Malaysia, truly Asia. Takim hasłem reklamuje się ten kraj. Trudno mi się z tym do końca zgodzić, bo jaka jest prawdziwa Azja? Czy taka jak Malezja? Nie wydaje mi się ;-) Azja kojarzy się, nie oszukujmy się, z biedą, chaosem i może jeszcze zanieczyszczeniem powietrza. Malezja jest natomiast zaprzeczeniem tego wszystkiego. To kraj nowoczesny w pełnym tego słowa znaczeniu. I chyba mój ulubiony ze wszystkich do tej pory.
Przygodę z Malezją zaczęliśmy na Borneo, w miejscowości Kota Kinabalu. Pierwsze wrażenie, kiedy rozglądaliśmy się zza okien taksówki: wow. Tu jest pięknie. Jedyne obawy, jakie miałam, dotyczyły stroju: przyleciałam trochę nie myśląc w szortach i się bałam, że nie wypada. Malezja to kraj w główniej mierze muzułmański, tzn. oficjalnie świecki, ale wiadomo, jak to z krajami świeckimi. Polska też jest niby świecka, hehe ;-) Okazało się, że nie ma się czego bać, bo tubylczynie (sprawdziłam, to poprawna forma!) chodzą ubrane, jak chcą, szorty do kolan nie były więc niczym strasznym. Panie muzułmanki noszą na głowach chusty i tyle. Żadnego okutania po zęby. Szczerze mówiąc, to muzułmanki na Filipinach chyba są bardziej konserwatywne, bo wiele z nich nosiło burki lub suknie i nikab (widać tylko oczy). Nie oznacza to, że malezyjskie wyznawczynie islamu chodzą półnago, ale jednak panuje większy luz. Lokalesi to w ogóle miks kultur, wyznań i języków: Malezyjczycy, Chińczycy, Indusi, Tamilowie ze Sri Lanki, Bengalczycy... i jeszcze ekspaci. Kogo tam nie ma ;-) Najbardziej niesamowite jest to, że wszyscy sobie żyją w spokoju i się wzajemnie szanują. I znowu wyszła moja polskość, bo nie mogłam się temu nadziwić, że nikt się nie naparza, świątynie różnych wyznań stoją obok siebie, a życie płynie.
O Malezji nie będę się wiele rozpisywać, bo szczerze mówiąc w porównaniu do Filipin, to raczej się leniliśmy. Nie zobaczyliśmy wielu rzeczy, które zaplanowaliśmy, z różnych względów tj. chorób, pogody, kosztów. Na Filipinach słońce zachodziło często nawet i o 17:30, więc zrywaliśmy się raniutko i nieraz już o 8 rano byliśmy w drodze. W Malezji się wyluzowaliśmy, zresztą po raz pierwszy w czasie podróży zaczęły nas dopadać różne dolegliwości w stylu przeziębienia czy zatrucia. Dodatkowo pogoda była bardziej kapryśna, a to są rzeczy, na które nie ma się wypływu. Co do kosztów, to niestety jedyny minus Malezji: ceny potrafią być nieźle wywindowane. Często drożej niż w Warszawie. W tej części świata takich cen się można spodziewać po Hong Kongu czy Singapurze, ale w Malezji jakimś dziwnym trafem jest duża przepaść. Można zjeść obiad za 5 zł, a w knajpie obok za 50. No i co najgorsze, dla obcokrajowców są osobne ceny, przez co trafiał mnie szlag. To nie jest biedny kraj, ma złoża ropy i gazu oraz wielu innych surowców mineralnych. Gospodarka ma się dobrze, są wysoko we wszystkich rankingach azjatyckich, nawet światowych. Ale wciąż obcokrajowiec płaci 5-6 razy więcej niż Malezyjczyk. Rozumiem to w krajach typu Indie, zrozumiałabym na Filipinach - oni tego potrzebują. Ale Malezja?!?!
Wracając do ubioru, to z szortami jednak nie przesadzałam. Drugiego dnia po przyjeździe wybrałam się pobiegać w bardzo krótkich spodenkach i raczej zwracałam na siebie uwagę. Nie samym faktem, że biegam, bo wielu ludzi tam biega, więc uznałam, że raczej chodziło o za skąpy strój. Nosiłam szorty (lekko przed kolano) tylko na jakieś trekkingi w lesie, gdzie i tak nikogo nie ma, bo tak mi było wygodniej. Wspominam o tym dlatego, że uważam, że trzeba szanować lokalną kulturę, a po ilości turystek, które widziałam z niemalże gołym tyłkiem (noszę majtki dłuższe niż niejedne szorty, jak się okazało), wydaje mi się, że edukacja w tym zakresie leży. Na razie ranking wygrała dziewczyna przechadzająca się po mieście w bikini ze stringami. Takie zachowanie może być w najlepszym wypadku odebrane jako faux pas, w najgorszym skończyć się bardzo źle. Widywałam roznegliżowane dziewczyny w Indiach i nie jest to najlepszy pomysł, żeby eksponować ciało w kraju, gdzie raczej się je zakrywa. Zresztą w jakimkolwiek kraju chyba nie jest to normą poza plażą, czy o czymś nie wiem? Może Australia czy USA są takie „otwarte”, ale w kraju konserwatywnym, z większością muzułmańską, raczej bym uważała. Zresztą osoby przyzwyczajone do plażowego życia na wybrzeżach takiej dajmy na to Australii chyba są przyzwyczajone do wysokich temperatur? Ja rozumiem, że jest gorąco, każdemu jest, ale świecenie golizną problemu nie rozwiązuje. Tym bardziej, że więcej ciała się wtedy wystawia prosto na słońce, a to bezpieczne nie jest. Pomijam już fakt, że w większości miejsc do zwiedzania trzeba okazać szacunek między innymi przez godny strój, z czego już chyba w polskich kościołach zrezygnowano, natomiast na pewno nie w meczetach czy świątyniach buddyjskich. Strój trzeba więc rozplanować, jeśli ma się niezakryte nogi, to najlepiej nosić ze sobą jakąś spódnicę czy pareo. Gołe ramiona też odpadają, nie wspominając o dekolcie, bo to chyba oczywiste. A może nie jest to jednak takie oczywiste, bo (coś mnie chyba znów ominęło) zauważyłam wśród turystek modę na nienoszenie biustonoszy. Litości, równie dobrze można iść całkiem nago, jeśli się ma na sobie obcisły top, a w wielu miejscach klimatyzacja jest ustawiona na poziomie zamrażarki... Żeby nie było, że panuje dyskryminacja, panów to też dotyczy: brak koszulki, topy na ramiączka czy szorty długości bokserek, oprócz tego, że wyglądają paskudnie, też „godnym” strojem nie są.
Wracając do Borneo. Kota Kinabalu to dosyć przyjemne miasteczko. Samo w sobie nie jest specjalnie warte spędzenia dużej ilości czasu, natomiast jest to dobra baza wypadowa do kilku miejsc w okolicy, przede wszystkim góry Kinabalu (Mount Kinabalu). Na szczyt nie mieliśmy zamiaru się wspinać, bo jest to zadanie dla alpinistów z prawdziwego zdarzenia (albo amatorów z jakimś doświadczeniem), poza tym wymaga pozwoleń, sprzętów i wysokich opłat. Chcieliśmy się tam jednak wybrać, pochodzić po okolicy - Kinabalu leży na terenie Parku Narodowego Kinabalu i jest tam kilka ciekawych szlaków dla takich wędrowniczków-amatorów jak my. Niestety nie było nam to dane, ponieważ trochę źle rozplanowaliśmy nasz pobyt. Początkowo zarezerwowaliśmy trzy noce w hotelu, który zresztą jak się okazało znajdował się w centrum handlowym i za każdym razem się gubiliśmy w gąszczu korytarzy wychodząc i wracając. Znalezienie samego hotelu po przyjeździe do tego centrum w ogóle zajęło nam z godzinę. Tych „centrów” handlowych jest w Malezji sporo i nie są one wszystkie molochami pokroju Arkadii czy Złotych Tarasów, większość to takie trochę już leciwe, po naszemu można by powiedzieć, domy towarowe. (W Polsce w latach osiemdziesiątych, z tego, co mi wiadomo, centrów handlowych nie było.) Hotel był w porządku, miejscowość też, chcieliśmy więc przedłużyć pobyt. Okazało się to niemożliwe. Po pierwsze, obsługa nie należała do ludzi, z którymi da się negocjować: przyjechaliśmy o godz. 13 i musieliśmy czekać do punkt 14 do zameldowania, ani minuty wcześniej. Po drugie, rezerwowaliśmy ten hotel ponad miesiąc wcześniej, zaraz po zakupie lotu, chwilę po przylocie na Filipiny, i jak się okazuje musiała to być jakaś specjalna okazja, bo na miejscu ceny były o wiele wyższe. Zmusiło nas to do przeprowadzki do innego hotelu nieopodal. Ale po kolei. Po przyjeździe byliśmy zmuszeni zostawić bagaże w hotelu i przejść się po okolicy, oczekując na pokój. Znalezienie czegoś do jedzenia nie było trudne, gorzej ze znalezieniem czegoś smacznie wyglądającego i wyglądającego znajomo. Typowo malajska kuchnia, co dotyczy Malezji i Indonezji, nie jest specjalnie smaczna ani urozmaicona. Największym jej problemem w tradycyjnych „restauracjach”, które raczej bym nazwała jadłodajniami, jest to, że jedzenie jest ugotowanie rano i potem cały dzień stoi wystawione, bez przykrycia, lodówki czy podgrzewania. W takich właśnie miejscach, jadłodajnia a la bufet, gdzie nakłada się jedzenie wybierając z wielu potraw, jedzenie serwują... zimne. Tak jest, zimne. Jaka to przyjemność jeść zimny posiłek? Ano żadna, ale chyba w tej kulturze spożywanie posiłków to bardziej konieczność, niż przyjemność i specjalnie się jedzenia nie celebruje. Pomijając ten aspekt, jest to zwyczajnie niebezpieczne. Jedzenie przechowywane w takich temperaturach to proszenie się o kłopoty i to niemałe. Jednym z najniebezpieczniejszych pod tym względem pokarmów jest ryż, w którym bardzo szybko rozwijają się bakterie o ładnej nazwie: laseczka woskowa. Ryż nie powinien być długo przechowywany po ugotowaniu ani odgrzewany w nieskończoność. Nie muszę dodawać, że jest to podstawa malajskiej kuchni. Z jedzeniem zbyt długo źle przechowywanym nie ma żartów, może to nawet prowadzić do śmierci. Może słyszeliście o przypadku studenta, który zmarł po zjedzeniu odgrzanego spaghetti. Zadziałała dokładnie ta sama bakteria. Oczywiście jedzenie czegoś po pięciu dniach trzymania na blacie w kuchni mądre nie jest i był to przypadek wyjątkowy, niemniej jednak serwowanie jedzenia trzymanego cały dzień w tropikach i nieosłoniętego przed insektami uważam za głupotę i niewątpliwie może to prowadzić do co najmniej lekkich problemów żołądkowych (wymioty, biegunka). Jeśli nawet ja to potępiam, to chyba nie wyobrażacie sobie nawet jakie obrzydzenie to wywołuje u Stuarta, wychowanego w kraju paranoi związanej z zatruciem pokarmowym. ;-) Niemniej jednak taki posiłek spożyliśmy jako pierwszy i przeżyliśmy, być może dlatego, że ledwo go skubnęliśmy, przynajmniej ja. Moje bakłażany capiły rybą, jakieś inne „warzywa” były obrzydliwe, a całość oczywiście zimna. Jedynym ratunkiem było tempeh, które pani mi błyskotliwie zaoferowała, ku mojej wielkiej radości. Stuart też zamówił, widząc mój entuzjazm, a potem przyszedł do stolika i spytał, co to takiego, że aż się rozemocjonowałam jak dziecko na Gwiazdkę. ;-) Tempeh to fermentowany produkt sojowy, bardzo zdrowy i pożywny. W tamtym miejscu był akurat bardzo dobrze przyprawiony, cieniutko pokrojony, przysmażony z chilli i chrupiący. Mój entuzjazm szybko wygasł, bo było to jedyne miejsce w Malezji, gdzie spotkałam tempeh.
Wieczorem zaś przyszedł czas na entuzjazm u Stuarta, kiedy wybraliśmy się na kolację. Postanowiliśmy wybrać coś z knajpek nad rzeką. Przed każdą restauracją niemalże byli „naganiacze”, choć nienachalni wcale. W jednym miejscu nas zachęcano do zjedzenia w tajskiej restauracji. Stu tylko spojrzał w menu i wypruł do środka ile sił w nogach, musiałam niemalże za nim biec. Jak go spytałam, co tak biegnie, to powiedział, że wreszcie może gdzieś pójść i nie mógł się z tej radości posiąść. Faktycznie, na Filipinach z jedzeniem dla mnie było nieraz tragicznie. Bywało, że musieliśmy łazić w poszukiwaniu absolutnie czegokolwiek bez mięsa przez długi, długi czas, nawet w galeriach handlowych z kilkoma piętrami restauracji. Co za tym idzie, Stu się musiał dostosować i jeść co było tam, gdzie było coś dla mnie. W Malezji chłopak odżył. O jedzeniu wege w podróży pewnie kiedyś popełnię post bardziej szczegółowo opisujący problemy i wyzwania, bo łatwo oczywiście nie jest.
Wracając do trasy. Trochę źle wszystko rozplanowaliśmy. Stu jest zafascynowany krokodylami i innymi gadami i niestety na Filipinach nic podobnego nie widział, więc byłam skazana na wycieczkę do Crocolandii zaraz po przyjeździe do Malezji. Wynalazł w okolicy farmę krokodyli, którą przedstawił mi raczej jako azyl dla zwierząt, no i pojechaliśmy. Najpierw musieliśmy złapać minibusa do miasta obok, a potem się przesiąść. Z minibusem do miasta było łatwo. Nieopodal hotelu był postój i szybko złapaliśmy busika. Odjeżdżał znajomym trybem: po zapełnieniu, natomiast nie brał więcej ludzi, niż może zmieścić się w środku, co więcej, był to sprawny samochód i nawet miał drzwi (zamykane i otwierane przez kierowcę w zautomatyzowany sposób specjalną wajchą!). W miasteczku, gdzie mieliśmy się przesiąść, zaczęły się schody, bo nikt nie potrafił nam wskazać postoju minivanów. Czekaliśmy w okolicy wskazywanej przez największą ilość osób, ale kręcił się tam tylko jeden kierowca, dokręcając różne fragmenty bodajże drzwi w czymś, co trudno byłoby mi nazwać samochodem. Próbowaliśmy go podpytać o dojazd, ale nie szło się dogadać; jego znajomi też coś próbowali pomóc i doszliśmy jedynie do tego, że chcemy zobaczyć krokodyle, ale nadal nic to nie pomogło w kierunku znalezienia transportu. W końcu zjawiła się jakaś kobieta mówiąca po angielsku. Po pierwsze okazało się, że jechała w tą samą stronę, po drugie załatwiła z panem, że nas podwiezie. Za 15 ringgitów (1 ringgit to mniej więcej 1 zł, jakieś 90 groszy bodajże). Z Kota Kinabalu około godzina drogi kosztowała nas 10, czego nie omieszkałam wytknąć, cena więc spadła do 10 i ruszyliśmy. Niestety kiedy wynajmuje się taki van i nie staje on na przystankach, trzeba opłacić miejsca innych pasażerów. Chociaż tak jak wspomniałam, był to raczej zdezelowany wrak niż van i do tej pory nie wiem, jak to się stało, że dojechaliśmy, ale pan nas podwiózł pod samą bramę farmy. No właśnie, farmy. Tu zaczęły się dla mnie schody: to co to właściwie jest, zoo? Okazało się, że gorzej, i żałowałam, że się tam wybraliśmy. Faktycznie, uratowali trochę krokodyli; wiele z żyjących w rzekach krokodyli jest przeznaczonych do odstrzału, jeśli atakują ludzi i jedyną opcją przeżycia dla nich jest zoo lub taka farma, w zależności od tego, kto się zaoferuje przyjąć gada. A zaznaczam, że transport takiego zwierza to rzecz niełatwa i nietania.

Informacje o krokodylu-zabójcy, najgroźniejszym z trzymanych tam zwierząt. Trafił na farmę za zjedzenie jakiegoś pana w 2006.
Natomiast sam „park” czy jakkolwiek to nazwali to raczej krokodyle zoo; niektóre były trzymane w osobnych, hmm... pomieszczeniach? A niektóre żyły w większych „jeziorkach”, grupowo. Wszystko zgodnie z wytycznymi ministerstw i przepisami dotyczącymi dobrobytu zwierząt i tak dalej, jednak dalej jest to miejsce do robienia pieniędzy. W programie znajdziemy między innymi krokodyle „show”, karmienie itp. Jako że byliśmy jedynymi zwiedzającymi, „show” trwało chyba 3 minuty i było raczej żałosne. Wyszło dwóch facetów, poprzytulało się do ogromnego krokodyla, dali mu buzi i tyle.

Karmienie było chyba jeszcze gorsze: kazali nam się ustawić na mostku, facet otworzył bramę do jednego z jeziorek, rzucił z pięć kurczaków i tyle. Krokodyli było tam ponad piętnaście, jak nie więcej, nakarmił może ze cztery i tyle z tego było. Zakładam, że to tylko tak na pokaz i są karmione w innych godzinach, ale już by sobie darowali. Na dobitkę można było sobie zrobić zdjęcie z malutkim krokodylkiem, trzymanym w ... plastikowym pojemniku. Jak dla mnie żenada. A przy wyjściu sklep z produktami z krokodylej skóry, jakimś niby cudownym olejkiem i co gorsza krokodylim mięsem. Nigdy więcej.
Poza tą wycieczką nie udało nam się zbyt wiele zdziałać w okolicach Kota Kinabalu. Pierwszego dnia wybraliśmy się na „mokradła”, czyli do specjalnego rezerwatu wyznaczonego na terenie bagien, gdzie można obserwować wiele zwierząt, w tym ptaków. Niestety nie mieliśmy szczęścia, prawdopodobnie poszliśmy o wiele za późno, poza tym nie mamy wprawy w tzw. birdwatchingu i zanim złapałam lornetkę, ptak odlatywał i tyle go było. Było to jednak miejsce ciekawe, wyjaśniające znaczenie lasu namorzynowego (inna nazwa: mangrowce). Niestety przykro było patrzeć na ilość śmieci w błocie, wcale nie z powodu śmiecących zwiedzających, ale wody napływającej z morza z całym tym dobytkiem. Okropieństwo. Plaże Borneo są strasznie zaśmiecone i jakoś nikt nie potrafi znaleźć winowajców, każda wyspa zwala na kogoś innego, a problem się sam nie rozwiąże. Ludzie po prostu wyrzucają śmieci do wody, to jest niepodważalny fakt, który jak na razie Azja Południowo-Wschodnia trochę ignoruje, przerzucając się oskarżeniami metodą przedszkolną, tj. „to nie my, to oni”. Stuart o mało nie dołożył swojej cegiełki do tego bajzlu, bo osłona obiektywu wpadła mu prosto w bagno. Na szczęście byliśmy w parku sami i mogliśmy pokombinować. Nie obyło się bez przygód, ale udało się znaleźć patyk i wyciągnąć go z bagien (gałęzi przecież nie będziemy odrywać, innych opcji nie było) i jakoś udało się tę osłonkę wydłubać i wciągnąć na górę po deskach pomostu.

Lasy namorzynowe

Po mokradłach wybraliśmy się na stadion, gdzie Stu chciał obejrzeć jakiś mecz za parę dni. Znaleźliśmy stadion, wszystko sobie obczaił, przysiedliśmy więc na jakiś napój w kafejce nieopodal. Pan właściciel, starszy pan, czuł się dziwnie zaszczycony naszą obecnością, chociaż po angielsku nie mówił, ale wystawił nam specjalnie stolik z widokiem na stadion, a dokładnie rzecz biorąc udostępnił stół, gdzie sam siedział. Zamówiliśmy dwie herbaty i był to ogromny błąd. Herbata w ich rozumieniu to był jakiś mleczny ulepek. Dostałam właściwie chyba skondensowane mleko z lodem. Pan właściciel siedział nieopodal i bacznie obserwował każdy nasz ruch, nie chciałam mu robić przykrości, udawałam więc, że piję. Jak gdzieś zniknął, Stuart wziął to na klatę i wypił za nas oboje, co poskutkowało mdłościami i do hotelu wracaliśmy autobusem, chociaż wcześniej przyszliśmy piechotą.

stolik z widokiem na boisko, KK
Namierzenie przystanku nie sprawiło problemu, gorzej z ogarnięciem kierunku, w który mieliśmy jechać. Na szczęście na przystanku była jakaś młodzież i nam pomogli. Okazało się, że przystanek dobry. Spytałam o numer autobusu, żeby dojechać do hotelu, a oni powiedzieli, że... fioletowy. Trochę mnie to zdziwiło, ale jak fioletowy, to fioletowy, nie ma co wnikać. Faktycznie za chwilę podjechał bus oznaczony fioletowym paskiem i wsiedliśmy. W środku kazano nam zasiąść na tyle i ruszyliśmy. Nie wiedzieliśmy tylko, jak zakupić bilet. Nigdzie nie było żadnego konduktora, a czasem się kupuje właśnie u niego. Nikt nic nie płacił, nie miał biletu, ani nie było żadnych kasowników. W połowie drogi zaczęliśmy się nieśmiało zastanawiać, czy może autobusy nie są za darmo? Nie znam kraju, gdzie transport publiczny byłby darmowy (Google podpowiada, że jest tak w Estonii i Luksemburgu, brawo dla nich), ale biorąc pod uwagę ceny benzyny w Malezji i możliwość dotacji od państwa, byłoby to pewnie wykonalne. Nie chcę nikogo denerwować, ale benzyna tu kosztuje mniej niż 2 zł za litr. Z tego powodu każdy jeździ samochodem. Pomyśleliśmy, że może dlatego dofinansowują autobusy, żeby być bardziej eko, ale pod koniec trasy okazało się, że trzeba podać kierowcy zapłatę przed wysiadaniem, 1 ringgit na osobę (czyli ok. 90 groszy). Co do tych samochodów jeszcze, to jako że każdego na samochód stać, korki są wszechobecne (każdy samochód oczywiście z jedną osobą w środku), a piesi właściwie nie istnieją. Co gorsza, chodniki też często są albo zaniedbane, albo nagle się urywają i nie ma jak przejść przez skrzyżowanie. Po prostu nikt tu nie chodzi, bo po co. Jak sobie spacerowaliśmy, to zawsze jakaś taksówka zatrąbiła - no przecież niemożliwe, żebyśmy sobie szli tak o, na pewno szukamy transportu. Każdy jeździ autem, ale niestety nie każdy to umie, można dostać cholery na drodze. Większość można nazwać takimi naszymi niedzielnymi kierowcami. Ledwo się snują (uczono mnie, że to niebezpieczeństwo na drodze, zarówno jak się jedzie zbyt szybko jak i zbyt wolno), nie używają kierunkowskazu, ogólny dramat. Ze znakami drogowymi też nie jest najlepiej, strasznie mylące.
Co do dalszego pobytu w KK, popsuła się najpierw pogoda, a potem żołądek Stuarta. Jak to się uspokoiło, rozłożyło go przeziębienie i tyle z naszego pobytu. Deszcze były naprawdę ulewne i nie było sensu się wybierać do parku narodowego, bo szlaki były zbyt śliskie i niebezpieczne, poza tym łażenie po błocie w deszczu nie należy do naszych ulubionych rozrywek. Dalsze wycieczki autobusem odpadały, ze względu na wrażliwy stan żołądka Stu, przez co z żalem musieliśmy zrezygnować z odwiedzenia południa stanu Sabah na Borneo, gdzie znajdują się między innymi rezerwaty przyrody (prawdziwe, serio) zajmujące się orangutanami, niedźwiedziami malajskimi i żółwiami. Ze względu na przeziębienie, jeden dzień przesiedzieliśmy w hotelu. Tzn. ja nie musiałam, ale i tak lało. Ostatecznie zdecydowaliśmy się jechać na zachód, do Brunei, o którym to państwie będzie osobny wpis.
Przypomniała mi się jedna historia z KK: jednego wieczoru wybraliśmy się „na miasto”. Jak na kraj w dużej mierze muzułmański, barów było całkiem sporo. Klientela jednak to albo turyści, albo chrześcijanie, którzy jakimś dziwnym trafem w Malezji utożsamiani są z Chińczykami... Może nie jest to dziwne, dla mnie jednak jest, bo Chiny to jednak mało chrześcijański kraj, ale Malezyjczycy pochodzenia chińskiego to albo buddyści, albo chrześcijanie, przez co widać w wielu miejscach katolickie szkoły z chińskimi napisami, a w hotelach można znaleźć Biblię po chińsku (Koranu chyba nie widziałam, aczkolwiek każdy pokój ma zaznaczony kierunek Mekki, niefortunnie jak dla mnie nazwany po malezyjsku „Kiblat”). W każdym razie, z zasady muzułmanie alkoholu nie piją. Wybraliśmy się do lokalu o nazwie coś tam „resto bar”, który na miejscu się okazał być jedynie barem, a wcale nie resto. Postanowiliśmy jednak jakiś drink zamówić, żeby nie wyjść tak od razu, jakoś głupio, zwłaszcza, że lokal prawie pusty. Na grupkę siedzących w kącie ludzi nie zwróciliśmy początkowo uwagi. Przy zamówieniu okazało się, że można kupić piwo, ale ... co najmniej 8 sztuk. Nie wiem, co nam strzeliło do głowy, ale zamówiliśmy te 8. Tutaj muszę dodać, że nie jesteśmy jakimiś alkoholikami i były to malutkie kufle, ale jednak trochę czasu trzeba tam było spędzić. Czynnikiem decydującym była zapewne cena, alkohol w Malezji jest raczej drogi (jakieś minimum 20 zł za piwo), przy zakupie ośmiu wychodziło jakoś bardzo tanio. Baliśmy się tylko, żeby nie przynieśli tego wszystkiego na raz, co w Chinach by nikogo nie zdziwiło, ciepłe, rozgazowane piwo to tam nie problem. Na szczęście obowiązywał system kuponów, tj. zamówiliśmy, opłaciliśmy, pani wydała osiem kuponów i jak się chciało „dolewkę”, podawało się kolejny kupon. Byłoby miło, ale niestety grupka siedząca w kącie szybko się nawaliła i zachowywali się gorzej niż bydło. Większość rzecz jasna pochodzenia chińskiego. Wątpię, że byli to turyści, bo rozmawiali po malajsku. Widocznie można wywieźć Chińczyka z Chin, ale nie Chiny z Chińczyka, chociaż jestem pewna, że było to co najmniej drugie pokolenie wychowane w Malezji. Można było zwariować od tego hałasu, siedzieli blisko siebie, a darli się nieziemsko. Nie wiem, jak oni nie ogłuchli, a może już byli głusi? Krzyczeli sobie prosto do uszu. Nie słyszeliśmy własnych myśli, ani siebie nawzajem - rozmawiać się nie dało, chociaż lokal mały nie był, a my siedzieliśmy w odległej części. Barmanki były zdruzgotane, ale starały się trzymać fason - zapewne to jedyna klientela, a klient, jak wiadomo, nasz pan. Spili się do tego stopnia, że nie odróżniali już potem toalety męskiej od damskiej. Nie będę wnikać w szczegóły, a grupa w końcu wyszła (a raczej się wyczołgała) niedługo przed nami. Okropny wieczór.
Po Kota Kinabalu polecieliśmy do Brunei, a stamtąd pojechaliśmy z powrotem autobusem do Miri w Malezji, w stanie Sarawak. Miri okazało się przyjemnym miejscem, nie zostaliśmy tam jednak długo, bo robić nie było specjalnie co: w okolicy były dwa ciekawe parki narodowe, ale do jednego z nich można się dostać wyłącznie helikopterem (sic!). Wybraliśmy się więc do drugiego z nich. W środku byliśmy sami. Wspaniały, nieco wymagający trekking - przed wejściem wisi ostrzeżenie, że jest to spacer raczej dla ludzi w formie, a po drodze są wywieszone oznaczenia z kodami QR, które można skanować, żeby dać strażnikom znać, w którym miejscu się aktualnie znajdujemy. Oznaczenia są naprawdę świetne, co jakiś czas jest informacja o tym, ile czasu potrzeba, żeby wrócić do siedziby głównej i jeśli jesteśmy zmęczeni, to żeby zawracać i tak dalej. Bardziej niż zmęczeni byliśmy spoceni, bo wilgotność w takiej dżungli jest niesamowita. Mniej więcej po kilku minutach marszu człowiek się czuje, jakby właśnie wyszedł spod prysznica. Tyle, że w ubraniu. Krótkie spodenki są wygodniejsze na takie eskapady, ale jest jeden minus: pot spływa do skarpetek. W parku znajdowało się kilka wodospadów, co ciekawe, w każdym z nich można się kąpać. Stuart skorzystał z tej opcji dla ochłody, mimo że nie wiedzieliśmy o tym i nie mieliśmy strojów. Wielkiej różnicy to nie robiło, bo ciuchy i tak mieliśmy przemoczone. Właściwie można się tam kąpać nawet na golasa, bo i tak nie było innych odwiedzających - jakiś niepopularny park. Po powrocie do miejsca startu przebraliśmy się (zawsze nosimy już w takich sytuacjach jakieś suche ciuchy) i zjedliśmy coś w „restauracji” na miejscu. Było pusto, ale miło, pani nam ugotowała co miała. I to właściwie tyle ze zwiedzania w okolicach Miri.

jeden z wodospadów w Lambir Hills National Park
Przeszliśmy się jeszcze nad morze, gdzie zbudowano piękny park (plaży brak). Zasady zachowania w parku były dosyć zabawne, żałuję, że nie zrobiłam zdjęcia. Mianowicie panował między innymi zakaz nieprzyzwoitego zachowania (‘no indecent behaviour’), a do zobrazowania tej zasady użyto grafiki z przekreśloną, całującą się parą ;-) Zachód słońca nad morzem był przepiękny.

słońce zaczyna zachodzić, Miri
Wieczorem wybraliśmy się na kolację. Zdążyliśmy usiąść, a koło nas zaczęto przygotowywać stół dla dużej ilości osób. Nauczeni doświadczeniem z Filipin, pomyśleliśmy, że trzeba się szybko uwijać, bo będzie jakaś duża grupa, co gorsza, być może nawet chińska (na Filipinach jak zjawiała się większa grupa w restauracji, to już nie było szans, żeby inni zostali obsłużeni). Grupa okazała się jednak być pracownikami Heineken Malaysia na wieczorku motywacyjnym. Siedzieliśmy zaraz koło nich i z jakichś przyczyn za każdym razem, kiedy wznosili toast, podawali alkohol też nam. Najpierw były jakieś szoty (Stuart wypił), potem wino ryżowe- tu się zawahaliśmy, bo Chińczycy nazywają alkohol Baijiu winem ryżowym, a tak naprawdę jest to wódka o smaku mniej więcej spirytusu zmieszanego z domestosem. Niestety, trzeba było pić, bo nalegali, ale okazało się, że faktycznie było to wino ryżowe. Nawet smaczne. Potem były kolejne szoty - barmani ustawili mniejsze kieliszki z jakimś alkoholem na większych z czymś innym i na zasadzie domina wrzucili jedne w drugie. Niezły pokaz. Nam też to zaserwowano, Stuart już miał dosyć, odmawiać nie wypadało, więc pił za nas dwoje. Po tym wszystkim dyrektor Heinekena ogłosił, że wszyscy w barze dostaną za darmo piwo. Wtedy postanowiliśmy się zmywać, a jeszcze na odchodne wcisnęli nam tego wina ryżowego. Piwo na szczęście już nas ominęło. Do tej pory nie wiem, czemu nas tak raczyli za darmo, w knajpie byli też inni turyści. W każdym razie bardzo sympatyczni ludzie. Malezja nie produkuje własnego alkoholu jako takiego, ale browary typu Heineken czy Guiness mają tam swoje oddziały. Zastanawialiśmy się, czy jacyś muzułmanie tam pracują, bo chyba im trochę nie wypada, ale to ciężko stwierdzić - żadna z kobiet nie miała chusty, a inaczej się rozpoznać nie da. Dyrektor był na pewno pochodzenia chińskiego, reszta miks - Chińczycy, Malezyjczycy, Indusi, Brytyjczycy i inni ekspaci.
Z Miri polecieliśmy do Kuchingu, które jest naszym najulubieńszym miastem w Malezji. Niestety polecieliśmy, bo stan dróg na Borneo nie jest najlepszy - odległość nie była duża, ale autobus jechałby... 14 godzin. Spędziliśmy w Kuchingu chyba 5 dni lub więcej, bo było naprawdę przesympatyczne. Pierwszego dnia znaleźliśmy miłą restaurację, gdzie Stu lubił wracać i w końcu obchodził tam przypadkowo swoje urodziny - obsługa przygotowała dla niego torcik, odśpiewali też „Happy birthday” (chyba w wersji malajskiej, nie mam pewności) z akompaniamentem gitary. Kuching znaczy po malajsku „kot”, wszędzie po mieście są rozsiane figurki tych zwierząt, jest również muzeum kotów, całkiem ciekawe.

w muzeum kotów
Z Kuchingu można się wybrać również do Parku Narodowego Bako, czego nie uczyniliśmy, bo najlepiej zostać tam na noc, żeby w ogóle jakieś zwierzę zobaczyć, a park akurat bardzo mądrze w środku sezonu przeprowadzał remont pensjonatu. Zresztą zarezerwowanie tam noclegu i tak zawsze graniczy z cudem, a wybrać się na jeden dzień, to tak właściwie na kilka godzin- dopłynąć tam można tylko łódką. Pierwsza odpływa około 8 rano, a ostatnia powrotna jest bodajże o 15. Odpuściliśmy więc i oddaliśmy się szeroko pojętemu relaksowi. Byliśmy na przykład na kręglach, w które nie grałam z 10 lat. Okazało się, że w Malezji płaci się za osobę i za grę, nie za godzinę na przykład. Poza tym zapisaliśmy się na lokalny bieg charytatywny. W tej części świata takie biegi odbywają się bardzo wcześnie rano, lub w nocy, bo w ciągu dnia jest zwyczajnie za gorąco. Stawiliśmy się na miejscu bodajże o 5:30. Całe wydarzenie było organizowane przez lokalny serwis informacyjny po raz pierwszy i było trochę niedociągnięć. Były trzy trasy: 3 km, 7 km i 12 km. Ja biegłam 7, Stuart 12. Najpierw startowały dwunastki i puścili ich chyba o 15 minut za wcześnie, nas za to za późno. Na koniec się okazało, że zamiast 7 km trasa wyniosła 6,2, a zamiast 12... 13,5 km xD Co więcej, biegliśmy podobną trasą, więc ci, którzy ukończyli 3 km, po prostu wracali piechotą na miejsce startu, zachodząc drogę biegnącym 7 km. Nic to, każdy dostał pamiątkowe koszulki, flagi, w dodatku była loteria nagród. Wiele osób nie zostało do końca, więc ci, którzy czekali, mieli zwiększone szanse na wygraną- czasem losowali po sześć lub więcej numerów startowych dla jednej nagrody, zanim znaleźli zwycięzcę na miejscu. Do wygrania były, co ciekawe, sprzęty gospodarstwa domowego, takie jak czajniki, grille elektryczne i tym podobne. Do tego zniżki do jakiejś restauracji. Nagroda główna to było bodajże 2000 ringgitów, ale nie wiem dokładnie, nie zostaliśmy aż tak długo, żeby to sprawdzić. Panie muzułmanki biegły w chustach na głowie, niektóre w specjalnych, sportowych, niektóre w zwykłych. Nam robiono zdjęcia, ale chyba nigdzie ich nie udostępniono, bo nigdy ich nie znalazłam.

uczestniczki biegu
W Kuchingu wynajęliśmy motor i trochę z duszą na ramieniu, bo ruch uliczny jest jaki jest, pojechaliśmy do rezerwatu orangutanów. Niestety lał deszcz, ale orangutany można oglądać tylko w porze karmienia w godzinach 14-16 (jeśli jakieś przyjdą po jedzenie, bo uczą się być samodzielne) i nie było wyjścia, jeśli chcieliśmy je zobaczyć, mieliśmy tylko ten dzień. Wróciliśmy przemoczeni jak kury, ale było warto. Niestety nie mam dobrych zdjęć, bo mój telefon nie robi najlepszych, zresztą żaden chyba telefon nie nadaje się do zbliżeń (zoom cyfrowy a optyczny to wielka przepaść), a co więcej do robienia zdjęć ruchliwym obiektom, takim jak zwierzęta. Przegapiłam już wcześniej zdjęcia nosaczy w Brunei i po godzinie cykania fotek orangutanom, kiedy okazało się, że może z jedno zdjęcie w ogóle wyszło, postanowiłam zakupić porządny aparat. O tym dalej.

jeden z orangutanów
Z Kuchingu polecieliśmy do Kuala Lumpur. Tutaj już nie było wyjścia, bo Kuala Lumpur jest na innej wyspie i z Borneo można tam tylko polecieć. Lot był późno wieczorem, więc w ciągu dnia nie mając co ze sobą zrobić poszliśmy do kina. Trochę się baliśmy co do dubbingu/napisów, a do wyboru było tylko „Toy story” lub „Faceci w czerni”, poszliśmy więc na to drugie. Okazało się, że film leci w oryginale, a do tego puszczają napisy jednocześnie po malajsku i chińsku. Całkiem spoko. Do KL udałam się przede wszystkim dlatego, że potrzebowałam nowego paszportu, a tutejsza ambasada polska jest uznawana za najsprawniejszą w tych kwestiach. Czy tak jest faktycznie, tu mogłabym polemizować. W każdym razie wybrałam się, aby złożyć wniosek o nowy paszport. Ambasada jest czynna kilka razy w tygodniu przez dwie godziny, zjawiłam się więc trochę przed otwarciem. Pod budynkiem stał już tłum Filipińczyków. Nie wiedzieć czemu, mnóstwo z nich chce wyjechać do Polski pracować. Nie moja sprawa, ale muszą być nieźle zdesperowani. W każdym razie próbowałam pertraktować ze strażnikiem, żeby nie stać w kolejce, bo nigdy nic nie załatwię przy takim tłumie. W końcu jest to ambasada Polski i chyba jako Polka mam jakieś prawa chociaż w tym jednym miejscu. Ostatecznie po prostu stanęłam pod bramą, kiedy oni wszyscy stali w cieniu nieopodal i weszłam i tak pierwsza. Nie zajęłam dużo czasu, bo oczywiście system nie działał i kazali mi wrócić za tydzień. Tylko mi podnieśli ciśnienie, bo nie będę siedzieć w Kuala Lumpur tydzień, musiałam się wracać tydzień później z innej miejscowości. O tym za chwilę.
W samym Kuala Lumpur w sensie turystycznym nie za bardzo jest co zwiedzać. Są oczywiście muzea, niektóre nawet za darmo, większość atrakcji jednak uszczupla portfel dosyć srogo. Wjazd na znane wieże Petronas Towers- 100 zł, Bird Park- 60 zł i tak po jednym dniu zwiedzania można zostać w samych skarpetkach. My wybraliśmy się do kilku muzeów, między innymi ciekawego muzeum o nazwie Planetarium, które bardziej niż planetom poświęcone jest astronautyce. Można poczuć, jak to jest bez grawitacji, można dosłownie usiąść na toalecie działającej jak ta w statku kosmicznym, można przymierzyć strój astronauty i wiele innych atrakcji. Poza tym przechadzaliśmy się po mieście i chłonęliśmy atmosferę. Zatrzymaliśmy się w centrum, nieopodal słynnej Petaling street (Jalan Petaling) w Chinatown, czyli chińskiej dzielnicy. Nieopodal jest też Little India, czyli dzielnica indyjska. Miasto samo w sobie jest całkiem przyjemne, acz nieco zakorkowane. Poruszanie się komunikacją miejską niestety może sprawiać kłopot - jest kilka różnych linii metra/pociągów i można zwariować, zanim się zrozumie, gdzie i jak jechać. LRT, SBK, MRT, KL Rapid, KTM komuter... Niestety nie mają wspólnych biletów, co gorsza przesiadanie się nawet w obrębie linii z tej samej „firmy” jest dziwne, bo trzeba wysiąść i zakupić kolejny bilet. Ogólny dramat. Mieszkańcy mają karty miesięczne i jakoś sobie radzą, turysta może zakupić kartę kilkudniową, ale nam się nie opłacało. Na jednorazowych żetonach poruszanie się po KL to nie lada wyczyn. Do autobusów nawet nie robiliśmy podejścia, bo też można przy tym zwariować - Rapid KL, Go Kl i inne- ale przede wszystkim przez korki nie ma to większego sensu. Poza tym w autobusach nie można kupić biletu, tylko skądś trzeba najpierw mieć kartę elektroniczną i ją doładowywać. Poruszaliśmy się często taksówkami, a raczej tutejszym uberem, bo jest tani jak barszcz. W KL wybraliśmy się jeszcze do psiej kawiarni, ale wyszliśmy zniesmaczeni- psy były non-stop dokarmiane przez odwiedzających. Był wymóg jednego zamówienia na osobę, a mimo to wiele osób przyszło, robiło tłum i męczyło zwierzęta, a obsługa nie reagowała. Żenada.

KL nocą. zdjęcie słabe, ale oddaje nieco klimat miasta: rozświetlone, kolorowe, nowoczesne
Z KL pojechaliśmy do osławionej miejscowości Malakka. Dojechać tam można autobusem i tutaj muszę powiedzieć, że mają w KL najlepszy dworzec autobusowy, jaki kiedykolwiek widziałam. Najpierw trzeba kupić bilet, można w automacie albo w okienku a reszta wygląda mniej więcej jak na lotnisku. Wstęp mają tylko pasażerowie z biletem, który skanuje się przy bramkach, a każdy autobus ma wyznaczony „gate”, czyli drzwi, przy których się czeka. Tylko skanować bagaży nie trzeba. Cały proces przebiega naprawdę sprawnie. Droga do Malakki zajęła nam około dwie godziny. Miasto jest osławione przez UNESCO i tak właściwie to wcale nie wiem czemu. To znaczy oficjalnie przez dziedzictwo kulturowe, różne grupy etniczne żyjące wspólnie, kilka różnych świątyń stojących obok siebie i tak dalej. Wspaniale, ale to wszystko jest wszędzie w Malezji. Wyjątkiem jest tutaj fakt, że Malakka była niegdyś kolonią portugalską i holenderską, poza tym ludzie łączyli się w mieszane pary i powstały grupy np. portugalsko-indyjskie, chińsko-malajskie i tak dalej, każda z własnym językiem i tradycjami. UNESCO uznało, że to wystarcza do wpisania tego miasta na ich listę, co doprowadziło do masowego najazdu turystów, w tym grup chińskich. Historyczna uliczka Jonker street została zamieniona w festiwal chińskiego badziewia i to ma być niby dziedzictwo. Na szczęście bazar wystawiają tam tylko w weekendy. Jak widać nie podobało nam się tam za specjalnie. Byliśmy tam pod koniec czerwca, kiedy akurat potomkowie Portugalczyków obchodzili święto w portugalskiej wiosce. Wybraliśmy się tam, bo nam opowiadano, jakie to wspaniałe święto, ale szczerze to nic się nie działo.

Malakka
Poza tym Malakka jest pełna okropnych riksz rowerowych, wymalowanych w dziwne wzory typu Hello Kitty i wydających okropne dźwięki. Zostaliśmy tam kilka dni, bo ja musiałam się wrócić do KL tak czy siak, a stamtąd było w teorii najłatwiej. No właśnie w teorii, bo mimo że postanowiłam jechać dzień wcześniej, to po weekendzie mnóstwo ludzi wracało do KL i biletów na autobus zabrakło. Kazano mi się stawić w ambasadzie w poniedziałek, bo we wtorek było święto i nic bym nie załatwiła, a nie chcieliśmy siedzieć w KL albo okolicy w nieskończoność. Musiałam więc obrać dłuższą i droższą trasę autobusem jadącym w okolice KL, na lotnisko, stamtąd zaś podjechać do centrum autobusem lotniskowym. Korki były tak nieziemskie, że zamiast 2h jechaliśmy ponad 5. Nawet o 22 były jeszcze korki na trasie poza miastem. Z dworca w centrum do hotelu jechałam już taksówką, bo było bardzo późno a nie miałam już sił na metro, generując tym samym dodatkowe koszty na poczet paszportu. Ktoś może spytać, czemu po paszport nie pojechałam do Polski. Otóż bilet do Polski jest droższy, niż wszystkie koszty jakie tu poniosłam razem wzięte (a tanio nie było), poza tym w Polsce musiałabym czekać miesiąc, nie wiadomo co robiąc. Tutaj czekałam prawie dwa, ale mimochodem ;-) Zdążyłam przez ten czas objechać Tajlandię i Indonezję. Wracając do ambasady, jak się pojawiłam za drugim razem też już stał tłum Filipińczyków i tym razem grzecznie stanęłam w kolejce. Tutaj muszę dopisać, że ambasada w Kuala Lumpur działa na Malezję, Brunei i Filipiny. Na Filipinach od nowa się otwiera polska ambasada, ale jakoś długo im schodzi i po wizy muszą lecieć aż do Malezji. Pani odpowiedzialna za nadzorowanie kolejki wypatrzyła mnie w tłumie (trudno nie było) i okazało się, że faktycznie Polaków kolejka nie obowiązuje. Znowu więc weszłam pierwsza i przynajmniej upewniłam się, że poprzednio wcale nie zachowałam się chamsko. Wszyscy „wizowi” umawiają się co najmniej z miesięcznym wyprzedzeniem na konkretną godzinę, żaden Polak by nie miał szans nic załatwić. W każdym razie udało mi się złożyć wniosek i odciski palców i kazano mi czekać 5-7 tygodni. Czekałam cierpliwie, ale nie dawali znaku, zbliżał się czas wyjazdu z Indonezji i zaczęłam się trochę niepokoić. Tym bardziej, że wymieniałam paszport, bo w każdym kraju w okolicy wymagana jest ważność co najmniej pół roku. U mnie to mniej niż pół roku nastąpi już za kilka dni, a poza tym w niektórych miejscach jak Wietnam trzeba aplikować o wizę przed przyjazdem. Tak czy siak, paszport był mi potrzebny na dniach. Wysłałam maila, bez odzewu. Zadzwoniłam, odebrali jacyś ... Indusi? W każdym razie na infolinii polskiej ambasady nikt nie mówi po polsku, taka niespodzianka :-) Po telefonie na szczęście konsul mi wreszcie odpisał, że paszport jest, więc po niego przybyłam. Dalsza część tej historii będzie pod koniec postu.
Z Malakki udaliśmy się na polecaną nam przez lokalsów wyspę Penang. Zaskoczyła nas tam ilość turystów. Wyspa jak wyspa, całkiem przyjemna. Kilka dni spędziliśmy w cichym miejscu, nieopodal parku narodowego i wioski rybackiej. Zwiedzać było co, wybraliśmy się między innymi do ogrodu przypraw, gdzie pokazano jak rosną różne rośliny i przyprawy, był też ogródek z truciznami. Bardzo ciekawe miejsce.

bananowiec

krzak ananasa :) tak jest, ananasy nie rosną na drzewach!
Poza tym wybraliśmy się na nocną wycieczkę do parku narodowego. Oczywiście z przewodnikiem. Byliśmy tylko we dwoje, przewodnik twierdzi, że to niepopularna godzina na zwiedzanie, zwłaszcza dla lokalsów- ponoć boją się duchów! Liczyliśmy na jakieś węże, pająki czy inne nocne stwory, ale skończyło się na świetlikach, różnych insektach i jakimś spłoszonym lisie, który przebiegł tak szybko, że zauważył go tylko Stuart. Z przygód to coś wleciało mi do ucha i darłam się wniebogłosy, bo to strasznie boli, jak taki owad się pcha do środka i bzyczy w uchu. Potem miałam cały czas wrażenie, że to coś nie wyleciało i siedzi mi w uchu, masakra. Chłopaki mi nalali wody do środka, obejrzeli przy latarce i uznali, że wszystko ok. Ucho mnie bolało jeszcze kilka dni, ale nic poważnego się nie stało. Gorzej było następnego dnia z moim żołądkiem. Mieliśmy się wybrać na dzienny trekking inną trasą w tym samym parku, ale niestety w drodze dopadły mnie straszne bóle brzucha i musieliśmy zawrócić. Resztę dnia spędziłam w toalecie :/ Jeden dzień więc przepadł. Przemieściliśmy się potem do Georgetown, które również jest miastem UNESCO, ale tym razem moim zdaniem na to zasługuje. Wspaniała architektura. Niestety również jest pełne turystów, zwłaszcza chińskich, ale również malezyjskich. Zrobienie zdjęcia zakrawa o cud. W ogóle w dobie instagramu wszyscy są nagle influencerami albo co, nie wiem, ale robią sobie zdjęcia na tle dosłownie wszystkiego. Nie wiem po co komu zdjęcie na tle każdego możliwego murala na przykład. Mnie interesuje sam mural, po co mam przed nim pozować? Żeby udowodnić, że się tam było? Do tego mają mnóstwo innych zdjęć.
jeden z wielu murali w Georgetown, autorstwa litewskiego artysty
No ale fotki są cykane wszędzie i to dotyczy niemalże każdego zabytku, ludzie dosłownie cmokają z niezadowoleniem jak się im wejdzie w kadr. Zabytek jest do zwiedzania i jak płacę za bilet i chcę pozwiedzać, to mam do tego prawo takie samo jak każdy inny turysta. Nie po to tam idę, żeby nic nie obejrzeć, bo inni chodzą tylko po fotki. Ale ludzie się rozwalają np. w wejściu na 5 minut i pozują na schodach do pięćdziesięciu zdjęć. Najzabawniejszym miejscem „sesyjnym” do tej pory był jednak ... śmietnik przy ulicy w KL, gdzie jakaś Chinka miała robioną sesję. Może coś nas ominęło, na wszelki wypadek spytałam Stuarta, czy może też chce fotkę przy śmietniku, ale jakoś nie chciał ;-)
A propos zdjęć, to właśnie w Georgetown zakupiłam aparat z super zoomem i jestem bardzo zadowolona. Zupełnie inna jakość zdjęć, chociaż mój telefon wcale tragiczny nie jest, ale to jednak nie to samo.
W czasie, gdy byliśmy w Georgetown, trwał akurat festiwal miasta. Bardzo ciekawe wydarzenie. Do udziału zaproszeni są przedstawiciele wszystkich grup etnicznych. Można się zapoznać z ich kulturą. Każda grupa miała swoje stanowisko, gdzie prezentowali tańce, tradycyjne wyroby itp. Zwiedzający dostali przewodnik-książeczkę z objaśnieniami. Generalnie uważam, że wszystko było świetnie zorganizowane. Ludzie się wspaniale bawili. Nagrałam chyba tylko jeden filmik, z sikhijskiego stoiska, gdzie przygrywała pendżabska grupa, a ludzie tańczyli w kółeczku :-) Turyści, lokalsi, Indusi, Sikhowie, Chińczycy... Wszyscy razem. Wydarzeń było więcej, bo całość chyba trwała ze 2 tygodnie, my byliśmy tylko kilka dni.
Wybraliśmy się również na Penang Hill, ale wyprawa była chyba trochę zbyt późno - w takie miejsca chodzi się chyba nad ranem, około 5 rano. My byliśmy chyba około 11 i było tak gorąco, że każdy krok był męczarnią. Ledwo wleźliśmy chyba do połowy tego pagórka (a było niełatwo) i postanowiliśmy wracać. Na wzgórze można wjechać kolejką, ale ceny dla Malezyjczyków i obcokrajowców znacząco się różnią- lokalesi 5 zł, obcy 30 zł. Dziękuję bardzo. Po drodze spotkaliśmy wielu Malezyjczyków, na szczęście oni też byli zmęczeni, więc nie wyszliśmy na frajerów, po prostu było gorąco. Oprócz wędrowców, na Penang Hill mieszka trochę ludzi, a niektórzy mają też działki. Jedna pani uprawiająca tam owoce dała nam trochę limonek prosto z drzewka, żebyśmy sobie wcisnęli do wody na orzeźwienie. Bardzo miło. Doszliśmy do stacji środkowej, trochę odpoczęliśmy i uznaliśmy, że jak wleźliśmy, to i zleziemy i tak też uczyniliśmy. Inną trasą, schodami w dół. Po drodze w dół spotkaliśmy grupę buddyjskich mnichów wchodzących do góry, ale byli tak zziajani, że nawet nie odpowiadali na nasze pozdrowienia.
W Georgetown znajduje się też z ciekawych w miarę rzeczy świątynia węży. Nie było dane nam jej odwiedzić, bo nikt nie potrafił nam wytłumaczyć, jak tam dojechać komunikacją miejską. Potem przeczytałam w internecie, że wszystkie węże tam są pozbawione kłów i jakoś nie żałowaliśmy, że nas tam nie było.
W Georgetown trafiliśmy też przypadkowo na ciekawe (z socjologicznego punktu widzenia) miejsce w postaci sklepu z alkoholem, który wystawił plastikowe krzesełka na terenie dookoła sklepu i działa jak bar. Sprzedają alkohol tanio jak barszcz i non stop walą tam straszne tłumy. Mówiąc "tanio jak barszcz" mam na myśli na pewno poniżej ceny zakupu i na pewno o wiele taniej niż w jakimkolwiek innym sklepie. Wpadliśmy tam jednego wieczoru i przysiedli się do nas bardzo mili panowie. Przegadaliśmy parę godzin, chociaż nie zawsze szło się dogadać. Jeden z nich był etnicznym Chińczykiem i słabo mówił po angielsku (zresztą trochę seplenił, bo brakowało mu zębów, więc ciężko było go zrozumieć). Drugi był Malajczykiem i byli kumplami, poznali się w tym pubie/sklepie. Wiek gdzieś tak 50+, ale fajnie się rozmawiało. Polecili nam popłynąć na wyspę Langkawi, co i tak już mieliśmy w planach. Popłynęliśmy tam dwa dni później. Langkawi słynie z tego, że jest wyspą duty-free, czyli bezcłową. W teorii ma tam być niby tanio, w praktyce chyba tylko alkohol jest tani. Poza tym Langkawi ma jedyną piaszczystą plażę z prawdziwego zdarzenia, jaką widziałam w Malezji. Można tam uprawiać różne sporty wodne i inne, typu paralotniarstwo. Nie znam się na cenach takich atrakcji, ale wydawało mi się drogo- bodajże 300 zł od osoby to minimum za cokolwiek.
Langkawi
Z atrakcji były też wycieczki łódkami, ale wynajęcie łódki było w jakichś horrendalnych cenach typu 350 zł za godzinę, a wycieczka minimum 3h. Bez jaj. Wypożyczyliśmy motor, objechaliśmy wyspę, trochę połaziliśmy. Wybraliśmy się też na farmę owocową, ale to było raczej nietrafione. Nie można tam chodzić, nie ma żadnych objaśnień, nikt nie tłumaczy nic o uprawie owoców, trzeba się więc szybko rozglądać dookoła, żeby dojrzeć nazwę drzewa jadąc samochodem (obwózka w cenie biletu wstępu). Na początku jest próbowanie owoców, ale żadnych prawdziwie egzotycznych nie oferują, raczej arbuzy itp. Jest kilka przystanków np. na karmienie przekarmionych już dawno ryb albo na zdjęcie z jakimś ananasem (obowiązkowe, panu przewodnikowi nie można było odmawiać, karnie pozowaliśmy). Całość trwała z pół godziny i wyszliśmy jedynie biedniejsi o 30 zł x 2, wiedzy nie zdobyliśmy żadnej. Chociaż widoki były.
na farmie owocowej
I to koniec naszej podróży po Malezji. Nie wiedzieliśmy co ze sobą począć dalej, bo Indonezja nam jakoś wypadła z trasy- mieliśmy tam popłynąć z Malakki, ale jakoś nie wyszło, bo pojechaliśmy dalej. Stąd już połączeń nie było. Udaliśmy się więc do Tajlandii, oddalonej o jakieś półtorej godziny drogi łódką z Langkawi. O Tajlandii będzie kiedyś oczywiście osobny wpis.
Piszę te słowa znów siedząc w Kuala Lumpur, gdzie przyjechałam odebrać paszport. Jak zwykle było pod górkę - paszport jest, ale jako że przyjechałam z użyciem innego paszportu, muszę załatwić pozwolenie na wyjazd. Konsul poinformował mnie o tym dopiero przy odbiorze. Myślałam, że po prostu pokażę dwa paszporty przy wyjeździe, podstemplują i tyle. A tu figa. Urząd imigracyjny, do którego miałam się udać, znajduje się około godziny drogi od miasta. Miałam się tam udać z wydrukowanym biletem i oczywiście plikiem banknotów, bo za darmo jak wiadomo nic nie ma. Tym sposobem władowałam się w kolejne koszty. Papierek pozwalający mi na wyjazd ma kosztować około stu złotych, plus dojazdy... Konsul łaskawie wydrukował mi bilet lotniczy, który, chyba nie muszę dodawać, miałam na następny dzień. Tak więc rozpoczęłam wyścig z czasem, niestety skończyło się to wynikiem 1:0 dla czasu, bo zanim znalazłam (działający) bankomat i zamówiłam taksówkę, była godzina 15:30. Urząd otwarty do 17 bądź 17:30, oddalony o godzinę drogi, ale korki były tak nieziemskie, że zamówiona taksówka nawet się nie poruszała. Serio. Zrezygnowałam i postanowiłam uderzyć, w sensie dosłownym, do urzędu następnego dnia z rana. Otwierają o 7:30, lot jest o 11:50, lotnisko oddalone od urzędu o 30 km. Co może pójść nie tak? (Oprócz tego, że wszystko). Wściekła i niepocieszona wizją przepychania się przez tłum nielegalnych imigrantów, przez których w ogóle muszę te papierki zdobywać, bo ponoć to przez ludzi udających, że "zgubili" paszport to wszystko, poszłam spać. Chociaż spać i tak nie mogłam z nerwów, bo się naczytałam, że to wbicie stempelka do nowego paszportu może zająć co najmniej 2 godziny i to jeszcze liczone od momentu, kiedy z kolejki się dostanie w ogóle do okienka. Na szczęście znalazłam jakieś dokładniejsze informacje z instrukcją, co robić i gdzie iść, na stronie ... ambasady USA w Malezji. Adres, który dostałam od pana konsula nie był poprawny. Przewracając się w łóżku układałam różne scenariusze i postanowiłam, że jeśli się nie uda z tym papierkiem, to po prostu pojadę na głupa na lotnisko i udam, że nie wiem o co chodzi. Inne warianty zakładały płacz i błaganie na Allaha, a nawet argumenty na "horom curke" czekającą na mnie w Kambodży. Wariantów, które obmyśliłam było jeszcze kilka i żaden nie zakładał zachowania godności człowieka. Co gorsza, zaczęłam googlować przypadki zatrzymania ludzi przez celników malezyjskich na lotnisku i zrobiło mi się jeszcze gorzej, bo nie wahają się oni aresztować nikogo nawet z błahych powodów (ostatnio jeden Singapurczyk siedział 48h w więzieniu za próbę wjazdu na paszporcie ważnym 5, a nie wymagane minimum 6 miesięcy). Wcale mi to nie pomogło zasnąć. Po około trzech godzinach snu zerwałam się z rana o 6, obudziłam drzemiących na dole recepcjonistów, żeby się wymeldować i zamówiłam taksi, znaczy Grab (taki uber). Jak to zwykle bywa, kiedy się człowiek spieszy, taksa lawirowała w okolicy przez ponad 20 minut, nie dając znaku życia, aż się zdenerwowałam i anulowałam przejazd. Zamówiłam następny i znów to samo, tym razem kierowca był rozmowny i wprost mi powiedział, że ulice są zamknięte i do mojego hotelu nie da się dojechać. Zaproponowałam, że gdzieś podejdę, choć nie bardzo wiedziałam gdzie, ale jakaś większa ulica była nieopodal przy stacji metra. Kazał mi jednak czekać pod hotelem, zaparkował w okolicy i po mnie przyszedł. Pan się okazał mieć serce ze złota. Szybko się zgadaliśmy i pan kierowca postanowił mi pomóc. Było już bardzo późno, bo ruszyliśmy chyba o 7:30, akurat wtedy, gdy otwierali już biuro imigracyjne i dawno powinnam tam być. Lot był, przypominam, o 11:50. Ja cała w nerwach, pewna, że nie zdążę na samolot i muszę kupić następny lot i wywalić kolejną kasę przez biurokrację i niekompetencję różnorakich urzędników (w tym pracowników polskiej ambasady), pan za to mnie uspokajał, że damy radę. Istniała szansa, że z pomocą kierowcy się uda, zastanawiałam się tylko ile mnie to wszystko może kosztować, skoro on chce na mnie czekać w urzędzie i zawieźć mnie na lotnisko.

kiedy siedziałam pod hotelem jak ostatnia sierota, krążył wokół mnie zdziwiony kot. wydawał się pytać wzrokiem, co ja tam w ogóle robię ;-)
Od momentu pojawienia się pana kierowcy i jego optymizmu, wszystko zaczęło się jakoś układać. Po drodze dostałam sms od linii lotniczych z informacją, że mój lot jest opóźniony o godzinę, dzięki czemu w razie czego mogę zmienić lot na jakikolwiek inny za darmo. Wiedziałam jedno, jeśli dziś nie dostanę tego świstka (czwartek) to muszę tu kisnąć co najmniej do poniedziałku, bo od jutra są obchody dnia niepodległości. Póki co cisnęliśmy, żeby zdążyć na 12:50. Pan działał bardzo sprawnie. Bodajże około 8:45 zajechaliśmy do wydziału do spraw imigracji. Pozostało jeszcze znaleźć odpowiednie sale i okienka. Pan miał rację, mówiąc po malajsku oczywiście można załatwić wszystko szybciej. Rachu-ciachu znalazłam się bez kolejki przy właściwym okienku. Musiałam zrobić kopie paszportu (o dziwo ksero było w normalnej cenie), po dwa razy składać odciski palców i mieć zrobioną fotkę. Dałam im też potwierdzenie lotu. Potem musiałam pobrać numerek, ludzi było sporo, ale byłam jakimś dziwnym trafem druga w kolejce. Co jakiś czas mnie wołano po imieniu bez kolejki. Już sama nie wiem, co oni tam robili, ale w końcu mi dali jakiś świstek i kazali iść do kasy. Ucieszyłam się, że można płacić kartą, bo nie miałam przy sobie wiele gotówki, a trzeba było jeszcze opłacić drivera. Niestety, jak to bywa w takich miejscach, logika nie obowiązuje i w wydziale obsługi obcokrajowców akceptowane są tylko lokalne karty płatnicze. Wspaniale, nie ma co. To mój drugi ulubiony urząd "przyjazny petentowi", zaraz po wydziale obsługi obcokrajowców w naszej wspaniałej ojczyźnie, gdzie nikt nie mówi po angielsku i każda pani Halinka na widok obcokrajowca wyskakuje z jakże miłym "tu jest Polska, mówimy po polsku". Żenada zalewa mi klawiaturę jak to piszę. W każdym razie nie wiedziałam, ile jeszcze mój paszport będzie "procesowany", więc zdecydowałam się poprosić support AirAsia o zmianę lotu na kolejny o 14:55, co o dziwo się udało i obeszło się bez większych scen. Po tym, jak zapłaciłam, wydano mi jakieś kolejne świstki i wreszcie zwrócono oba paszporty. Wszystko zajęło około godzinę.

ten wpis kosztował mnie stówkę. był jeszcze dołączony dokument w formacie A4, ale nie mam fotki.
Wtedy zaczęła się kolejna farsa z poszukiwaniem bankomatu. Albo nie akceptowały mojej karty, albo nie miały kasy, albo nie dało się nigdzie dostać, bo ulicą szła próbna parada przed jutrzejszym świętem niepodległości... Pan kierowca cierpliwie mnie wiózł po okolicy, aż znaleźliśmy wypłacalny bankomat. Żartował sobie, że po tych wszystkich przeżyciach powinnam napisać książkę lub bloga. Wspomniałam, że mam takiego mini bloga dla znajomych i na pożegnanie zrobiliśmy sobie wspólną fotkę :-) Normalnie nie robię selfie i nawet nie wiedziałam, że mój telefon robi takie beznadziejne. Wygląda jak robione kartoflem, ale jest.

z panem kierowcą
Na lotnisku karuzela tego pecha oczywiście się nie mogła jeszcze zatrzymać. Miałam jeszcze trochę czasu do odlotu (byliśmy na lotnisku przed 11). Potrzebowałam poczty i według stron internetowych zarówno Pos Malaysia jak i lotniska poczta znajduje się na terminalu nr 2. Niestety na żywo poczta ta nie istnieje i według obsługi terminala również nie. W internecie natomiast jeszcze dwa dni temu ktoś sobie robił zdjęcia pod tą placówką. Zagadki nie rozwikłałam, zrezygnowałam i udałam się na odprawę. Jak mogłam się spodziewać, celnik nie miał pojęcia co ja mu w ogóle pokazuję za dokumenty. Pewnie gdybym przyjechała bez tego i pokazała mu tylko dwa paszporty, to by mnie przepuścił. Ale znając życie wtedy byłby inny celnik i awantura. Po naradzie z innymi celnikami wreszcie mnie puścił, zatrzymał sobie tylko jeden ze świstków.
Ile to wszystko kosztuje?
Cholerny paszport kosztował mnie łącznie z tysiąc złotych, w nerwach o wiele więcej. Wciąż taniej niż gdyby lecieć do Polski, choć zastanawiam się, czy nie łatwiej by było tego wszystkiego załatwić np. w Bangkoku.
Przez około miesiąc w Malezji wydaliśmy podobną kwotę, co na Filipinach. Generalnie na każdy kraj w Azji Płd-Wsch trzeba liczyć wydatek około 1000 USD/miesiąc/osobę. Czemu więc narzekam, że trochę drogo? Bo za te pieniądze zwiedziliśmy i zdziałaliśmy o wiele mniej.
Tanie były hotele, w dodatku całkiem przyjemne. Najtańszy hotel to chyba było jakieś 30 zł za dobę i w dodatku był całkiem porządny jak na hotel budżetowy.
przykładowe ceny:
wynajęcie skutera - ok. 40 zł/ dzień
parking dla skutera - ok. 50 gr
benzyna- ok. 2 zł/ litr
butelka wody - 10 groszy za litr w dostępnych wszędzie automatach do napełniania butelek wielorazowych!
kawa- 1-15 zł (ta za 1zł to nescafe z proszku)
pranie i suszenie, ładunek max 7kg - 10-15 zł
obiad - 5- 50 zł
piwo - 18-30 zł
rejs łódką - 35- 70 zł, w zależności od odległości i klasy
autobus międzymiastowy - 10-30 zł, w zależności od odległości
taxi - średnio 10 zł
bilet na metro - 1,5 zł do około 4,5 zł
bilet na autobus - 1- 2 zł
Co nas zaskoczyło?
Właściwie to chyba nic, może tylko to, że nikt się za bardzo nie przejmuje nawoływaniami i modlitwami w meczecie. Nikt też nie modli się publicznie, a w pokojach modlitewnych (dostępnych na lotniskach, dworcach itp.) sporadycznie można kogokolwiek zobaczyć.
Może jeszcze ilość kotów. Psy, jak wiadomo, są niemile widziane w kulturach muzułmańskich. Koty natomiast wylegują się wszędzie.

Kot patrzący na mnie z wyrzutem, stacja metra
Na co trzeba uważać?
Jeśli ktoś pomyślał, że na islamskich terrorystów, to wygrał konkurs na rasistę i islamofoba ;-) A uważać trzeba na spadające z drzew owoce (zwłaszcza kokosy!) i dziury w chodnikach. Mówię serio, chodniki są często niezadbane, rozwalone, studzienki ściekowe ledwo przykryte albo i nie, a ulice nieoświetlone. Można się władować w niezłe bagno i to w sensie dosłownym, albo co najmniej złamać nogę. Żeby nie być gołosłowną załączam zdjęcie przypadkowego chodnika w KL. Tak jest niemalże wszędzie.

Dla kogo Malezja?
Dla każdego chętnego ;-) Wiele widzieliśmy tutaj rodzin z dziećmi na wakacjach, również Polaków. Moim zdaniem to bardzo fajne miejsce na wakacje z dziećmi, tylko trzeba się przygotować na koszty.
Borneo to miejsce dla miłośników przyrody, Langkawi dla plażowiczów, Georgetown dla miłośników sztuki... Każdy znajdzie coś dla siebie.
Do poczytania:
Właściwie to jedyne książki, jakie znam o Malezji, są tylko o Borneo.
1. Redmond O’Hanlon - „W sercu Borneo”. Pozycja dosyć leciwa i nieaktualna, polecam wyłącznie zainteresowanym etnografią i dżunglą zapaleńcom. O’Hanlon pisze z humorem, krótka lektura.
2. Alicja Kubiak, Jan Kurzela- "Indonezja. Ludożercy wczoraj i dziś". Tak, wiem jaki jest tytuł, jest niestety mylący, bo oprócz Indonezji autorzy odwiedzają też Malezję i Brunei. Są tu bodajże dwa rozdziały o Borneo, w tym o Miri i Kuchingu. Nic ciekawego. Książka słaba, treść na poziomie tego bloga, albo jeszcze gorsza.
Do obejrzenia:
‘Frontier Borneo’ - Wspaniała seria dokumentalna zrobiona przez Discovery Channel. Wszystkie odcinki dostępne na YouTube, niestety wyłącznie po angielsku. Polecam z całego serca, nie jest to żaden nudny film przyrodniczy okraszony głosem Krystyny Czubówny. Film dokumentuje zmagania różnych specjalistów walczących o ochronę przyrody i poprawę losu zwierząt na Borneo. Odwalają kawał dobrej roboty, próbując naprawić to, co inni przedstawiciele gatunku homo (niekoniecznie) sapiens spieprzyli. Bardzo żałujemy, że nie udało nam się odwiedzić wszystkich pokazanych tam miejsc.
bilet na metro - 1,5 zł do około 4,5 zł
bilet na autobus - 1- 2 zł
Co nas zaskoczyło?
Właściwie to chyba nic, może tylko to, że nikt się za bardzo nie przejmuje nawoływaniami i modlitwami w meczecie. Nikt też nie modli się publicznie, a w pokojach modlitewnych (dostępnych na lotniskach, dworcach itp.) sporadycznie można kogokolwiek zobaczyć.
Może jeszcze ilość kotów. Psy, jak wiadomo, są niemile widziane w kulturach muzułmańskich. Koty natomiast wylegują się wszędzie.

Kot patrzący na mnie z wyrzutem, stacja metra
Na co trzeba uważać?
Jeśli ktoś pomyślał, że na islamskich terrorystów, to wygrał konkurs na rasistę i islamofoba ;-) A uważać trzeba na spadające z drzew owoce (zwłaszcza kokosy!) i dziury w chodnikach. Mówię serio, chodniki są często niezadbane, rozwalone, studzienki ściekowe ledwo przykryte albo i nie, a ulice nieoświetlone. Można się władować w niezłe bagno i to w sensie dosłownym, albo co najmniej złamać nogę. Żeby nie być gołosłowną załączam zdjęcie przypadkowego chodnika w KL. Tak jest niemalże wszędzie.

Dla kogo Malezja?
Dla każdego chętnego ;-) Wiele widzieliśmy tutaj rodzin z dziećmi na wakacjach, również Polaków. Moim zdaniem to bardzo fajne miejsce na wakacje z dziećmi, tylko trzeba się przygotować na koszty.
Borneo to miejsce dla miłośników przyrody, Langkawi dla plażowiczów, Georgetown dla miłośników sztuki... Każdy znajdzie coś dla siebie.
Do poczytania:
Właściwie to jedyne książki, jakie znam o Malezji, są tylko o Borneo.
1. Redmond O’Hanlon - „W sercu Borneo”. Pozycja dosyć leciwa i nieaktualna, polecam wyłącznie zainteresowanym etnografią i dżunglą zapaleńcom. O’Hanlon pisze z humorem, krótka lektura.
2. Alicja Kubiak, Jan Kurzela- "Indonezja. Ludożercy wczoraj i dziś". Tak, wiem jaki jest tytuł, jest niestety mylący, bo oprócz Indonezji autorzy odwiedzają też Malezję i Brunei. Są tu bodajże dwa rozdziały o Borneo, w tym o Miri i Kuchingu. Nic ciekawego. Książka słaba, treść na poziomie tego bloga, albo jeszcze gorsza.
Do obejrzenia:
‘Frontier Borneo’ - Wspaniała seria dokumentalna zrobiona przez Discovery Channel. Wszystkie odcinki dostępne na YouTube, niestety wyłącznie po angielsku. Polecam z całego serca, nie jest to żaden nudny film przyrodniczy okraszony głosem Krystyny Czubówny. Film dokumentuje zmagania różnych specjalistów walczących o ochronę przyrody i poprawę losu zwierząt na Borneo. Odwalają kawał dobrej roboty, próbując naprawić to, co inni przedstawiciele gatunku homo (niekoniecznie) sapiens spieprzyli. Bardzo żałujemy, że nie udało nam się odwiedzić wszystkich pokazanych tam miejsc.







