da się. Lepiej nie mieć żadnych turystów. Wynieśliśmy się więc do hoteliku obok, gdzie dostaliśmy większy pokój kilkaset pesos taniej. Niestety miał jedną wadę: żadnych gniazdek elektrycznych. W życiu się z czymś takim nie spotkałam- na recepcji można było zapłacić za ładowanie np. telefonu i to za jakąś chorą cenę. Spędziliśmy dwa dni w Banaue na spacerach po okolicy, w tym lekkim trekkingu po tarasach ryżowych i okolicznych wioskach. W jednej wiosce dziewczyna z lokalnego plemienia zaoferowała nam pokazanie kości przodka za opłatą. Rozbrajające. Zgodziliśmy się z lekkim wahaniem, bo to raczej dziwne, ale dla niej to była normalka. Chyba z tego żyją. Oferowała również usługi przewodnickie, ale za to już podziękowaliśmy. Same kości wyglądały dziwnie. Przechowują je w domu, zawinięte w jakieś lokalne tradycyjne ubrania. Z tego, co pamiętam, przynosi to szczęście wiosce czy coś takiego. Na dłuższe trekkingi nie mieliśmy za bardzo czasu ani ochoty - pora była deszczowa, co samo w sobie nie jest tragedią, bo codziennie padało niemalże jak w zegarku przez około trzy godziny po południu, ale przewodnicy ani nikt z branży turystycznej nie obniżał wcale cen. Do kolejnych tarasów ryżowych w okolicy było chyba 3 dni drogi, branie ze sobą bagażu mijało się z celem, a opłacenie przewodników, hoteli itp. nie wychodziło najtaniej. Samo miasteczko, jak wszystkie w prowincji górskiej umiera pod wieczór, z tym że w Banaue większość biznesów zamykała się na porę deszczową i znalezienie restauracji graniczyło z cudem. Poza tym wszędzie panuje „godzina policyjna”, tj. wszystko zamyka się o 21 lub 22, dzieci nie mają prawa przebywać na ulicy pomiędzy 19 a 5 rano, alkohol można sprzedawać tylko do 21 i ma być cisza i spokój. Samo Banaue przymierało już około 18 - na Filipinach słońce zachodzi przeważnie o 17:30. Zawinęliśmy się po dwóch dniach z powrotem do Baguio, gdzie spędziliśmy dwa relaksujące dni na spacerach po mieście, chociaż padało całkiem sporo. Postanowiliśmy rozbić podróż do Manili na dwa odcinki i wybrać się do Angeles, o którym już wcześniej wspominałam.
widoki w Banaue, zieleń i tarasy ryżowe


Cóż, Angeles to niestety filipińska stolica seksturystyki. Zaczęło się od tego, że do początku lat dziewięćdziesiątych Amerykanie mieli tam swoją bazę. Po wybuchu okolicznego wulkanu władze się obudziły, wypędziły Amerykanów, a teren postanowiły zagospodarować. Całej historii można się dowiedzieć z Muzeum Clark. Amerykanie płacili za korzystanie z terenów, ale poza pieniędzmi dostarczali też sporo problemów, tj. chorób wenerycznych i nieślubnych dzieci. Po wyjeździe Amerykanów było tyle sierot bez ojców, że aż założyli własne stowarzyszenie - byli napiętnowani społecznie, sieroty, ni to amerykańskie, ni to filipińskie. „Tatusiowie” oczywiście naobiecywali lokalnym paniom nie wiadomo co, a jak przyszło co do czego to wrócili do swoich rodzin w ojczyźnie i tyle po nich. Poza sierotami zostało też mnóstwo prostytutek, z czym władze sobie nie dały rady. Teren przekształcono w specjalną strefę ekonomiczną, zbudowano lotnisko, które odciąża Manilę, ale poza tym terenem miasteczko jest pełne seksklubów i napalonych turystów. Same tereny Clark Freeport Zone są raczej straszącym pustkowiem, inwestują tam głównie Koreańczycy i nie wiem sama, czy przyniosło to jakiekolwiek zyski dla lokalnej społeczności. Zarabiają natomiast na klubach i seksturystach. Spacer do centrum przyprawia o gęsią skórkę, niezależnie od pory dnia. Wszędzie pełno spasionych, podstarzałych Amerykanów (głównie weteranie, niektórzy mieszkają na Filipinach na stałe), Japończyków w średnim wieku i Koreańczyków, o dziwo, młodych. Mijaliśmy też dwóch całkiem młodych Niemców. Wszyscy przyjeżdżają w jednym, wiadomym celu. Na ulicy pełno sprzedawców wiagry i co najbardziej dziwi, transwestytów. Tzw. ladyboys są dosłownie wszędzie. Amerykanin z naszego hotelu, notabene kolejny wyznawca Trumpa, szowinista i cham, ostrzegł Stuarta (!!!), żeby uważał, bo wszystkie piękne dziewczyny w mieście to tak naprawdę faceci. No serio, bo akurat po to Stuart tam przyjechał i to w dodatku ze mną. Sam właściciel na hotelu zbił fortunę, kilku Amerykanów mieszka w nim na stałe. Właściwie jakikolwiek biznes w Angeles jest skazany na sukces przez ilość turystów. Do zwiedzania za wiele nie było, sezon deszczowy nie obejmował tego terenu i przy stałej temperaturze około 40 stopni jakoś przetrwaliśmy te dwa czy trzy dni i pojechaliśmy do Manili. Na dworcu mieliśmy jedyny nieprzyjemny incydent podczas całej podróży: jakiś facet wyrwał nasze bagaże z taksówki i uparł się je załadować do luku bagażowego w autobusie. Jak się okazało, nie pracował dla przewoźnika i zażądał opłaty. Było to jedynie 50 pesos od plecaka, czyli około 3 złote, ale trochę nas zdenerwował. Próbowałam się wykłócać, że o nic go nie prosiłam i sama sobie mogę wsadzić plecak do autobusu, ale powiedział, że to opłata za przewóz bagażu, co później się okazało nieprawdą. Szczęśliwie to jedyny oszust, który stanął na naszej drodze i tylko na taką kwotę nas wrobił. 
W Manili już kiedyś byliśmy i absolutnie nam się nie podobało. Postanowiliśmy dać miastu jeszcze jedną szansę i zostać około trzy dni przed wylotem do Malezji. Hotel był tani i chyba najlepszy ze wszystkich, które nam się trafiły na Filipinach. Chinatown było niedaleko, a że po miesiącu od opuszczenia Chin już nam było tęskno do chińskiego jedzenia, to chyba codziennie się stołowaliśmy w chińskich restauracjach. Filipińskie jedzenie nie ma kompletnie żadnego smaku, nawet w polskiej kuchni jest więcej przypraw, oni jedzą dosłownie spalonego kurczaka z ryżem, to jest narodowe danie. Warzywa niemalże dla nich nie istnieją. Lata hiszpańskiej okupacji niczego ich nie nauczyły, natomiast obecność Amerykanów pozostawiła po sobie fast food. Wszyscy objadają się hamburgerami, nawet w mniejszych miejscowościach ludzie jeżdżą na zakupy i przywożą głównie burgery i zapas coca-coli.  Nie wiem jak biedni ludzie, którzy żyją w jakichś blaszanych chatach mogą się tak odżywiać -ani to zdrowe, ani tanie. Epidemia otyłości już niedługo. W każdym razie chińskie restauracje na Filipinach gotowały na tę samą, filipińską modłę, czyli mdło i bez smaku, za to drogo. Temperatura niezmiennie 40 stopni, brud, smród, ubóstwo i wszechobecni żebracy i bezdomni, w tym dzieci. Niektóre kobiety widząc nasze białe twarze z daleka popychały swoje dzieci, żeby nas poprosiły o pieniądze. Nie wiem jak taka kobieta śmie się nazywać matką.
Sytuacja dla dzieci nie jest najlepsza. Edukacja jest niby obowiązkowa (tylko szkoła podstawowa póki co), ale jak rodzice ćpają i dzieciaka posyłają do pracy, zamiast do szkoły, to jakoś chyba nikt nie reaguje. Mnóstwo dzieci widzieliśmy na dworze w godzinach szkolnych. Według statystyk, jedna dziesiąta filipińskich dzieci nie chodzi do szkoły; albo ich nie stać, albo ich to nie interesuje.
Generalnie Manila nie wykorzystała danej przez nas szansy; poszliśmy na długi spacer, około 15 km po mieście i nigdzie nam się nie podobało, za to w niektórych rejonach nie czuliśmy się zbyt bezpiecznie. To miasto to tragedia, nikomu nie polecam, tylko do szybkiej przesiadki na lotnisku. Do zwiedzania są co najwyżej muzea narodowe (za darmo) i to tyle.
W następnym wpisie podsumowanie pobytu na Filipinach (w tym kosztów) oraz różne ciekawostki.

Polecane lektury o Filipinach:
- Tomasz Owsiany, „Pod ciemną skórą Filipin”- ciekawa podróż po Filipinach, autor odwiedził między innymi różne plemiona w górach, separatystów na wyspie Mindanao, więzienia o zaostrzonym rygorze i multimilionera
- Wojciech Tochman, „Eli, eli” - portret slumsów w Manili. Ostrzegam, Tochman lubi epatować biedą i tragedią, książka momentami przewraca flaki.